Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dalsze losy rzezimieszków. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dalsze losy rzezimieszków. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 lutego 2026

Dalsze losy rzezimieszków - Narodziny bliźniąt

 Kiedy z drzew opadły już ostatnie liście, a gałązki wrzosów pokryły się kryształkami szadzi, przyszedł na Nawoję czas rozwiązania. Wyjęła tedy z klatki białopiórego gołębia, otworzyła okno i posłała go do starej Paciorkowej, która to we wsi gusła odczyniała, a która miała przyjść jej z pomocą, kiedy przyjdzie na nią pora.

Gołąb zatoczył koło nad domostwem, wzbił się w chmurne przestworza i zniknął jej z oczu. Dryfował chwilę ciesząc się wolnością, tak jak człowiek, który uwolni się z ciasnego i mrocznego pomieszczenia i teraz swobodnie oddychać  może. Chwilę później Nawoję przeszył ból jakiego jeszcze nie znała. Z trudem ułożyła się na posłaniu i oczekiwała nadejścia pomocy. Sekundy zmieniały się w minuty, a minuty w godziny. Nie przewidziała jednak, że gołąb zbłądzić może i zamiast usiąść na gołębniku poczciwej Paciorkowej trafi prosto do wieży Sędziewoja. Ten przyjrzał się ptaszynie i w lot skojarzył co się dzieje.

***

   Księżnej Jagodzie słów zbrakło, kiedy od nadwornego czarodzieja o porodzie usłyszała. Czasu było niewiele. Wyprawkę biegiem spakowała i tajemnym przejściem, których w zamku było wiele, a które jej do tajemnych schadzek z Sędziwojem służyły, wymknęli się na wrzosowiska.

Widok był opłakany. Pościel cała w krwi umazana, a brzemienna nieomal przytomność z wysiłku straciła. Widząc w jakim jest stanie mag zdecydował się jej pomóc i mimo iż brzydził się położnictwa jak niczego na świecie i sprawy tak przyziemne wolał wiejskim znachorkom zostawić, w przypadku książęcego potomka, musiał mieć pewność, że wszystko pójdzie jak należy.

***

   Gołąb zboża w wieży nie dostał i do Paciorkowej na dach poleciał. Baba na umówiony znak sygnał pieluchy w torbę spakowała i i w te pędy pobiegła na wrzosowiska. Kiedy dotarła na miejsce, księżnej, pierworodnego i czarnoksiężnika nie zastała. Brziemienna w bólach nie wiedziała co się dzieje. Majaczyła coś o dziecku, o chłopcu, którego powiła, ale guślarka uspokajać ją poczęła i do prawdziwego porodu przymuszać. 

Chwilę później chatę na wrzosowiskach ponownie wypełnił płacz. Na świat przyszło kolejne maleństwo - dziewczynka.

-Widzisz? – zwróciła się do Nawoi. – Cała jest i zdrowa. Po czym położyła zawiniątko tuż przy matczynej piersi. Nawoja rozchyliła pieluszki ucałowała mechatą główkę i liczyć paluszki zaczęła, a mała syta i swoim pierwszym dniem zmęczona, mruczała coś zasypiając.

 ***

   W tym samym czasie książę Maksymiliam, jak przystało na męża, warował pod drzwiami czuły na każdy głos dobiegający z sypialni żony. Nie posiadał się ze szczęścia, gdy wziął na ręce syna i nie zwrócił nawet uwagi, że jego połowica olśniewa urodą i nic a nic nie jest umęczona porodem. Za to nalegał, żeby nie wstawała i nie forsowała się nadto, że medycy i służki wszystkim się zajmą. 


freepik.com 

poniedziałek, 9 lutego 2026

Dalsze losy rzezimieszków - Słodko - gorzka tajemnica

Nawoja zdziwiła się trochę, gdy ujrzała księżną w identycznej do swojej sukience. Nie sposób było jej odmówić tak strojnego podarku. Gładka, jasna materia opinała talię i opadała z rozmachem w dół. Na całej powierzchni wiły się liliowo kwitnące pnącza. Dekolt i rękawy wykończone koronkową gipiurą... Była zachwycająca.

- A teraz - rzekła wielka pani - nałożymy maski, bo to nie jest zwykły bal, a maskowy. -Przykryj lico i baw się jak nigdy dotąd! Zaśmiała się.

