Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 kwietnia 2026

A licho wie VII

 




10 czerwca 2013

Ocalony przez Dąbrówkę Twardostój nie posiadał się z radości, że ujść z obławy  mu  się udało. A kiedy się na nim brunatny niedźwiedź usadził, to cały żywot  stanął mu przed oczami. Wtenczas zrozumiał, że ma dość kawalerskiej swawoli, że wstyd to okrutny, ażeby go niewiasta z opresji raz za razem ratowała. Postanowił wrócić na zamek, ożenić się z Halszką i najdalej jak za rok doczekać się potomka.  A tej dziewczynie, co w głuszy mieszka i dobra dla niego była zawsze po stokroć wynagrodzić. Na odchodne wycałował obie dłonie obiecując jej osobę zachować w szczególnej pamięci. Ona jednak w dobre chęci zbója nie bardzo wierzyła.


***


Za to zbójcerz mając na względzie pogoń, tortury i niechybną niewolę, zacisnął zęby i przez najgorszy chruśniak się przedzierał. Dopiero gdy zobaczył na horyzoncie zarysy zamczyska,  poczuł ulgę. Nie mógł jednak przypuszczać, że w ślad za nim, z gałązki na gałązkę skacze leśne licho, które szło tak aż pod bastion okalający Miasteczko i weszło przez główną bramę. Wtedy właśnie znalazło się w okropnych dla siebie okolicznościach. Wpierw wpadło w tłum, który jak rzeka zaniósł cudaka na targ i wypluł między kupieckie stoły. Na ten widok  pies garncarza ze strachu się urwał. Nieboże zaczęło uciekać ile sił w nogach.  Przewróciło się na stragan z naczyniami. Zaczepiło babę z kołaczami.  Potknęło się o nogę cyrulika i straciło równowagę. A kiedy samo upaść już miało, wywinęło się niczym wędrowny kuglarz, chwyciło mazidło na porost włosów i zbiegło między domy.


***


Zmachane i wystraszone licho przycupnęło przy koniach.  Rozmazało się przy tym okropnie. Rozpaczało, że tak niefortunnie straciło mości księcia z oczu. Wiedziało jednak, że szukać go należy nie gdzie indziej jak na dworze. Umyśliło sobie wejść tam  kuchennymi drzwiami. Obeszło więc przybudówki i zapukało do tej, gdzie dym w kominie ochoczo podskakiwał. Otworzyła jej okrągła i rumiana kucharka. Od razu chciała licho przepędzić. Jednak przeszkodziła jej jakaś taka  podejrzanie wychudzona, która nie dość, że wpuściła nieszczęście do środka, to jeszcze własną strawę na dwie części podzieliła i ugościła.  Spotkanie z leśnym lichem nic dobrego jednak dworskiej kuchni nie przyniosło. Na drugi dzień gruba dostała kolki, następnie niestrawności i nie zdążyła na czas do roboty. Z tej to przyczyny kuchmistrz stracił cierpliwość i kazał się jej wynosić. Szczupła za to awansowała  i postanowiła dworskich dostojników skutecznie odchudzić.

***

Jak ja niecierpię tego rodzaju muzyki - myślał Twardostój przysłuchując się próbom do weseliska.

 -A najgorsze jest to, że wpada w ucho! Już się szykował, już wkładał swój strój paradny i nerwy dawały o sobie znać.

*

Korzystając z  zamieszania, a trzeba wam wiedzieć, że to były ostatnie przygotowania do książęcych zaślubin, licho umknęło na pokoje i tułało się po dworskich komnatach szukając ukochanego. Chcąc nie chcąc trafiło w centrum zamieszania, gdzie dworskie służki stroiły pannę młodą. Stały przed lustrem i jedna układała pukle w zmyślne sploty, a druga miała barwić przyszłej księżnej policzki. Ku zdziwieniu straszydła ucieszyły się, kiedy je zobaczyły.  -W samą porę! – zapiszczała ta, co miała malować. Niespodziewanie wyrwała lichu zwinięte z targowiska mazidło i poczęła smarować nim twarz oblubienicy. -Będzie pani wyglądać jak królowa – szczebiotała dwórka. Halszka jednak cudu nie doczekała. Trwało chwilę, a na twarzy pojawiła się bujna jak u dzika szczecina. W jednej chwili krużganki przebiegł jeden pisk. – To jej wina! – wrzasnęła pokojowa  i wskazała na licho. Upiorzycy nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Naraz wzięła nogi za pas, a wybiegając z komnaty, wpadła na białogłowę, która ślubną suknię niosła. Straszydło szamotało się przez chwilę uciekając w najdalsze zamkowe zakątki. Widząc zgromadzenie roztropnie zakryło twarz, ażeby nikt je nie rozpoznał, a oddech i krok  zwolniło. Podeszło do księcia i grzecznie przyrzekało wszystko to, co mu czarodzieje kazali, na co młody książe pospołu lichu przysiągł przy świadkach. Tak oto książe leśne licho poślubił i swój los po kres dni wybrał.

Koniec

poniedziałek, 6 stycznia 2025

Żywoty rzezimieszków cz.13

Żadna tam chyża, kurna, czy inna zagroda. Chać była drewniana z tęczową na froncie półobręczą.  Ilekroć któryś z nich chciał wyjrzeć zza winkla, mechanizm u podstawy  wprawiał trybiki i przekładnie w ruch tak, iż przekręcała się i widzieli niezmiennie jej oficjalną fasadę.

Tak ich to odkrycie rozsierdziło, że spędzili przy mechaniźmie całe pół dnia: dźgając, robiąc i rzezając po kawałku i czem popadnie. Drapiąc się przy tym po głowie, bo żaden sprzęt szkody jej nie mógł uczynić. Tymczasem dzionek znacząco się posunął i pochylił ku zachodowi.

-Coś mi tu brzydko pachnie… - stwierdził Miłoch  zwracając się do Gniewka i Bździsława. 

-Cuchnie! –  odrzekł zniesmaczony Gniewko.

- A juści czary jakieś! - zgodził się Bździsław.

Miłoch Wirwichwast usiadł podgryzając miękki koniec źdźbła trawy. Nie mógł przecie dać za wygraną. Wstał, zaklął po raz wtóry i trzeci:

- A niech to jasny szlag, chędożone ustrojstwo! Podszedł bliżej i kopnął. Chata obróciła się niespodziewanie i uchyliła podwoje.

No a potem wszystkie wydarzenia przeplatały się jak w malignie: z wnętrza buchnęła chmura czarodziejskiego ziela, wyszła młódka i roześmiała wesoło. Powiedziała, że się setnie ubawiła obserwując ich zmagania. Zmyślną schedę miała po babce, a tamta po swojej prababce. Zostali więc u niej na noc, bo nijak im było w podróż się wybierać, kiedy tak im było wesoło i nic się im nie dłużyło, aż posneli.

Jednak listopadowe noce mają to do siebie, że strach wziął je we władanie. Guślarze od pradziadów rozprawiali, że gdy miesiączek po niebie setkę gwiazd rozrzuci, z mogilników wychodzą z mgły utkane widziadła. Z bezlistnych drzew i pustych gniazd, ze zdziwionych na wieczność dziupli wyłażą leśne licha. I kto to może wiedzieć, co one tam wszystkie w tych zakamarkach robią? W taką noc, gdy niepokój sen przerwie, każda gałązka, co okno twardym palcem trąci, w szpony się uzbraja i porusza się, jakby biła w niej krew…

Przez uchylone drzwi żołdak zobaczył postać dziewczyny, która ich na noc przygarnęła. Szła otulona w ciemną opończę przez polanę, zstąpiła na dróżkę, aż weszła pomiędzy drzewa, aż postać jej cichutko się weń rozmyła.  Scena ta dla żołnierza była jak zachęta, udał się więc jej śladem. Z początku po omacku, uważnie, by nie zdradził go szelest listowia i by trzask gałązek nie spłoszył dziewki. Z czasem  nabrał wprawy i bez trudu się tam poruszał obserwując każdy jej ruch,  każdy gest. Uzbrojona w sierp wiedźma  co rusz przystawiała ostrze do blasku księżyca, po czym ścinała nagle łodyżki ledwo widocznych roślin. Zioła zbiera – tłumaczył sobie najemnik.  Szedł dalej, bo dziwna była dlań ta nocna, niespodziana  wyprawa po leśne runo… 

Po chwili usiadła pod wielkim dębem i zanuciła pieśń w starszej mowie. Rozpoznał ją chociaż językami nie władał. Na nic były mu potrzebne. Lecz od pierwszej chwili pojął sens: jakby dziewczyna na kogoś czekała, jakby swego kochanka śpiewem zwabić chciała… I rzeczywiście. Mężczyzna skulił się w swej kryjówce i niedoli, bo tak jak spał, wyszedł, w samiuśkiej jeno koszuli.  Drżał teraz z zimna lecz zdradzić nie mógł swego żałosnego położenia w obawie, że spłoszy chwili tej czar. Między twardej kory wezgłowiem,  a tonią wilgotnego mchu, ujrzał przedziwny sen. Z leśnej gęstwiny (któż mógł to przewidzieć?) wyszedł rumak z rogiem na głowie. Podszedł bliżej do niewiasty, pochylił się przy niej  i położył głowę na kolanach. A ona śpiewała  mu dalej i głaskała po łbie. Trwało to niecałą chwilę, może dwie, a może trzy, aż do momentu, gdy z oddali dobiegło ich wycie wilka. Jednorożec zerwał się na cztery nogi i pobiegł w kniei odmęty.  I zostało po nim tylko zamazane wspomnienie i w starszej mowie śpiew…

-Wiem, żeś tu jesteś, wyjdź jak masz choć krztynę honoru! – zawołała dziewka. - Po co żeś tu przybył? Sprowadziłeś nań śmiertelne niebezpieczeństwo… - wykrzyczała słowy kierując w miejsce, gdzie schował się Miłoch.

-Wybacz miła pani - wojak wyjrzał z kryjówki i  ratować chciał sytuację. Wiem, głupio wyszło. Jam człek prosty, nieobeznany w tajemnych misteriach, ja niechcący…

-Dusza ludzka łaknąca posiadania i szukająca jeno własnej korzyści nigdy nie znajdzie jednorożca… – ucięłą i spuściła głowę, bo prawdziwie żal jej było zwierzęcia, że uciekło wrażliwe na złe moce na zawsze się oddaliło. Czuła gniew, a Miłoch nie wiedział jak ma tę niezręczność załagodzić.

Nazajutrz nadarzyła się ku temu sposobność, kiedy Bździsław i Gniewko śniadanie spożywali, wiedźma Jagódka zaciągnęła śmiałka do swej alkowy. A ten najpierw zbladł, a później poczerwieniał widząc w jak niechlujnym stanie było i jak zdezelowane miała łoże.

- W przybudówce winny być ciesielskie narzędzia. Myślę, że jak się postarasz, to i do wieczora skończysz. -No już! Bierz się do roboty!

cdn.






niedziela, 29 grudnia 2024

Żywoty rzezimieszków cz.12

 Jeźdźcy z duszą na ramieniu przemierzali  puszczę. Zdawało im się, że błądzą i krążą w kółko. Teren był nieprzyjazny, surowy i podmokły, a w zagajnikach pełno było dzikiego zwierza. Naraz wielki łoś wyrósł im na drodze, innym razem dzika świnia z parsiukami, to znów jeleń, czy sarenka. Szczęściem nie spotkali watahy wilków, rysia, czy niedźwiedzia. Jechali z dala głównych traktów,  omijając kupieckie szlaki i cechowe jarmarki.  Trzeciego dnia w siodle, dotarli do osady bartników w samym sercu puszczy. Bartodzieje w wydrążonych kłodach  drzew i dziuplach hodowali leśne pszczoły - borówki. Pracowite owady zbierały nektar z leśnych kwiatów, drzew kwitnących  i spadzi. Wraz z końcem jesieni nastała pora na miód wrzosowy. Żmudna i trudna to była profesja, wymagała zręczności, tężyzny fizycznej i pracy na wysokościach. Nieokadzone, przez co nieuspokojone, wonną fajką, czy tlącą się hubką pszczoły,  mogły  niebezpiecznie pożądlić niezdarnego śmiałka. Toteż kandydaci do fachu musieli wpierw terminować u mistrzów, by nauczyć się z niemi obchodzić.

W czasie zbioru bartnicy nosili cudaczny, ochronny przyodziewek. Na głowy naciągali kaptury i zdaje się, że związani byli w tajemnym bractwie.

Przejezdnych przyjęli niechętnie, ale ugościli przy obozowym ogniu.  Na więcej nasi uciekinierzy nie mogli liczyć. Nie w tych niespokojnych czasach. Byli to bowiem bartodzieje, którzy posiadali przywilej dostarczania miodów na pobliskie dwory należące do możnych oraz urzędników, w tym i władyki na Sobótce. Gniewko, Bździsław i Miłoch musieli się zatem pilnować.

Dziczyzna miło skwierczała sobie na rożnie, a oni słuchali opowieści leśnych ludzi o życiu w borach i gajach, o grasujących na gościńcach zbujach i o wiedźmach, które zwykły mieszkać samotnie.  Z opowieści wynikało, że leśne baby nie cieszyły się  w tej krainie dobrą reputacją. Najgorsza z nich, jak się dowiedzieli, była Baba Jaga, która wabiła młode dziewczęta i chłopców w las, bądź inne odludzie, aby tam posiąść ich czyste dusze i do siebie przywiązać. Jaga była najbardziej bystra i najbieglej z nich opanowała sztukę kamuflażu.  Wiedźma władała bowiem czarną magią, a jej ofiary pozbawione ducha i woli służyły jej do czasu, aż zły czar prysł.

- Takich przednich miodów nigdzie żem jeszcze nie próbował - rzekł Bździsław ochoczo nadstawiając czarkę po dolewkę bursztynowego trunku.  Gniewko łypał na kompanów spode łba i miarkował, że ta przygoda w najlepszym wypadku skończy się jeno na solidnym kacu.

Bartodzeje rozprawiali o dziwach, cudach i niewidach, błędnych ogniach pląsających po bagnach oraz wizjach jakie święte grzyby im dają. Godzina mijała za godziną, a kiedy Miłoch próbował zgromadzonym udowodnić, że wszyscy jak jeden mąż żyją w symulacji, a tak naprawdę w brzuchu ogromnego wieloryba, miarka się przebrała. Wojak zacietrzewił się i uparł, i nijak nie dało się go uspokoić, ani przekonać, że to pasiaste chmury  na nieboskłonie, a nie jakieś ości wielkiej ryby. Tyle  z tego zapamiętali, reszta nocy była zagadką, jak onego wieczoru po śliwowicy, kiedy nogi odmówiły im posłuszeństwa.

Maruderzy zbudzili się nazajutrz, gdy słoneczko wysoko już wisiało nad drzewami. Wokół nie było ani ogniska, ni bartników, ni leśnej pasieki, jeno jakaś podejrzanie kolorowa chata na skraju polany. Kiedy doń dotarli, okazało się, że pobudowano ją, nie wiedzieć czemu, na jakimś rusztowaniu w kształcie kurzej łapki.





c.d.n.

wtorek, 26 listopada 2024

Non grata II

W nocy spadł śnieg. Ziemia pokryła się  opuszczonym przez niebo białym całunem. Nieśmiała jasność poczęła przedzierać się przez wąskie okna i rozchodzić pomiędzy surowe ściany opactwa. Zaraz potem pojedyńcze promienie jeden po drugim  przecięły kamienny gmach badając jego wnętrze. Świt sprawił, że miejsce spoczynku nagle urosło i zaroiło się w nim od braci. Każdy z nich zbierał się w ciszy, by jeszcze przed pierwszym posiłkiem, wziąć udział w uczcie duchowej - Lectio Divina. Witali się nawzajem zdawkowo, bez słów - skinieniem głowy. W nawach ustawiali się wedle ustalonego porządku niczym robotnicy w winnicy Pana. Zaraz po jutrzni  młodego zakonnika  zaczęła dręczyć  tęsknota za sakramentem pojednania i komunią świętą. Kiedy tylko nadarzyła się ku temu okazja, odnalazł konfesjonał. Przeżegnał się, a rozpoczynając swą spowiedź przyznał, że odbywa właśnie nowicjat.

-Pogubiłem się ojcze duchowny - rzekł w pierwszych słowach. Obudziłem się dziś zbrukany.

- Mów synu co cię trapi... - zachęcił go powiernik.

-Nawiedza mnie we śnie i kusi. Kładzie się na wznak, rozchyla nogi ukazując wszystkie cechy niewieście. Dręczy  rządzą, której nijak ujścia i końca nie widać. Tej nocy znów śniłem o miłosnym uścisku i zespoleniu.

-Innym razem - zawachał się... Wodzi po ciele ustami i wije się lubieżnie, wówczas tracę nad swymi członkami panowanie - poczuł jak oblewa się rumieńcem. Szczęście nikt tej słabości nie obaczył. 

-Owa zjawa pojawia się nie tylko nocą, ale i za dnia przynosi zamęt i pomieszanie. A kiedy próbuję odpędzić, ona się śmieje.

Wyznaniom odpowiedziało cierpliwe milczenie dobiegające zza krat konfesjonału.

- Więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie bardzo żałuje... - zakończył niespodziewanie spowiadający się.

Wtedy  uzystkał pouczenie:

-W istocie, siły piekielne nader często przybierają lubieżną postać niewiasty, by pobożnych swym widzeniem  złamać i od kościoła świętego odwieźć. Za pokutę odmówisz bracie Litanię do Najświędszej Maryi Panny. A teraz żałuj za grzechy - uciął spowiednik mamrocząc dalszą formułę modlitwy pod nosem.

- Boże, bądź miłościw  mnie grzesznemu - powtórzył trzy razy bijąc się w piersi.

- Wysławiajmy Pana bo jest dobry - zakończył ojciec. 

I skruszony brat Benedykt usłyszał pukanie w konfesjonał.

- A jego miłosierdzie trwa na wieki - odpowiedział  i ucałował stułę.

Kiedy ukląkł przed figurą Matki Bożej, aby odmówić pokutę, nieznana istota odeszła. Miał nadzieję, że na dłużej.


czwartek, 14 listopada 2024

Non grata


   Zadarł wysoko głowę. Szare, nieufne spojrzenie pomknęło w kierunku gwiaździstego sklepienia. Nie był sam – czuł to, choć nikogo, jak mu się zdawało, nie było w pobliżu. Ledwo przekroczył babiniec, pierwsze promienie słońca przeniknęły rozetę bazyliki i zaczęły migotać tworząc na murach wielobarwne kaskady. Zmysły wciąż mówiły mu, że ktoś go obserwuje. Minął prezbiterium, klęknął przed ołtarzem, habit zmiótł pierwsze stopnie prowadzące do ołtarza. Pospiesznie wszedł do zachrystii. Zdawało mi się - pomyślał. Z machoniowej, bogato zdobionenej, szafki wyjął opasłe tomy i mszalne świece. Nagle zawiasy skrzypnęły, drzwi uchyliły się i do środka weszła ona. Eteryczna postać otoczyła rozmodlonego mnicha. Wydawało mu się, że czuję ją od tyłu. Lekki oddech poruszył powietrze tuż obok jego ucha.  Zrobiło mu się zimno. Niewidzialna dłoń przeczesała mu włosy, a kiedy próbował ją uchwycić wymknęła się wyraźnie rozbawiona.

-...zachowaj mnie Boże Ojcze od zła wszelkiego... – dokończył już głośniej przerażony.

Zjawa znikła, lecz serce wciąż tłukło się w piersi jak  echo gołębich skrzydeł na dzwonnicy. Mężczyzna przeżegnał się i wrócił do wyjętych woluminów. Nic jednak nie układało mu się tego dnia tak, jak powinno. Podczas jutrzni myliły mu się wersy w responsorium, omal nie wylał inkaustu na drogocenne wydanie Biblii. W obawie o swą staranność zaniechał tego dnia przepisywania. Jedynie w ogrodzie zaznał spokoju. Czynił tam porządki przed zimą - suche gałęzie, liście i łodygi kwiatów składał na kupę, aby je razem potem spalić. Kiedy rozpalił stos, zerwał się wiatr i trudno mu było utrzymać rozdmuchiwane ognisko. Z kolei później obawiał się, że płomienie zajmą pobliskie zabudowania. Wreszcie chlusnął na nie z cebra i zgasił zarzewie. Gdzieś w oddali usłyszał kobiecy śmiech. -Zdawało mi się - westchnął i przeżegnał się nabożnie. Zebrał swoje narzędzia, by odnieść je do komory. Czas gonił jak szalony i pora już była na skromną wieczerzę i spoczynek. Wkrótce po odprawionych modłach pożegnał się z braćmi i odszedł do siebie. Tej nocy znów śniła mu się ona: a to jakaś demoniczna siła próbowała ją skrzywdzić, spadała wtedy krzycząc z przerażenia w odchłań, to znowu siadała na mnisim posłaniu i przemawiała do niego, ale on jej nie słyszał, albo nie rozumiał – jedno z dwóch. W środku nocy przebudził się, był cały mokry, rozdygotany. -Jak można pomóc? – spytał kierując słowa nie wiadomo gdzie i do kogo.  Dormitorium odpowiedziało mu cichym westchnieniem.  - Sen mara Bóg wiara - jak mawiają. Poprawił posłanie i na powrót próbował zasnąć, jednak silentium sacrum zdawało się być tej nocy nie do zniesienia. 

piątek, 16 sierpnia 2024

Żywoty rzezimieszków cz.2

 

-Panie pozwolą, że się przedstawię. Bździslaw wstał i próbując zachować dworską etykietę skłonił się w pół. – Bździsław z Kartofliska – do usług. A to, to jest mój serdeczny towarzysz: Gniewko ze…

-Ze Ścierniska? – spytała kobieta o włosach koloru miedzi, mrugając przy tym porozumiewawczo do koleżanki.