- Niech żyje bal! Skinęła na pokojówkę, która  podała Nawoi puchar napełniony winem i trąciła swoim. - Do dna!

Na wieliej sali tańczyło już wiele par. Wirowali w takt muzyki. Ośmielona Nawoja trafiła w ramiona nieznajomego. Od tej pory wszystko zaczęło się dziać jak we śnie. -To chyba wino - myślała. I drżała przy każdym dotyku i co raz bardziej śmiałej pieszczocie. Nie wiedzieć kiedy trafiła do wielce szykownej komnaty, w której spędziła swoją pierwszą noc z mężczyzną. 





Nigdy wcześniej nie czuła się tak. I nigdy wcześniej tak nie wstydziła, gdy rano otworzyły się drzwi i do środka wtargnęła jej dobrodziejka. Nie budząc nawet śpiącego, wyrzuciła z pokoju, a dalej wartownicy pochwycili ją w jednej tylko koszuli i wyrzucili z zamku na bruk. 

Szczęściem dopiero co świtało. Rynek solny nie zapełnił się jeszcze kupcami. ani kumoszkami. Strażnicy przy  głównej bramie przepuścili ją uśmiechając się pobłażliwie.

¤¤¤

   Nawoja nieraz opłakiwała noc spędzoną w zamku. Przed oczyma duszy widziała korowód ludzkich masek i dworski przepych; tysiące barw, dźwięków oraz smaków, które dla jednych mogły być spełnieniem marzeń, dla niej stały się przyczyną wstydu. Zdawało jej się, że gdy płacze nad utraconą niewinnością, razem z nią płacze całe niebo. Lato miało się ku końcowi: chmury z dnia na dzień gęstniały, a gdy tylko słońce chyliło się ku zachodowi w dolinach układał się przenikliwy chłód. Wszystko inne odbywało się tak, jak co roku o tej samej porze. I kiedy chłopi zbierali swe plony z ogrodów i sadów, tak i ona pieczołowicie zapełniała swoją spiżarnię rudą marchwią, cebulą i brukwią. Gdy tylko ustały słotne dni, zbierała maliny i kalinę do glinianych garczków i przykrywała je słodką pierzynką. Pełne kosze grzybów nawlekała  na nici jak korale i rozwieszała przy piecu. Odtąd w jej chacie pachniało leśnym runem.  A kiedy tylko pająki zaczęły snuć babie lato, udała się do młynarza w okolice Sobótki, by zdobyć na zimę worek mąki. Po drodze poczuła zapach ogniska i swąd zwęglonych smakołyków. Młode pacholęta utrudzone wykopkami grzebały kijami w żarze i wytaczały zeń osmalone kule.

-Wiedźma! – usłyszała za sobą i zaraz posypały się za nią podgniłe od ulewy ziemniaki. Ledwo uszła z tego cało. Od tej pory omijała wyrostków z daleka. Tylko starej Maciejowej zwierzyła się z tajemnicy, którą pod sercem nosiła. Sekret mierził Maciejową prawie dziewięć dni i byłaby się starowinka udusiła, gdyby nie sąsiadka, która do niej przyszła i od męczydła uwolniła. Tak oto od słowa do słowa zwiedziała się o sekrecie cała wieś. Ba! Wieść krążyła po dziedzińcach jak kraj długi i szeroki i wszyscy już o potomku czarownicy z lasu wiedzieli, prócz samego księcia, który bystrością w rzeczy samej nie grzeszył.

¤¤¤

   Księżna Jagoda czekała rozwiązania sama udając stan błogosławiony. Jak jej się to udawało nie sposób wytłumaczyć. Tak, czy siak, nauki magiczne pobierała u samego Sędziwoja, który rozsiadł się w książęcej wierzy i kamień filozofów produkował. Ale nie o złoto tutaj szło. Uwagę jej książęcej mości przyciągnęła legenda o nieśmiertelności tego, co ów kamień posiądzie. Niespełna trzydziestoletnia już Jagoda chciała więc wydrzeć naturze tajemnicę wiecznego życia.  

c.d.n.

czwartek, 29 stycznia 2026

Dalsze losy rzezimieszków - Nawoja

 Nie sposób było jej nie pokochać. Gładka, biała jak mleko skóra jaśniała wśród okalających ją pukli swobodnie opadających na ramiona. Poruszała się z gracją nieznaną chłopkom z Sobótki. W szarej, prostej sukience z naręczem kwiatów wylądała bardzo niewinnie i od razu spodobała się księżnej. 