-Tak! Skąd to waćpanna wie? – Spytał zaskoczony mężczyzna.

-Skrzywienie zawodowe – uśmiechnęła się płomiennowłosa. Jestem Eleonora, a to jest moja koleżanka po fachu – Rozamunda.

- Pewnie do szkół panie jadą, po magiczne nauki? – wysapał Gniewko.

- Właściwie… Właściwie to na rozpoczęcie roku akademickiego jedziemy. Zbiegło się szczęśliwie ze świętem Samhain – wyjaśniła czarnooka Rozamunda.

-Wyplilibyśmy może za to miłe spotkanie. Zaraz zawołam kogoś z obsługi. Bździsław począł wysupływać z sakwy ostatnie drobniaki. Czasy dla naszych rzezimieszków nie były łatwe – korupcja i problemy gospodarcze w Dziadolandii sięgnęły drugiego dna. Gwidon I – władca tej niezwykłej krainy, miast pilnować sukcesji i interesów gospodarczych, oddawał się namiętnie swemu ulubionemu zajęciu, czyli uciechom cielesnym; żadnej dziewce nie przepuścił, a swoich wrogów (o ile zaliczali się do płci brzydkiej) z lubością nadziewał na pal.

Napotkani w karczmie podróżni wyraźnie nie śmierdziali groszem. Czarna wymownie spojrzała na rudą i ujrzała, że na jej piegowatej buźce pojawił się złośliwy uśmieszek. – Idę przypudrować nosek – rzekła, po czym wstała i skierowała się w stronę wyjścia. Tuż za karczmą stał drewniany wychodek z wycietym sercem na drzwiach. Weszła do środka i przystąpiła do toalety.

Kiedy wróciła, zapanowała niezręczna cisza. Nie tylko towarzystwo, również posiłek nie trafił w gusta czarodziejek. Chcąc niechcąc popijali z drewnianych kufli piwo i przyglądali się trubadurom, którzy przygrywali do kotleta. -”Biały miś, biały miś dla dziewczyny, aaaaa…”.

Po sowitym posiłku Bździsław nie szczędził sprośnych dowcipów, a Gniewko mu wtórował. Czarownice chichotały, a oni nie wiedzieli, czy to z ich  żartów się śmieją, czy  to z nich się naśmiewały. Ale jakby tego było mało, krasnolud, który wciąż tkwił pod stołem, puścił wielobarwnego pawia.

To było za wiele, nawet jak na praktykujące czarownice. Krasnoludzi paw skutecznie ostudził erotyczne zamiary słynącej z wielu romansów Eleonory. Kontynuowanie znajomości nie miało więc większego sensu.

- Panowie wybaczą, komu w drogę temu czas. Pora uregulować rachunek rzekła jedna z wiedźm, poczym wstały i odeszły w stronę, gdzie stał podpierając ścianę opasły szynkarz.

- Wiedźmy! – skwitował Gniewko. Wyjął sakiewkę, którą zwędził czarnuli i szarpnął za rękaw Bździsława. – Idziemy! Rzucił parę drobiazgów na stół i niepostrzeżenie opuścili gospodę.  Odnaleźli swoje wierzchowce i udali się w dalszą drogę ku Sobótce. Przydrożne słupy informowały podróżnych o zbliżającym się końcu lata i wielkim festynie. Słońce popłynęło w górę i kiedy zaczęło rozpływać się liliowo na zachodzie, dotarli do celu. Wjechali przez zwodzoną bramę i do ich uszu dobiegły charakterystyczne odgłosy miasta, przekupka nawoływała: -”Wędzone świńskie uuuuszy, ogooon z wołaaaa”. Uliczką przejeżdżała karoca, gdzieś stłukł się gliniany garnek, szczekały psy, gdakały kury, umorusane dzieciaki toczyły fajerki.

Pośrodku rynku przed ratuszem stały dyby, w których tkwił złapany na gorącym uczynku nieszczęśliwy złodziejaszek. Widziane niedawno dzieciaki odkryły nową zabawę - zbierały zaschnięte krowie placki oraz kobyle łajno i rzucały w nieruchomy cel, śmiejąc się przy tym do rozpuku

-Dobra. Przeszukaj no tę sakiewkę może co wartościowego tam jest – zarządził Gniewko. I rzeczywiście, w skórzanym woreczku prócz kilku rzeczy osobistych należących do wiedźmy znajdował się plik banknotów z podobizną Gwidona Pierwszego.

-Uhuhuhuhuhhuhuhu! Tera to my pożyjemy! -Bździsław łypnął okiem na swego kolegę.

 -Tera to nam jakiej izby szukać trza - rzekł pojednawczo Gniewko.

W miasteczku odnaleźli zamtuz pod wdzięczną nazwą: „Ośmiornica”. Konie zaprowadzili do całodobowej, strzeżonej stajni. Oddając cugle w ręce stajennych wynagrodzili ich z procentem. W "Ośmiornicy" pełno było wilków morskich i dziewcząt podejrzanych obyczajów, ale dla rzezimieszków było to wymarzone towarzystwo. Gniewko poszedł rozmówić się z właścicielem, a w tym czasie Bździsław rozglądał się po przybytku rozpusty i pijaństwa. Wytatuowany barman nalewał właśnie zimne piwo do pokaźnych kufli.

 Zanim wróci ten dusigrosz wypiję jedno, może dwa – pomyślał Bździsław i jak pomyślał tak też i uczynił. Zadowolony zasiadł obok cycatej blondynki z wielkimi niebieskimi oczami i karminowymi ustami. Piwo się lało, już przeszli sobie na ty, a gadka zeszła na bardziej intymne tematy, kiedy wrócił Gniewko i przerwał gruchanie białogłowy, wciskając klucz, przemówił krótko, acz treściwie:

-Na górkę i po prawej. Czy ja mam omamy, czy zdawało mi się, że padasz z nóg? - spytał Gniewko tonem, który nie znał sprzeciwu. 

Nie było rady. Przeprosili liczącą na zarobek panią i poszli na pięterko. W ubraniu, w butach rzucili się na swoje wyrka i w mgnieniu oka zasnęli. W nocy Bździsława zbudził kac zabójca. Suszyło go okrutnie. Po omacku odnalazl w przypadkowej torbie jakąś butelczynę. Wprawdzie pachniała ziołami i alkoholem, ale nie była to perfuma. -Nalewka - pomyślał uradowany. Odbezpieczył i wychylił do dna. I wtedy zaczęly dziać się z nim dziwne rzeczy.

C.d.n.





sobota, 10 sierpnia 2024

Żywoty rzezimieszków cz.1

<Wstęp>

   Księżyc był w nowiu i ciemno było w okolicznych lasach i na gościńcach. Dwoje konnych, nie zważając na przenikające zimno i deszcz, podążało kamienistą drogą pośród drzew. -Och, jakże by miło było znaleźć na tym pustkowiu suchy kąt i zasiąść przy gorącej strawie – odezwał się jeden z nich. Para okolicznych rzezimieszków: Bździsław i Gniewko już od dwóch dni była w podróży. Końskie kopyta wybijały rytmicznie czas, a niekończąca się monotonnia robiła się już nie do zniesienia. Po chwili zadumy przez jodłowe gałązki ujrzeli światła domostw. - Jeszcze dwie wiorsty - odparł kaprawy Bździsław. Wątłe światła w oddali bardzo ich ucieszyły, gdyż zmęczeni i głodni byli okrutnie. Należało jeszcze ominąć niewielkie wzniesienie, na którym rozpoznali w mroku zarysy kilkunastu mogił. Z duszą na ramieniu przemierzali aleję ku cmentarnej, lekko uchylonej, furtce i dalej ku światłom. Mimo ponurej ciszy, nagle do uszu ich dobiegł trzask łamiących się gałęzi. Klacz Gniewka, który jechał przodem, stanęła dęba, a jeździec spadł na ziemię. -Psia jucha!  -zaklął - ta płochliwa kobyła niechybnie mnie zamorduje! – wysapał podnosząc się rozwścieczony. -Gniewko. Żywyś? Cały? – spytał przerażony Bździsław.

- Ledwo... – wykrztusił rozeźlony Gniewko - Jeśli dalej będzie tak tańczyć z byle powodu, to skończy u rzeźnika - podsumował. Obaj jeźdźcy przez to całe zamieszanie z wierzchowcem nie spostrzegli, że w zaroślach skryła się zakapturzona postać. Gniada czuła to doskonale i dalej wierzgała niespokojnie i na tylnich kończynach stawała wymachując przednimi w powietrzu. Korzystając ze sposobności obca postać zaczęła się oddalać. Wkrótce rozpłynęła się w ciemności tak prędko, że nikt tego nie zauważył.

-Daję słowo przerobię na kiełbasę! - krzyknął Gniewko.

-Cuchnie tu jakowąś padliną -skrzywił się Bździsław. Nie bacząc jednak na smród podszedł bliżej świeżego kopczyka usypanej ziemi.

-Mogiła rozgrzebana, wieko rozbite – skomentował.

-Pochówek i suknia wskazują, że persona raczej wyższa stanem – rzekł Bździsław i począł przeszukiwać truchło.

-Jest! Popatrz no tylko! Medalion? Szczęście nam sprzyja, ze szczerego złota!

W tej oto chwili ożywili się obaj i przyglądać zaczęli zdobyczy układając przy tym plany na przyszłość.

-Można sprzedać płatnerzowi w jakim większym grodzisku i godnie przezimować. – cieszył się Gniewko.

- Zatem w drogę! – zawołał uradowany Bździsław.