- Na co ci te kwiaty? Powiadają, że   nieszczęście przynoszą – zagadnęła.

- Jeśli  mogą przynieść to na pewno nie mi – odparła śmiało.

- Hardaś, choć nie wiecie chyba z kim rozprawiacie… 

- Nieszczęście to mogą przynieść tym, co w nie wierzą. Mnie już żadne niestraszne. I opowiadać księżnej poczęła, jak to w młodym wieku oboje rodziców straciła, o rzeszy zalotników, co żaden krzty rozumu nie miał i jak to jej dom na pogórzu poborcy księcia Maksymiliana zabrać chcieli i jak sama borykać się z trudem dnia codziennego musiała. 

Spodobała się księżnej ta prosta dziewucha, bo nie dość, że z urody, to i w sprycie była do niej podobna. Zapragnęła więc mieć ją przy sobie. Zeszła z kasztanowego ogiera i pociągnęła za uzdę, by zrównać się z dziewczyną. 

-Mieszkasz tu na odludziu, sama o wszystko się troszczysz, nie marzyłaś nigdy o innej doli?   O pałacu i bujnych ogrodach, w których można się zgubić? Cienistych krużgankach i balach na sto par? 

Młoda kobieta zaprzeczyła. -Każdy powinien znać swoje miejsce – odpowiedziała.

- Ale co to za odpowiedź? Powinnaś mieć jakieś porównanie, zobaczyć wielki świat. Na moim dworze byłabyś uwielbiana, bardowie śpiewaliby dla ciebie pieśni, rycerze walczyliby o twe względy. 

¤¤¤

   Po takich zapewnieniach Nawoja zaczęła rozmyślać. A przy kolejnej wizycie uległa namowom księżnej, która obiecała  wprowadzić ją na salony. 

I rzeczywiście. Kiedy obie niewiasty dotarły na zamek, pani przedstawiła dziewczynę jako swą  krewną. 

A Nawoi aż kręciło się w głowie od przepychu, który zewsząd ją otaczał. Na dziedzińcu i  pokojach krzątało się mnóstwo osób. Jeszcze więcej spoglądało z portretów i luster. 

 

¤¤¤

-Ładna – stwierdził Sędziwój – ale czy, aby nie nazbyt bystra? – spytał zwracając się do księżnej. - Musiała mieć jaką wiedźmę w rodzinie – zawyrokował mag, a na jego twarzy pojawił się brzydki grymas. - Chłopki nie patrzą w taki sposób. Ich twarz nie zdradza oznak zamyślenia.

 -Prędko, musimy działać. Zdaje się, że nie zechce długo tu pozostać – odparła zaniepokojona. Wkrótce po tajnej naradzie w wieży czarodzieja i dzięki usilnym zabiegom księżnej, miał się odbyć na dworze bal. 

cdn.

freepik.com 


wtorek, 25 listopada 2025

Dalsze losy rzezimieszków – Przygotowania do zasadzki

   Oddział Mikołaja liczył kopę – to jest sześćdziesięciu chłopa. Wśród rosłych, zarośniętych, wiecznie niedomytych wojaków od blisko trzech roków szerzyła się epidemia, ażeby łeb swój po bokach ogolić zostawiając na czubku głowy garść rozwianego włosa. I ani nie był to kamuflaż, ani nie było z tego nijakiego pożytku, lecz  im się taki sposób fryzowania na podobieństwo koguciego grzebienia  szczególnie podobał. Najemnicy lubieli nosić kolczugi, ćwiekowane metalowe naramienniki, baranie czapy lub ozdabiane wedle własnego uznania hełmy. A słyneli z tego, że w bój szli w taborze – to znaczy tworząc ruchomą twierdzę na kształt trójkąta lub kwadratu skutecznie odpierającego wroga. 