Obaj wsiedli na swoje chabety. Cmokając przy tym i ściągając lejce, ruszyli ku Sobótce.

(Nie przypuszczali jednak, że wisior może mieć większą wartość niż trzos wypełniony po brzegi talarami.)

Wkrótce dotarli do pierwszych chałup, gdzie mimo okalającego ich mroku, starali się znaleźć dla siebie jakieś lokum. – Może tutaj?! – "Pod Plugawym Ścierwem" - przeczytał Bździsław.

- No nie wiem. Nazwa brzmi mało zachęcająco – skrzywił się Gniewko. Jak się jednak okazało w Sobótce istniał tylko jeden szynk. Przywiązali więc cugle do opłotków i weszli do środka. Wewnątrz pełno było okolicznej chołoty.  Na dodatek dziewki obsługujące gości chodziły w sukniach do kostek zapięte po szyję. A grube były przy tym jak nieszczęście. Z dezaprobatą spojrzeli po sobie.

- Na trakcie nie ma co wybrzydzać przyjacielu – rzekł Bździsław. Dlatego też i właśnie dlatego siedli kornie za stołem czekając na obsługę. Jadło było wstrętne, ale głód silniejszy,  wcinali więc zamówione wcześniej kartacze i popijali sowicie piwem. Piwo było znośne. I w tym właśnie momencie do tawerny weszły dwie niewiasty. Bździsław miał wrażenie, że ściągnął je myślami. Gniewko nie odwracając wzroku pacnął w łeb cuchnącego gorzałą brodatego krasnoluda, który korzystając z ogólnego zainteresowania kobietami, zaczął sadowić się przy nich. Pijany brodacz wpadł pod stół, a że był pijany,  to już stamtąd nie wstał. Gniewko nie szukał specjalnie zwady, jednak żywił nadzieję, że młódki zasiądą tam, gdzie znajdą jeszcze wolne miejsce, czyli przy ich stole.

-Musi to jakies czarodziejki zjechały – ogłosił Bździsław.

Obie nieznajome smukłe i pięknie odziane rozglądały się po karczmie. Jedna  miała włosy ciemne jak heban. Związała je w kosę sięgającą zgrabnego zadka. Druga zaś lekko pokręcone i czerwone jak ogień .

Wiedźmy, tak jak przewidzieli, nie znalazły nigdzie wolnego miejsca i ruszyły ku nim.

Bździsław wpatrywał się głupawo. Gniewko nagle  zapomniał języka w gębie Tak mu się sucho w gardle zrobiło, że musiał dla odwagi upić z gąsiorka nieco wiśnióweczki, z którą się nigdy nie rozstawał i którą uważał za swą jedyną panią…


cdn.











sobota, 15 czerwca 2024

Morze nie śpi VI


Morze nie śpi I

Morze nie śpi II 

Morze nie śpi III

Morze nie śpi IV

Morze nie śpi V


Morze nie śpi VI


Dzika kobieta w ogóle się go nie bała. Z wprawą rozchyliła poły szałasu i legła zaraz przy nim na posłaniu. Może była kilka lat starsza, a może nie? Jej pewność odrobinę go niepokoiła, ale nie kazał jej odejść, a nawet chciał by została. Przeklęta wyspa! - myślał dalej. -Kim oni w ogóle są? - Ich prymitywne obyczaje, sposób w jaki mówią, jedzą... Pospolity grymas na twarzy - zirytował się. Sytuacja wydawała się beznadziejna. Bez statku, map i  bez pomocy nie miał szans. -Czy w ogóle ktoś z nich odmierza czas? - zniecierpliwił się. - Wie co to kalendarz? Rozpoznałby choćby jedną z dwunastu liczb na cyferblacie? Po co im mój zegarek!? -   chaotyczne myśli pojawiały się w jego głowie budząc i tak rosnące napięcie. Powietrze gęstniało, a on ciągle próbował odgadnąć wiek dziewczyny. Wcześniej miał jakieś cele i marzenia - wyrzucał sobie. -Chciał poznać, zdobyć świat, a byle sztorm pokrzyżował mu wszystkie plany. Wertując w pamięci odnalazł mapy, policzył dni spędzone na statku i te, kiedy swobodnie dryfował. Prawdopodobnie wyspa znajduje się gdzieś w archipelagu Indii Zachodnich. Jednej z mniejszych, sądząc po powierzchni, którą ocenił w myślach. 

Dźwięki dobiegające z tropikalnej puszczy wirowały w powietrzu. Chóry ptaków cichły wraz z zapadającym mrokiem, by ustąpić miejsca licznym tańczącym jeszcze w przestrzeni owadom i tym które zaczęły właśnie swój wieczorny koncert.  Z minuty na minutę milkły głosy osady i ludzi zabezpieczających na noc swoje obejście. Zapach bujnej zieleni i ognia mieszał się ze sobą. Jak długo przyjdzie mu tu tkwić? Z zamyślenia wyrwał go przenikliwy wzrok dziewczyny. Patrzyła na niego jakby tym swoim natarczywym spojrzeniem chciała dotknąć niezbadanych zakamarków duszy. Był pewien, że niepostrzeżenie zmniejsza się między nimi odległość. A oczy z zaciekawieniem penetrują mu ciało. Z całą pewnością jej wzrok wymierzony był w niego z premedytacją.

Miała długie, lekko falowane włosy, które łagodnie opadały na ramiona okalając opaloną twarz. Była całkiem inna od kobiet, które znał.  Nie była ani dystyngowana, ani niedostępna. Jej uśmiech kruszył wszelki niepokój jaki rozszalał się w jego sercu.  Nic więcej nie miała na sobie prócz zgrzebnej przepaski i sznurów koralików  na przegubach dłoni oraz tych, które kaskadami opadały na nagie, wyzywająco sterczące piersi. Kiedy dotarło do niego, po co przyszła, podniósł się nagle na przedramionach zakłopotany tą niecodzienną sytuacją i tym co się z nim dzieje. W starym świecie nic takiego nie miałoby miejsca. Bynajmniej nie tak szybko i nie w taki sposób. Co nieco przecież słyszał. Umiał też czytać, więc dobrze znał reguły gry. Ale nigdy wcześniej nie było okazji... Zmieszany próbował się przedstawić. Palcem wskazał na siebie. -Jestem Harun... - odezwał się, ale nie dokończył. W tym  samym momencie dzika kobieta otoczyła go udami, a on bez oporów pozwolił się jej uwieść. Była tak swobodna, jakby robiła rzeczy całkowicie zwyczajne. Miękka skóra, pocałunki i falujące kobiece ruchy sprawiły, że przestał zajmować go czas, kalendarz i miejsce, w którym się obecnie znajdował. 

c.d.n.?










czwartek, 11 kwietnia 2024

Wiedźmińskiego terminatora przypadki - XIX

Kiedy Żywia uciekła z biesem od swej niedoli u Wodnika z wielkiego jeziora, w górę rzeki się skierowali. Mijali łąki, pola i osady. Rzeka gdzieniegdzie meandrowała, gdzieniegdzie rozlewała się łagodnie, innym razem wartko spadała w dół. Naraz na brzegu zoczyli ludzkie stadło. Kukłę społem topili. Żywia dobrze wiedziała, co się święci i że to  słomiane straszydło to Marzanna -  pani zimy i pomorku. Chłopi rozwścieczeni przeciągającą się zimą bili ją i widłami dźgali, by koniec końców podpalić i resztki tradycyjnie w nurt rzeki wrzucić. 

Z daleka mijając tubylców popłynęli w spokojniejsze okolice, aż głód im w oczy zajrzał i wydrążoną w pniu drzewa łódź w cichym zakątku zacumowali. Kraina ta wydawała się mniej surowa, miejscami niemal płaska, zewsząd otaczały ją upstrzone kaczeńcami rozlewiska. Z nieba słychać było skowronka, w ciepłych kałużach żaby rechotały. Na niewielkim  wzniesieniu stała widać dawno zamieszkała chata. Tam też się udali i zaglądnęli w okna. Zdawało się, że panuje tam półmrok i cisza. Lekko pchnięte drzwi rozwarły się z jękiem. Zdziwili się ogromnie, bo w domu matka przy dwóch oseskach się krzątała.. Jednego tuż przy piersi sobie trzymała: biedny ledwo mleko połykał tyle go miała. Drugiego w  tym czasie w kołysce kolebała i cichutko śpiewała: 

Luli luli luli

moje dzieciąteczka

słońce ziemię tuli,

chłopczyka dzieweczka.


Luli luli luli

uśnijcie oboje,

dajcie żyć matuli

wszak się nie rozdwoje...


Bies zbaraniał kiedy nakazała mu dziecko bujać. Ale robił to tak sprawnie, że srajdek prędko usnął, a i drugiemu oczy się wnet zmrużyły. 

-Patrzcie go jakie ma łapy dobre do dziecków! Jakby co, będziesz u mnie za niańkę robił! - oznajmiła nieznajoma. 

Bies wpierw oczy wybałuszył i pod nosem coś zaczął mamrotać. Ale, że go nikt nie  zrozumiał, to matka dzieciom zwróciła się do Żywii. 

- Co was do mnie sprowadza?

-Zatrzymać się gdzieś musieliśmy. Jeśli pomocy od nas pani chcecie, to pomożemy. - Spoczynku i strawy nam trzeba, a potem odejdziemy w pokoju.

- Wołają na mnie Żywia. Terminującą wiedźmą jestem, a to mój  chowaniec wskazała na biesa.

- Belzebób - niespodzianie ozwał się. - Amator bobu - diablę wyciągnęło swą kosmatą łapę na powitanie nieznajomej pani i dłoń jej ucałował. 

- Toćcie lepiej trafić nie mogli jak do Mokosz w gościnę! - zakomunikowała.