Dumni, bo każden z nich miał się za rycerza, choć nijakich włości, ni honoru nie sprawował, a za żołd robił. Hardzi i waleczni cel swój osiągali jak nie gwałtem, to podstępem. Przy każdym zleceniu tubylcy napatrzeć się nie mogli na to cudaczne widowisko. Kilkuletnie pacholęta, które ośmielone przez tego, czy owego czochraniem płowej czupryny, podchodziły bliżej i wypytawszy się o stoczone walki i rynsztunek, łapały kije i próbowały naśladować zachowanie wojskowych. Za to oni rozpytywali dzieci głównie o ich starsze siostry. Żadna to była bowiem tajemnica, że sama księżna Jagoda z tychże ziem pochodziła, a smaczku historii dodawały krążące po wsi opowieści, że w owych czasach obyczajna taka  wcale nie była i zażyłość swą nie ograniczała jeno do wielce urodzonych, ale że słodycz ust dziewczęcia niejeden parobek pokosztował. Aż się sam kniaź Mikołaj dziwował,  jak to Księżna Jagoda  małżonka swego za nos wodzi i że to za jej przyczyną horendalne rachunki oraz zlecenie stłumienia powstania.  Dłubiąc w zębie wykałaczką składał w myślach fakty i najśmielsze teoryje. W końcu stwierdził, że największym dla kraju nieszczęściem jest uczciwy głupiec na tronie…

***   

   Po tym jak Kaśka przybiegła do młyna ostrzec elfich buntowników, nie miała już po co do wioski wracać i została w młynie na noc całą. Cichutko na sianku sobie legła i zasnęła, lecz spała niespokojnie. Ciągle przez sen słyszała podniecone szepty w nieznanym jej jęzku. Wiedziała, że od tygodni zbroili się, a w puszczy zakładali wnyki oraz kopali doły, które najeżali ostrymi palami i przykrywali ściółką. W tej chwili radzili pewno jakby to uczynić, ażeby oddział Mikołaja na zasieki podprowadzić i wojsko porządnie uszczuplić. Dobrze po północy już było, a jej się zdawało, że ciszej się zrobiło i zmęczona nasłuchiwaniem, snem kamiennym wreszcie usnęła. Gdy się nagle skoro świt obudziła wtulona była w Gniewka. I dawaj z jego ramion się wyplątywać, które ją zewsząd obłapiały. Daremny to był trud. Żywa pułapka można by rzec, z której uciec chciała, a która ją jak na złość do siebie tak przygarnęła, że aż pisnęła. Wtedy wiara się pobudziła i ujrzała Kaśkę i Gniewka w objęciach i żadnego między nimi nagiego miecza, ni nic, nie było. Dziewczyna spąsowiała, a gdy tylko uścisk zelżał, pobiegła prosto do Frill, która do pieca podkładała drewno, pod kołacze. Elfka ucieszyła się na jej widok, bo każda para rąk była im pomocna. Chwilę później zbrojni wymaszerowali z młyna do lasu. Wraz z nimi Gniewko, który odwrócił się jeszcze szukając Kaśki w oknie, ale że Kaśka przekorna z natury była, to jej nie mógł przecież tam zobaczyć.

Jej szybka reakcja sprawiła, że powstańcy mieli czas, aby przygotować zasadzkę – niespodziankę. 

   Zasadzki były dwie, a może nawet trzy licząc nagłą, nieprzewidzianą awarię latryny. Pierwszą z nich okazała się skuteczna, choć nieświadoma, dywersja oberżysty. A było tak: stacjonujący nieopodal oddział Mikołaja chętnie do Turkaweczki zaglądał, bo tam i zjeść było co i wypić, nie wspominając już o dziewczętach. Szynkarz nie narzekał. Utarg mu się podwoił, ale nowi klienci wyczyścili mu komorę do cna. W wigilię chwarnego dnia, kiedy to wojsko miało powstańców zmieść z powierzchni ziemi, zostały mu się jeno resztki, a że właściciel z gospodarności słynął, to wkroił im do żuru zleżałą kiełbasę. Jadło, mimo iż okowitką sowicie skropione, wielkie uczyniło spustoszenie w szeregach najemników. Nazajutrz latryna im się zapadła i każden musiał saperkę w las zabierać, żeby własnoręcznie swój wychodek w lesie zorganizować. 