Węże wodne - Gustav Klimt

Mokosza pół roku wędrowała po tej krainie,  a gdziekolwiek się pojawiła, zakwitały kwiaty i drzewa, a pola rodziły plony. Kochliwa przy tym była okrutnie! Wolnych i z żenami mężów lubiała jednako. Czy to bóstwo, czy niebożę swym urokiem opętywała. Dlatego co roku mniej więcej o tej porze  rodziły się najpiękniejsze dzieci z ojców niewiadomych. O wielkich błyszczących oczach, pięknych rysach i budowie, a większość z nich miała moce ludzi ku sobie zjednywać: bo tam i talenty wszelakie i uroda była. Mokosza przygarniała do siebie również wzgardzone kobiety. Wszystkie jej hołd, żertwy i modlitwy składały; Od tych, co z byle pachołkiem na sianie się turlały, po zamożne i wpływowe panie z dworków i zamków. Od dbające po obejście, w tym oborę i chlewik, chłopek, po urzędy piastujące matrony. Jej się wszystkie wypłakiwały. Jej o pomoc i opiekę prosiły. Jedne i drugie: chłopki, czy białogłowy, zwykle przez dziatwę lub jej brak  łzy swe roniły. Nic bowiem wówczas takiej wagi nie miało jak dola i rodu powodzenie.  Jeśli o prostych chłopów zaś  się tyczyło, czy o jaśnie panów, to jednakie skargi słyszała: "Wszystkie jak te wieprze!", "Dobre jeno do bijatyki i pijatyki!", "Jak pod nos nie postawisz, to nie zeżre!" Mokosz była im jak macierz: święta, mokra, płodna ziemia. Od niej dżdżysta ulewa, rzęsiste wstęgi rzek i wszelki urodzaj. Gdziekolwiek się pojawiła, powietrze wypełniał zapach świeżo koszonej trawy i kwiatów. Pszczoły roiły się i barcie opuszczały: same z drogi bartnikom ustępując, tak by mogli bez żadnych przeszkód wydobyć ociekające miodem plastry. Mokoszę wraz z nadchodzącą jesienią zastępowała Marzanna. Sporu ze sobą jednak nie miały i jak siostry dzieliły się ziemią zamiennie i każda po pół roku we władanie ją brała. Wszystko czym zarządzały podlegało bowiem odwiecznemu prawu i mądrości: wszystko, co ma swój początek, posiada swój koniec, a koniec jest początkiem odrodzenia.

sobota, 30 marca 2024

Wiedźmińskiego terminatora przypadki - XVIII

 Nie była ostrożna. Nie skryła się i nie spodziewała się tego, co się stanie. Poszła po prośbie do gospody. Poczęstowali ją kaszą na liściu kapusty. A kiedy wychodziła płócienny worek spadł na nią od tyłu, zasłonił oczy i twarz. Słyszała naglące głosy karczmarza i wieśniaków. Na przegubach sznur związali mocniej, nogi - tak by mogła zrobić krok. Szturchali i ciągneli w nieznane. Kiedy pod stopami wyczuła wodę i miękkie dno, pozwolili jej patrzeć. Z jeziora wynurzył się wodnik. Oczy miał rybie wybałuszone i zimne. Zlepione włosy ociekały wodą i szlamem. Szmer przerażenia przeszedł przez tłum. Kobiety zakrywały dzieciom oczy, mężczyźni trzymali widły i kosy skierowane w stronę jeziora. Przed szereg wyszedł Żerca, który przemawiał potwierdzając nowe przymierze  i przyjaźń z wodnym stworem. W końcu zwrócił się w stronę jeziora.  Ludzie rozstąpili się, kiedy pan jeziora wyległ przed zgromadzonych na brzeg i wziął do ręki przekazany mu sznur. Wodnik pociągnął Żywię za sobą. Chłopi na brzegu jeziora odetchnęli z ulgą 

Słoneczne promienie przenikały wodę i promieniście spadały na dno. Gdzieniegdzie oświetlały muł, z innej strony skały i piach. W wodzie unosiły się i opadały warkocze wodnych traw: rozwidlone gałązki grążela, łodygi grzybienia i strzałki wodnej. Te ostatnie sięgały wysoko tafli wody, zewsząd podpływały drobiny rzęsy wodnej i odgłosy falowania. Bezbronna wiedźma w podwodnym świecie ujrzała kolejne zgromadzenie. Były tam topielice, brodarice i rusałki. 

Na samym dnie, wodne istoty ich otoczyły i zwarły krąg. Żywia widziała w ich obcych oczach pogardę i niechęć, a może nawet zazdorść? Nie rozumiała tej złości. Nie zabiegała o to. Wszystko działo się mimo woli. Zniekształcone sylwetki, sine usta i ciała przerażały ją. Zaciekawiona odwróciła głowę w stronę, w którą spoglądała podwodna brać. Najohydniejsza z  istot w asyście dwóch ogromnych rozmiarów węgorzy przyniosła muszlę, wypełnioną osobliwą cieczą i niemym gestem kazała pić. Na nic zdały się odmowy. Rażona niespotykanie silną magią złożyła wargi na brzegu naczynia. Zawartość pokonała gardło,  przełyk i drogę do żołądka, a także resztki świadomości. Kiedy się ocknęła, nie była już tą samą dziewczyną.  Dzięki magicznej miksturze zmieniła się, aby przetrwać. W tym równoległym podwodnym świecie musiała nauczyć się oddychać, z czasem rozwinęła więc tą umiejętność. Musiała również porozumiewać się z jej mieszkańcami i udało się to za pomocą rozwiniętej u wiedźmy telepatii. Dzięki niej dowiedziała się między innymi, że ma być poślubiona wodnikowi i stać się naczyniem wypełnionym nadzieją dla podwodnego świata. Intuicyjnie wiedziała, że potwory z jeziora czekają na życie, które z jej pomocą zmieni tę krainę. Prócz wodnika, żyjątek i ryb zamieszkujących toń ogromnego jeziora, reszta demonów była martwa.  Kiedy nadszedł czas, Żywia złożyła skrzek.  Setka oczu patrzyła teraz na nią z wyrzutem, a ona patrzyła na te jajeczka i zastanawiała się, jak mogło do tego dojść? Przecież prowadziła się należycie.  Wprawdzie w wieku lat dwudziestu często rozprawiała z kamieniem filozoficznym, kiedy pomieszkiwała kątem u alchemika, ale włożyła jego słowa między bajki. Kamień filozofów zapewnił ją wtedy, że zostanie królową podwodnego świata, a nawet da początek nowej dynastii. Ale kto by tam brał na poważnie słowa kamienia? Śmiała się z tych jego opowieści i źartowała, że będzie wielką panią. Mimo wyraźnych względów i większej swobody, wciąż tęskniła za dawnym życiem: za słońcem,  ziemią, za zielonym pagórkami i lasem, który o tej porze roku budził się do życia. Pod powiekami widziała falujące łąki  z wonnymi kwiatami. Pewnej nocy, kiedy wpatrywała się w lustrzane odbicia księżyca, nie wytrzymała i wypłynęła. 

Niespodziewanie kosmata dłoń chwyciła ją i wciągnęła na łódkę. To bies przybył jej na ratunek! Skąd wiedział, że potrzebuje pomocy?

c.d.n.



czwartek, 4 stycznia 2024

Wiedźmińskiego terminatora przypadki - XVII

 Wędrowanie od wschodu do zachodu słońca mocno Żywię utrudziło. Blisko wieczora zaczęła więc szukać miejsca, gdzie by mogła bezpiecznie przenocować.  Zwykle było to legowisko złożone z suchej trawy na leśnej polanie. Kiedy padało, musiała postarać się bardziej. Wówczas  szczelina w skale lub naprędce zbudowany szałas stawał się jej pałacem. Nie przywiązywała się jednak do tych wytworności, porzucała je bez żalu i szła dalej. Bywało, że krajobraz był jednostajny, a niekiedy zmieniał się wraz z porą dnia. Innym razem musiała zboczyć z drogi omijając zawalony przez osuwisko szlak lub przedostać się na drugi brzeg rzeki. Czasem przez cały dzień nie widziała żywej duszy, innym razem przedzierała się przez zatłoczone gościńce.  Mijała lasy, pola, pastwiska. A za nią, nie wiedzieć czemu i po co, wędrował również kosmaty bies - wielki smakosz i koneser bobu - Belzebób.  Żywia jakby to przeczuwała, lecz nie odganiała go wcale. Wydawało jej się nawet, że czarci pomiot się jej lęka. No bo niby czemu tak się  skrada ukradkiem, miast zdradzić: o co mu właściwie się rozchodzi? A i w towarzystwie się przecie lepiej podróżuje.

 Przekraczając rzekę, zobaczyła młyn i osadę nad ogromnym jeziorem, którego brzegi porastała pałka wodna i tatarak. Od razu poznała, że mieszkańcom wioski dobrze się powodzi. Pokryte trzcinową strzechą chaty zdobiły malowane wzory przedstawiające podwodne stworzenia i rośliny, a okiennice pokrywała rybia łuska. Między jedną, a drugą zagrodą, na ścianach domów, opłotkach oraz przeznaczonych do tego skrzyżowanych tyczkach, suszyły się rybackie sieci. Wiedźma weszła w ten labirynt i ruszyła ku karczmie, ażeby tam się za robotą i noclegiem rozpatrzeć.

 W tym czasie gdzieś na środku jeziora pojawił się mroczny cień, a w głębinie coś się zakotłowało. 

W wiosce było wielkie poruszenie. W tę najkrótszą z nocy wszyscy wylegli nad jezioro. Byli tam drobni rzemieślnicy, w tym kowal, okoliczni chłopi i rybacy z rodzinami, poławiacze bursztynów i pereł, oraz flisacy. Wszyscy z pochodniami z przejętymi twarzami spoglądali na pomost, na którym żerca szykował ofiarę przebłagalną. 

- Co tu się odbywa? - myślała gorączkowo Żywia dołączając do reszty.

Tymczasem z jeziora wynurzył się olbrzymi i oślizgły, półnagi wodnik. Przez zgromadzonych przeszedł szmer i trwoga. Oczy miał wielgachne, zimne i rybie, włosy długie i niechlujne, skórę zielonkawą na niej wypustki, błony pławne między palcami.

Żerca podszedł bliżej trzymając w jednej ręce koguta, w drugiej postronek z młodym koziołkiem na jego końcu. Zwierzę zapierało się kopytkami o deski pomostu najwyraźniej przeczuwając fatum jakie nad nim wisi. 

Ale wodny potwór nie zamierzał przyjąć przygotowanych dla niego darów. Wzburzył tylko wodę i odgrażając się zapowiedział, że powróci nazajutrz wziąść sobie dobrowolnie lub pod przymusem kobietę za żonę. Po czym zapadł się w szlam, a woda za nim złowieszczo zabulgotała.

Ludziska zlękli się okrutnie. Nikt bowiem nie chciał oddać swej baby, ani córki temu potworowi za żonę.

c.d.n.