 ***

   Druga zasadzka przy wodopoju ich zaskoczyła. Cała była wielka jak chłopska chałupa; zielonkawą łuską pokryta, w pazury i zęby uzbrojona, a na grzbiecie dwa skórzaste skrzydła jak u nietoperza miała, tyle że wielokroć większe. Ogromną paszczę w strumień opuściła i jak gdyby nigdy nic chłeptała sobie niespiesznie wodę. Kiedy tego potwora schorowani żołnierze obaczyli,  w te pędy uciekać poczęli gwiżdżąc na żołd, wikt i opierunek Mikołaja.  I tak to przed samą bitwą szeregi najemników przerzedziły się jeszcze bardziej.

c.d.n.k



Grafika: Freepik.com 




poniedziałek, 17 listopada 2025

Dalsze losy rzezimieszków - Armia najemników

 Kniaź Mikołaj to był chłop na schwał: zwykł w przeręblu kąpieli zażywać, bez nijakiej asekuracji z niedźwiedziem za bary się brać, a białogłowy to się nie mogły od niego opędzić taki był jurny. Czy to prosta dziewucha, czy gładka jak len bojarówna zaraz w jednym, czy drugim kącie lądowała, gdzie obłapiał ją w pół i prosto w oczy się wpatrując przemawiał doń rzewnym wierszem. Po takich zalotach dziewka sama bez oporów do dalszej procedury przechodziła. Jednak żaden nadworny skryba nie śmiał o tych praktykach w kronikach wypominać, za to każden jak jeden mąż barwnie opisywał, jako prawdziwym kniazia powołaniem była służba wojskowa. Już jako kilkuletnie pacholę strugał kozikiem szable i piki, z ołowianych żołnierzy ustawiał testudo i falangi, a najbardziej narywiste konie ujeżdżał na pastwisku tak, iż wracały z manowców gorzej umordowane, niźliby do objuczonego woza były zaprzężone.

Nikogo więc nie dziwowało, że gdy tylko wąs na licu Mikołaja się posypał, to na czele najemnego oddziału stanął, zdobywając u wojaków posłuch i poważanie. Jednostka kniazia Mikołaja złożona była z podobnych jemu siekaczy, rębajłów i pijaków. A on sam trzymał ich wszystkich krótko, bo tylko tak można było rządzić krajem, gdzie główną gałęzią gospodarki był nierząd i gorzelnictwo. 

Kiedy kniaź otrzymał od pociotka zza granicznej miedzy  zlecenie, ażeby stłumić  pośrednich ludów powstanie, żachnął się uradowany, bo żadnej idei nie był tak wierny jako temu, by oczyścić świat z wszelkich dziwolągów – tj.: kurduplowatych, brodatych krasnoludów, z elfich odmieńców, od wszelkich szkaradnych stworów, które lasy, polanki i bagniska zamieszkiwały, a nade wszystko od trolowej zarazy.

Zwołał tedy dworskich ciurów i kazał ogłosić na swoich włościach stan wyjątkowy.  

***

   Kiedy dojarka Kaśka wychyliła się przez cembrowinę, ażeby cebrzyk z wodą przelać do konwi, zobaczyła wnet na skraju maciejowych zagonów chmarę odzianych w skóry, uzbrojonych konnych. Drgnęła tedy pomna swych przepowiedni.  Cebrzyk na powrót do studni poleciał, a ona cichcem, opłotkami i nikomu nic nie mówiąc do młyna przez  las pognała nowych przyjaciół od zguby ratować.

***

Wódz najemników nie docenił bowiem natury i niebezpieczeństw owego lasu za uroczyskiem i przewidzieć nijak nie mógł, że ludzie zechcą  bronić swoich i nieswoich dziwactw.   

c.d.n.


Freepik.com




środa, 5 listopada 2025

Dalsze losy rzezimieszków - Jak Kaśka dojarka prorokinią została

 Czarno-biała Krasula, która między opłotkami się pasła, z lubością wgryzła się w buraka, którego wypatrzyła na drodze. Był to bowiem czas, kiedy chłopi po wykopkach swoje zapasy do lochów zwozili, a nieumyślnie strącony z furmanki korzeń był dla jałówki nie lada gratką. Posiłek smaczny, w pośpiechu spożywany, utkwił jednak w przełyku tak haniebnie, że powietrza w mechate chrapy chwycić nijak nie potrafiła. 

-A co to tak łapczywie bydlątko połyka? – krzyknęła przerażona Kaśka, która wyszła właśnie na łąki przyprowadzić swoje podopieczne.   Kaśka, siostrą przyrodnią Jaśka i faworytną dojarką  była.