Iwan Biblin - Wodnik 

rycina z netu.

niedziela, 24 grudnia 2023

Wiedźminskiego terminatora przypadki XVI

 Zaiste dziwne było to królestwo. I nikt nie wiedział, jakim cudem ono właściwie funkcjonuje? Królowa w nocy spać nie mogła, bo co rusz spazmów i migren dostawała, między posiłkami - globusa, a duszności męczyły ją na  samą myśl, kiedy tylko skarbnik królewski do jej komnaty miał zapukać. Sam mistrz prowadzenia ksiąg przychodów i odchodów, dostawał nerwicy natręctw, kiedy tylko miesięczne sprawozdanie, czy zaplanowany budżet państwa do podpisania miał dać. Albowiem jej miłość wielce nie lubiała rachować i koronny skarbiec na zbytki trwoniła: wszelkie pozory i utrzymanie dworu kosztowało bowiem krocie, nie wspominając o innych państwowych wydatkach: przyjmowaniu zagranicznych poselstw, wspieraniu kuglarzy (zwłaszcza mało komu znanych wędrownych celebrytów) i dbaniu o oprawę artystyczną podejmowanych przez jaśnie państwa gości. Bo trzeba wam wiedzieć, że biesiadować w tym królestwie lubieli wszyscy: od stajennych i pastuchów, poprzez pomywaczki i pokojowe, kończąc na jaśnie państwu właśnie. Król Ferdynand  bez Zęba na Przedzie wielkim był "patriotą" i lubiał się otaczać podobnymi sobie "patriotami". A każdego, kto mu się w chwili słabości, to znaczy odwagi, sprzeciwił, bez ceregieli między oczy bił, nie bacząc na argumenty. Król na zagranicznych wyprawach zbrojenno-łupieżczych zęby swoje zjadł. Od maleńkości jednak żywił okrótny wstręt do nadwornego kowala, który jako wyrwiząb pokątnie sobie dorabiał, toteż odwiedzać go nie zamierzał. Owa historia odrazy sięga czasów odległych, kiedy jako pacholę  przyłapał rzeczonego kowala z rodzoną matką - królową Błoną na intymnej schadzce w królewskiej łożnicy. Ten widok tak zapadł młodemu Ferdkowi w pamięci, iż przestał o higienę jamy ustnej dbać.  Incydent ten uczynił więc w królewskim uzębieniu straszliwe spustoszenie. Stał się też powodem od krórego król dostał swój przydomek - Ferdynand bez Zęba na Przedzie.


***

Żywia popatrzyła jeszcze raz na rubieże tego cudacznego państwa i postanowiła pójść dalej. Jako znajda, nie była przynależna żadnemu stanowi, ani jako chłopi - ziemi, ani jak rzemieślnicy do swego warsztatu, toteż nie było jej żal zostawiać miejsca, które choć znała, do końca jej nie było. Zanim opuściła chatę alchemika obiecała mu, że będzie do niego zaglądać,  ilekroć tylko będzie w okolicy i poszła dalej. Za nią od drzewa do drzewa poczłapał nieszczęsny bies. Nie było mu łatwo gdziekolwiek się skryć, bo poroże urosło mu ogromne i często nim o gałęzie w lesie  zawadzał. Przestał też odwiedzać przydrożne karczmy, bo nie dawał rady przez podwoje wejść, no ale robił co mógł, by pozostać niezauważonym.

cdn.



piątek, 15 grudnia 2023

Wiedźmińskiego terminatora przypadki XV

 Dni mijały, Żywia spędzała je zwykle w otoczeniu zwojów i starodruków. I kiedy tylko jakieś zaklęcie sobie chciała przyswoić, zaraz je ćwiczyła, by lepiej zapamiętać. Prowadziła przy tym księgę, gdzie spisywała swoje obserwacje, przyczyny i skutki zamawiania, wpływ na otoczenie, tudzież na pogodę. Praktykowanie kończyło się zwykle długimi  wędrówkami w głąb siebie i po drzewie życia; czasem w dół i  na zewnątrz przez portal, którego przekraczanie nie sprawiało jej teraz większych trudności. Chyba, że Leszy ją przy tym zoczył i zaraz na kraj lasu chciał odprowadzić. Żywia dobrze wiedziała do kogo ów głąb kniei należy, ale i tak tam ciągle wracała. Podczas tych  wiedźmińskich podróży odnajdywała swoją siłę. Nikomu nigdy nie zdradzała, gdzie szuka swego światła. Źródło mogłoby stracić moc i ona o tym wiedziała. Chroniła je więc swym milczeniem. 

Portal jasnym błyskiem otworzył się automatycznie wśród drzew i zamyślona Żywia przekroczyła próg, by wrócić do komnaty, gdzie ostatnimi czasy pomieszkiwała. Nagle pojawił się w niej gospodarz.

-Tynktura niegotowa, a ty sobie wycieczki urządzasz?! -okrzyczał ją alchemik – zaraz mi tu wracać do roboty! Tyle mamy zamówień przed nowym  rokiem! Żartowanie z czeladnika było bowiem w dobrym tonie, a tradycję, jak wiadomo, należy przekazywać z pokolenia na pokolenie, tak jak wianki rzucane przez dziewczęta na wodę w Małą Nockę , jesienne dziady , czy dekorowanie wiecznie zielonego drzewka.

- Szukałam w lesie drzewka - odparła  zaskoczona. Chciałam ci chatę do świąt igliwiem przybrać, jemiołę zebrać i siankiem kąty powyścielać. Przyszłam się u ciebie schronić, a tyś mnie diabłu za parę miedziaków sprzedał! - nie wytrzymała.

 I widać było dobrze, że Żywia nie żartowała. Alchemik chciał jakoś zmienić temat i do zbioru ziół natchnąć i  zachęcić zanim całkiem co żywe przymarznie, ale Żywia nie odpuszczała.

- Już więcej pod ziemię do diabłów nie wrócę! Ten któregoś nasłał, niepotrzebnie tu przychodzi i w okna zagląda. Niech sobie diablice w ich alkowach odwiedza, ja nie mam nic do tego.  

Po tej rozmowie Żywia nie na żarty zaczęła myśleć o odejściu. Miała wszystko, co trzeba, żeby zacząć własną praktykę.

cdn.



czwartek, 7 grudnia 2023

Brown Sugar - opowiadanie retro

 

   Zagrały dzwonki. Wyszła w pośpiechu z  pracowni kapeluszy. Wpadła na przechodnia i niechcący upuściła maleńką torebkę. Nieznajomy podniósł ją i podając kobiecie zapragnął uchwycić jej wzrok. Podziękowała skinieniem głowy, sprytnie omijając natarczywe spojrzenie. Niespokojne rzęsy rzuciły cień na zaróżowione policzki i tylko szklane oko etoli z lisa, burzyło nastrój pierwszej tęsknoty. Był pewien, że się speszyła. Chciał powiedzieć coś jeszcze, prócz zdawkowego: -Proszę, cała przyjemność po mojej stronie… Tymczasem już odchodziła przy akompaniamencie obcasów, które stukały o bruk swym wysokim staccato. Zaciekawienie rosło z każdą chwilą. To tak jakby jarzmo zegarów i kalendarzy nagle przestało istnieć. Jakby niesforne perpetuum mobile cofnęło jego osobę jakiś wiek wstecz. Postanowił odkryć tajemnicę. Wytropić złudzenie. Spróbować dowiedzieć się czegoś więcej. Skręciła w nasycone klaksonami wielkomiejskie zakamarki. Przez chwilę stracił ją z oczu, ale wkrótce pośród tłumu rozpoznał mały kapelusik przepasany wstążką, zwiniętą na boku jak muszla.

Trzy schody w dół dotykając gładkiej jak lód poręczy.  Ktoś pytał o ogień. Bez namysłu sięgnął do kieszeni. Płomień jak złoty wąż wypłynął z zapalniczki i za moment zgasł. Wszedł do środka i nagle zmienił się świat. Promienie z zawieszonej pod sufitem kuli tworzyły przekątne między jedną, a drugą ścianą, krzesłem, stołem, a sceną. Wokół rozbrzmiewał kawiarniany gwar. Nieliczne pary tańczyły, inne przy małych, okrągłych stolikach z lampką demonstrowały wszem i wobec swoje podwojenie. Wielu mężczyzn oblegało bar. Byli tam robotnicy, znużeni pracą urzędnicy i tacy jak on – przypadkowi przechodnie.

Zapadła cisza – ale tak naprawdę nie pamiętał – może przebiegł między ludźmi jakiś szmer? Kiedy wchodziła na scenę zdawała się płynąć. Zanuciła wers. Rysy na twarzach publiczności zelżały i prosiły o jeszcze. W rytm łomotało serce.  

-Zdejmij kieckę! – zaryczał z tyłu kompletnie pijany gość. 

Wtedy stała się dziwna rzecz, przypadkowy mężczyzna ścisnął dłonie w pięść i runął na niego masakrując mu twarz. Bił bez opamiętania, oszołomiony swą siłą i złością. Aż ochrona musiała rozdzielać zwarte w uścisku ciała. Niedoszłego obrońcę dwóch osiłków wciągnęło na zaplecze, gdzie otrzymał dodatkową serię kuksańców. -Tak, żebyś dobrze zapamiętał – śmieli się, gdy zwijał się z bólu. W końcu wylądował na bruku, od tyłu - tam, gdzie walały się stare kartony, a dzikie zwierzęta przychodziły na żer. Podnosząc się zobaczył swą twarz w kałuży: krew z nozdrzy spływała na pomarszczoną tarczę księżyca, która  w tej chwili się w niej odbijała. Nagle drzwi, które zwarły się z hukiem znów skrzypnęły. 

-Lepiej już nic nie mów – zaprotestowała podkreślając gestem ręki swój stanowczy ton.  

-Byłeś pewien, że to ja potrzebuję opieki, a pomocy potrzebujesz ty… – powiedziała przykładając mu do twarzy chusteczkę.


14 grudnia 2011

piątek, 10 listopada 2023

Wiedźmińskiego terminatora przypadki XIV

   Wy psubraty, psiesyny zapchlone, tfu! -Niedoczekanie wasze! - szumiało Żywii w głowie. Z natury spokojna dziewczyna rozsierdziła się. Nie będzie nikt mną dysponować, ni do niczego zmuszać, basta!

I kiedy nieświadomie alchemik z żercą targu dobijali, nieoczekiwanie obruciła się na pięcie i wyszła.  Mimochodem otworzyła portal i tyle ją widzieli.

A ona dziarsko minęła opłotki i śmiejąc się do siebie głaskała pierzaste trawy. Uśmiechem witała znajome ogródki i późne kwiaty. Pod dorodną jabłonią odnalazła słodko - kwaśne owoce - jej ulubione.



-Bąki zbijać? - usłyszała przez okno. -Każden jeden mądry, więcej rozpowiada, niżli robi! - usłyszała piskliwy kobiecy głos. 

 Takich przytyków okrótnie nie lubiała. Ale koniec końców sama przyznać  musiała, iż nauki nijakiej u alchemika nie zdobyła i prawie nic nie czarowała. Tyle co w księgach się rozczytała i zaklęcia nowe przejrzała. Tyle przez te półtora miesiączka skorzystała. Żaden to dla niej mistrz, czeladnik zaledwie być może  i to średni. Po co mnie tam siedzieć kiedym świata ciekawa? 

***

Za siołem na uboczu stała chatka, do której podążała. Czuła, że Konwent szykuje się do zabiegów magicznych na Dziady.

***

Słuch jej się wyostrzył i znów głosy słyszała. -Próżno jej zabraniać – stwierdziła Haścowa. -Przyroda w rozmaity sposób przygotowuje niedojrzałe pędy do tego, by wydały plon. I wcale nie pławią się ciągle w słońcu; obmywa je deszcz, gwiżdże w nich wiatr. 

-To dlaczego ty jesteś sama? – Burknęła babka.

Haścowa westchnęła i odpowiedziała jej spokojnie: 

-Z tego samego powodu co i ty! - wypaliła. -Sama wiesz, opuściłaby mnie cała magia, gdybym przestała być. Znów ci wyłuszczyć jakim utrapieniem jest chłop w chałupie?

-  Pierwsze i najważniejsz - psuje ezoteryczny porządek,

 - Drugie utrapienie - to nieustanne marudzenie,

 -Trzecie, regularne kulinarne żądania,

 -Czwarte, wydzieliny oraz wyziewy poranne - wymieniała  Haścowa.

- I nie ckni ci się za ciepłą pierzyną? - spytała babka rozbawiona.

 -Daj spokój! W moim wieku? Zwyczajnie idę, biorę co chcę i kiedy chcę - zaśmiała i machnęła ręką.

Żywia posłyszała to wszystko, poszła pod drzewa i zerwała wierzbową witkę i naprędce splątała ją z dębową – w ten sposób zamierzała spętać czarodziejską formułą  istotę przeznaczenia.    

-Nie wolno ci! – zaskoczyła ją Jewka. Dłoń Żywii zawisła nad kociołkiem z halucynogennym wywarem. -Nie wolno ci wiązać ponownie ich losów Żywia! Póki sami się na to nie zdobędą, nie wolno ci w to ingerować – kręciła przecząco głową na znak, że zakazu w żaden sposób nie można obejść.

-Ale w księgach stoi, że można a nawet powinno się wpływać na rzeczywistość… – nie dokończyła, bo przerwała jej babka, która dopiero co przyszła.

-Wiedźmy żyją odrobinę inaczej. Nie mieszają się w przebieg zdarzeń naturalnych, bo wierzą, że tylko Matka Natura może zachować porządek i są temu prawu posłuszne. W zgodzie z naturą, co znaczy, że akceptują, iż istnieją drapieżniki i ich ofiary. Nic ponad to – zakończyła.

-A te wszystkie zaklęcia i uroki, eliksiry i medykamenty? Czy one też nie zmieniają osnowy rzeczywistości? – dopytywała się Żywia. 

-Zmieniają, ale nie mogą zmienić praw rządzących przyrodą – odpowiedziała Borowikowa – dlatego to takie ważne. Kiedy zechciałabyś odwrócić bieg zdarzeń dla swojego kaprysu, to twój zamiar mógłby przynieść nieprzewidywalne skutki dla wszystkich żyjących stworzeń.

Wiedźma spojrzała jeszcze raz do baniaka z brunatną cieczą. Na powierzchni tworzyły się i pękały pęcherzyki powietrza, chwilę później pojawiły się coraz większe i większe koła tak, jakby ktoś powrzucał do spokojnego stawu kamień i… Żywia znów zapadła w trans i ocknęła się ... w chacie alchemika.

To jakieś fatum - przeszło jej przez myśl. I zaczęła szukać hasła pod literą F.

-Kiedy przyjdzie czas, wszystko to się nieuchronnie wydarzy. Jest to opisane w gwiazdach.


niedziela, 15 października 2023

Wiedźmińskiego terminatora przypadki XIII

     

   Wędrowiec wkroczył do miasta, odnalazł pracownię alchemiczną i przekroczył jej podwoje. Dzwonki zaczepione u drzwi zagrały przeciągając wysokie tony jakby to był trel skowronka. W środku jakaś młoda dziewczyna przelewała do menzurek aqua vitae. Nieco dalej stary znajomy rozparł się na krześle i dyskutował z kamieniem. Przygodnego wędrowca mógłby zadziwić, a nawet zaniepokoić, taki widok, ale nasz znajomy niejedno już w życiu widział i wiedział, że alchemik rozmawia z kamieniem filozoficznym. Każdy szanujący się alchemik miał taki kamień w swej pracowni i w wielu znaczących zagadnieniach się z nim konsultował. 

Pytał więc go alchemik o pneuma, o to jak przemienić wszystko co podłe w szlachetne? Pytał wreszcie o sens ludzkiego istnienia?  Na końcu spytał o prognozę pogody i kiedy popielata gruda mu odpowiedziała, zoczył wreszcie swego druha.

-Witaj! – zawołał uradowany. Chodź tu do nas i mów, co w dalekim świecie słychać?  Gość spokojnie odstawił kostur, zdjął kaptur, podszedł i usiadł przy zawalonym pergaminami stole. Alchemik przywołał dziewkę i kazał sobie przynieść okowitki. Dziewczyna wydała się być bez charakteru, znaczy nieśmiała, ale za to ładna i co najważniejsze posłuszna. Zgodnie z wielowiekową tradycją, wartko  przyniosła antałek z gorzałką i garczek kwaszonych. Gospodarz przesunął zwoje pergaminów i zmieścił na upapranym odczynnikami blacie dodatkowe dwa blaszane kubełki na trunek.

-Mocna! – sapnął żerca wycierając rękawem brodę. Spiesznie zagryzł ogórka i dalej z pełną buzią  chwalić poczęstunek – Przednie warzycie w tym domu wiktuały! Mam tu dla was zamówione ingrediencje: majową rosę, jajo bazyliszka, świecący w ciemności kamień, przyprawy oraz barwniki: E 100 i 120, konserwanty i stabilizatory od E 240 do 470  - wymieniał wykładając je z worka i układając w rządku przed alchemikiem. 

-O zapłacie porozmawiamy później, zgoda? – zmieszał się nieco alchemik. 

Ale żerca pokręcił głową na znak, że nie bardzo jest mu to na rękę. - Dobrze wiesz przyjacielu, że wydatki rosną jak te no, grzyby po deszczu, inflacja na pstrym koniu jeździ, a budżet na wyrost ustanowiony... -Tym razem mam nadzieję, że przystaniecie na moją skromną propozycję - ciągnął dalej. -W drodze do waszej pracowni napotkałem jegomościa, który wielkim afektem twoją alchemiku podopieczną obdarzył. Schowana w kącie dziewka drgnęła, ale nic po sobie nie dała poznać, dalej czytaniem zajęta.

 – Gotów byłbym uregulować nawet wasze rachunki, byleby tylko umożliwić młodych spotkanie. 

-Alchemik klasnął w ręce.  Odnalazł wzrokiem wiedźminkę i poraz pierwszy docenił jej wartość. 

A wiedźma, choć zajęta tynkturą i destylacją, całą rozmowę usłyszała i niezbyt jej się kwapiły jakiekolwiek schadzki. Myślała więc jak tu się zręcznie z sytuacji wykręcić?

cdn.







czwartek, 12 października 2023

Wiedźmińskiego terminatora przypadki XII


  Dymy z wiejskich kominów unosiły się z wolna i umykał do nieba jak duchy przodków. Małe, kolorowe chatki przykryte strzechą, a następnie prześcieradłem ze szronu  zdawały się drzemać w najlepsze. Wśród dolin i pagórków migotał pierwszy mróz, a między nimi drogą, nie wiedzieć czemu i po co, szedł sobie żerca. Skulony, zakapturzony, z sękatym kosturem, hojnie obdarzony przez Rodzanice długą, bo do samej ziemi, brodą - symbolem nabytej mądrości. Bujne owłosienie regularnie przydeptywał. Wreszcie postawił nogę tak niefortunnie, że się przewrócił i narobił przy tym takiego rabanu, że zaklął siarczyście próbując się podnieść ze śliskiej powierzchni. Pikantne słownictwo rozbudziło zamieszkałe pod powierzchnią ziemi czarnookie diablęta. Pandemonium składało się z licznych zastępów, na czele których stał jeden najważniejszy rogacz - Lucyper, który pod sobą miał jeszcze dziewięciu, a tamci swoich, a wszystkie znudzone były okrutnie. Każden jeden czekał niecierpliwie okazji, aby się swą złośliwością wykazać, oraz aby innych zaskoczyć coraz to przebieglejszym psikusem. Więc kiedykolwiek przeklete dusze posłyszały, że ich kto wzywa, gromadnie wyruszały na spotkanie. Tym razem  najszybszy był Belzebób ( imię w starożytnych językach oznacza namiętnego smakosza bobu). Wyskoczył z czeluści i zagadał:

-Gdzie idziecie dziadku o tak wczesnej porze? Wędrowiec z lekka zaskoczony rozpromienił się na widok czorta, który na tę okoliczność przybrał postać przystojnego żolnierza. (Wszystkie pododdziały z armii Lucypera mogły zmieniać fizjonomię na zawołanie).

Starzec wyciągnął rękę, którą wojak naraz chwycił i pociągnął  ku sobie.

-Zmierzam do Swornej. Rzekł niepewnie stając na nogi i otrzepując odzienie. - Ingrediencje dla tego dusigrosza alchemika ze sobą niesę. 

-O! -zawołałał diabeł.  -Interesa prowadzicie w grodzie? A dałoby się tak zamówić prawdziwą dziewicę?

-No nie wiem… Wiem! Zamyślony wskazał niebo palcem. -Nie, jednak nie wiem –  zrezygnował. -Jeszcze za moich czasów się takie zdarzały, ale teraz…

-Dobrze zapłacę – potrząsnął sakiewką zły duch.

-Nie, raczej nie – odmówił starzec.

-Na pewno jest coś, o czym marzy żerca – zachęcał dalej czort.

Wędrowiec potarł ręką czoło, zmieszał się odrobinę, wreszcie przemówił:

-No jest… To złoty sierp! -Legenda głosi – opowiadał dalej- że kto tego sierpa mieć będzie, do końca życia cieszyć się będzie. Szczęście i ogromne powodzeniem mu pisane. Będzie umiał przemienić noc w dzień, lato w zimę, a nawet ludzi w zwierzęta!

-Nie może to być! – parsknął czort – to ty mnie taką dziewicę wskaż, a ja tobie sowicie wynagrodzę. A jako bonus do sierpa  gromowładny młot dorzucę! Po tych słowach młodzieniec zniknął w zaułkach podgrodzia. Żerca przetarł oczy, pomyślał, że dręczą go zmory, trzy razy splunął przez lewe ramię i stukając kosturem poczłapał dalej do pracowni alchemika, gdzie mieszkała Żywia.

cdn.



wtorek, 10 października 2023

Wiedźmińskiego terminatora przypadki XI

   Tak mógłby wyglądać portal :)


albo tak!



   Babka nie wytrzymała, wzięła i siłą przytuliła dziewkę, która zrazu się ocknęła. Wygłaskała ją porządnie po włosach, tak by się uspokoiła i kazała mówić. -Co też i Żywia rychło uczyniła.
- Ty się nic nie bój, my tu społem zaraz wszystkiemu zaradzim - odezwała się Kowalowa.
Po nitce do kłębka zlokalizowały jaskinię, i strumień, i Jaryłkę, po czym za pomocą magicznego portalu wartko przeniosły się w  miejsce, które Żywia w wizji obaczyła. 
Jaryłka ledwo dychała. Sama pewno już by  dawno z wycieńczenia pomarła i do pałacu Śmierci dotarła, ale przecie wiedźmą była, a wiedźmy, jak świat światem, łatwo nie ubijesz. A tu na dodatek jeszcze niespodziewana pomoc nadeszła.
Bo jak już ją czarownice na wpół żywą znalazły, to dalej stosować maści przeróżne, eliksirami poić, zaklinać, przywoływać... Harmider był przy tym i zamęt, a głośno było i tłoczno - wszak wiedzący wiedzą, że magija z chaosu przybywa, a zamysł w jawę przemienia.  W dodatku Babka sięgnęła po nowe techniki zwane szumnie homeopatyją, także Jaryłka prędko siłą wiary i tychże zabiegów ozdrowiała. I... ogromnie zgłodniała. A że wiedźmy wielce hojne przy tym były (szczególnie dla członkiń swej profesji),  takież jako Koło Gospodyń Wiejskich w tych samych osobach, to i nakarmić Jaryłkę, jak nic, musiały. Za to wyratowanej z opresji dobrota taka się w sercu rozlała,  iż szczęśliwie o gąsiorku młodego wina sobie nagle przypomniała i do zgromadzenia razem z nim dołączyła. Tedy wszystkie jak jeden mąż do sabatu  przez wspomniany portal powróciły i za trzydniowy bigos i winko się wzięły. Tak oto Żywia częścią konwentu Nieprawych i Niesprawiedliwych została i Jaryłkę od zguby wyratowała.

  ***
Tymczasem strzyga, wielce swym występkiem podbudowana, postanowiła zmienić otoczenie. A ponieważ sioło znacznie jej zbrzydło i zmęczyło, to pofrunęła prosto ku stolicy, rozpocząć nową, artystyczną karierę. Wiadomo, w królewskim grodzie, ludzie obyci są i światli, to i na wielkiej poezyi się prędzej poznają. Odwiedzała zatem karczmy i zajazdy. Siadała zwykle w kącie i ukradkiem suche wersy skrobała, a smutne ślepia przy tym takie robiła, a tak wzdychała, że się zawżdy jakiś samotny do niej przysiadł. Tak czy siak, w stolicy nigdy głodem nie przymierała...

cdn.

poniedziałek, 9 października 2023

Wiedźmińskie terminatora przypadki X

 Wiedźmy stanęły wokół kociołka, który wesoło bulgotał wśród płomieni. Babka Kurza Łapka urwała z kolczastego krzewu kilka niebieskich paciorków i wrzuciła do środka. Wzięła drewnianą łyżkę, zamieszałai wskazała na swoją podopieczną. 

-Spróbuj pierwsza na znak, żeś do naszego grona przynależna - rzekła. Żywia pochyliła się i odgarnęła dłonią warstwę oparów. Bigos pachniał lasem, grzybami i dziczyzną. Wnętrze zawirowało i wypluło przepowiednię; Zraniona w walce z wilkami strzyga uderzała skrzydłami powietrze, ale pocharatane skrzydła i wątłe ciało nie mogło wznieść się w górę. Nawet światło księżyca nie było w stanie jej pomóc. W końcu spadła  w głąb kniei, gdzie słabła z każdą minutą. Minęła chwila, może dwie. Na horyzoncie pojawiła się drżąca kula słońca. Z natury blada skóra demona zaczęła się czerwienić i piec. W tym momencie nadeszła leśna wiedźma. Widząc potrzebującą, zaciągnęła strzygę do jaskini.

 Żywia rozpoznała w niej towarzyszkę swych dziecięcych zabaw – Jaryłkę, która rozczulona widokiem konającej postanowiła jej pomóc. W ciemnicy wzięła pocharataną rękę strzygi i przycisnęła do piersi, gdzie oszalałe serce tłukło się jak gołąb zamkniętym w gołębniku. Z dnia na dzień wąpierzyca dobrzała. Z czasem zaczęła nawet wychodzić z kryjówki i polować; wpierw na małe zwierzęta - króliki i kuropatwy, ale z czasem była w stanie upolować nawet sarnę. Głód był jednak nieokiełznany. Nie mogła znieść niewinności jaką epatowała Jaryłka. Któregoś pochmurnego ranka zaczaiła się więc i na nią. Znienacka przewróciła wiedźmę na wilgotne runo i z rozmysłem otworzyła siedem ran na upiętych cienką skórą koralach kręgosłupa. Rany zatruła trucizną, po czym odleciała, by dalej krzywdzić i łajdaczyć się.

Dalej wizja była niejasna, a kończyła się widokiem krwiawiącej dziewczyny, która leżała u podnóża źródła. Długie karminowe wtęgi spływały w dół wiążąc się i rozplatając w  nurcie strumienia. Oczy wiedźmy przepełniał ból, ale Żywia wiedziała, że ona cierpi nie tyle z upływu krwi, co z bólu serca, do którego przytulała każde żywe i potrzebujące stworzenia. 

-Żywia, co z tobą? – spytała żona kowala. Ocknij się, dziewczyno! – wołała tarmosząc ją za rękaw.  

Młoda upadła na kolana i zaczęła płakać. Płakała tak rozpaczliwie, że czarownice zlękły się tej nagłej przykrości, spodziewając się raczej radosnych wieści: ożenku, ukończenia akademii, a może niemowlęcia w ramionach?  

-Nie mogłam jej uchronić – łkała. Darła resztki pożółkłej jesienią trawy i deklamowała inkantację: 

-Przyzywam siły potężniejsze ode mnie. Moce, które położą kres tej fali nieszczęść! Na cztery wiatry wołam i o pomstę proszę matkę Mokosz, Swaroga w niebie!

cdn.



środa, 4 października 2023

Wiedźmińskie terminatora przypadki IX

 Kiedy tylko Żywia zmrużyła oczy, wnętrze starego, zatęchłego sklepiku, gdzie urzędował alchemik, zaczęło się zmieniać; ściany przemieniły się w szpaler drzew, bogato zdobione kobierce w leśną ściółkę, a meble w krąg wielkich kamieni. Uroczysko otaczały bagna. Pośród kikutów drzew i trzcin pojawiały się gorejące oczy dzikich zwierząt, błyskały widma błędnych ogników, a księżyc jak żuraw brodził wśród sitowia goniąc łuski gwiazd, które spłoszone próbowały dobić do brzegu. 

Zwinięta jak gronostaj w gnieździe wiedźma przeciągnęła się i obejrzała okolicę. Rozpoznała miejsce swoich wcześniejszych, dziewczęcych jeszcze wędrówek. Tyle, że alchemik nie zostawił jej żadnych wskazówek, żadnej tajnej broni, zaklęcia, ni nic. I chcąc nie chcąc wylądowała sama w lesie sakzana na poniewierkę. Wówczas przypomniała jej się złota myśl  wydrapana gwoździem w babcinej wygódce: „Jeśli sam tego nie zrobiszsz, nikt za ciebie tego nie uczyni. A jeśli nawet zrobi, to bądź pewien, że spartaczy.” 

W krzakach usłyszała szmer. Nie była sama, jak jej się wcześniej wydawało. Nagle nad jej głową pojawił się krąg zafrasowanych czymś kobiet. Pewno nietutejsze – pomyślała w pierwszej chwili - w tej sprawie myliła się również. Chociaż jedne faktycznie przybyły z daleka, to inne pochodziy z tej samej wioski co młoda wiedźma, zmienione jednak były odrobinę: wszystkie przywdziały odświętne stroje, wymalowały oczy i usta, a młode, niezamężne na głowy włożyły wieńce i barwne przepaski. Naliczyła wszystkich dziesięć: była tam: kowalowa, młynarzowa, żona kołodzieja i piwowara, ich trzy córki: Jewka, Sława i Bogdanka, babka Kurza Łapka i jeszcze dwie inne seniorki: stara Haścowa i Borowikowa.

-Wreszcie cię tu ściągnęłyśmy – rozpoczęła babka. -Ciężko było znaleźć  w Swornej portal, ale intuicja nas jednak nie zawiodła. U prestidigitatora żeśmy odnalazły stary i dawno używany, toteż i trudności  były, ażeby uruchomić. Toteż szukałyśmy dalej i otworzył się jeden u tego zdziadziałego alchemika.Wprzódy jednak trzeba było się nagłowić, ażebyś do niego do zakładu trafiła. Mamy tu jednak swoje znajomości - mrugnęła do starszyzny.

-Ale wróćmy do sprawy – przerwała babciną przemowę kowalowa  - zadecydowałyśmy społem, to znaczy konwent zadecydował, żeś gotowa do nas przystąpić.

- A czym się zajmuje taki konwent? – spytała Żywia tuląc się do swej babki.

-Jakby to ci wyjaśnić? – zabrała głos Borowikowa.  - To jest takie jakby kółko zainteresowań. – Wiesz jak to jest przecie: jedni lubią grać na fujarce, drudzy haftować lub pielić grządki, a jeszcze  inni, gdy miesiączek na niebie w pełni, lubią ganiać na golasa po lesie. Organizujemy sobie takie zloty kilka razy do roku, jeśli chcesz, to zapoznam cię z programem – uśmiechnęła się podając dziewczynie zwinięty pergamin. Tylko nikomu ani pary z ust. Chłopstwo się denerwuje, gdy im baby w noc znikają. Jak się zwiedzą, to skończą się balangi.

cdn.