Krowa bezradnie zwróciła głowę w kierunku dziewki, a ta widząc co się święci, ręką zamachnęła i po grzbiecie zwierzę sumiennie złoiła, aż się krowie odechciało przypadkowej strawy. Nawet nie spojrzała na wyplute resztki i witką brzozową przez Kaśkę poganiana grzecznie do obory obok innych wracała.

W domu dziewczyna miejsca sobe znaleźć jednak nijak nie mogła. Ciepłe koty z zapiecka poprzeganiała, zadzwoniła pokrywkami nad kaszą, ale głodna też nie była, cniło jej się za to za przygodą okrutnie. Wreszcie nie mogąc sobie zajęcia i miejsca znaleźć, do nóg matce upadła i dalej prosić, by ją do młyna, do buntowników puściła. Wprzódy macierz ani myślała jej na to pozwolić, ale kiedy dziewczątko wyjawiło jej, że we śnie duchy obaczyło i dla  powstańców ma wieści, matka uległa.










***   

   Gniewko jednak niechętnie następnego darmozjada w drzwiach przywitał. Można powiedzieć, że jej młyńskie podwoje przed samym nosem chciał zatrzasnąć, ale Kaśka nie była w ciemię bita. Lewą nóżkę przed drzwi prędko wyrzuciła zatrzymując je skutecznie i  swoje wizje poczęła niedowiarkowi przedstawiać:

-Potop będzie młynarzu – rzekła, a wzrok jej na tę okoliczność jakoś dzwinie się zmienił – rogate hordy z bezwzględną bestią na czele nadciągają i pożoga wojny będzie, zamki i starostwa będą upadać, a nowe grody powstawać; elfy, krasnoludy i inne rasy wreszcie na równi będą... Ale póki  co, grozi wam niebezpieczeństwo. Oj biada, biada, biada…

- W żadnym wypadku! – zagrodził wejście Gniewko. Mimo to Kaśka przez drzwi jak salamandra w skalną szczelinę  się wślizneła i do elfów przystała.

Wiejska dziewucha nie mogła przecież przepuścić okazji, by od krów się uwolnić i na zawżdy wyrwać. Wyobraźnia jej dopisywała, a widok, który zastała w młynie nie rozczarował wcale. Toć nadziwić się nie mogła przedziwnym istotom strojnym w koraliki i hafty, smukłym o szlachetnych rysach, które na zdobionych rogach i fujarkach przygrywały, dłoniom, które sprawnie na smyczkach i strunach pląsały, a inne swobodnie jak te liście z jesiennym wiatrem tańczyły.  

c.d.n.



wtorek, 21 października 2025

Dalsze losy rzezimieszków – Siła małego na poborcę podatkowego

   Jagoda z łatwością i naturalnym wdziękiem przejęła obowiązki księżnej. Była dość bystra jak na prostą dziewkę i mimo swych pospolitych korzeni, podkreślała swój status wyszukanym gustem. Przejechała opuszkiem palca po atłasowym rękawie płaszcza i obszytym srebrną nicią gorsecie. Dłoń zatrzymała się przy sobolach, aby raz jeszcze je pogłaskać. Chwyciła rąbek sukni z najprzedniejszego adamaszku, ale szybko go puściła. Stroje wisiały w potężnej, inkrustowanej szafie u wejścia do książęcej alkowy, w której przebywali nowopoślubieni.

-Nie mam się w co ubrać! – skwitowała i zaczęła szlochać przeglądając się w lustrze spowitym na brzegach złoconym winoroślem. Nawet w chwili rozpaczy wyglądała rozkosznie:  rozpuszczony warkocz opadał na koronkową halkę, a niesforne ramiączko co rusz spadało odsłaniając jej nadobne krągłości.

-Ależ duszko! – zareagował na te słowa książe Maksymilian, któremu na ten widok zmiękły trzewia, w przeciwieństwie do zewnętrznej fizjonomii. – Zeszłej niedzieli dostarczono suknię z zamorskiego altambasu - ciągnął dalej. - Nie przywdziałaś jej ani razu jeszcze! 

Niewiasta ukradkiem przewróciła oczami i umyślnie zaczęła  skradać się do łożnicy niczym kot do ptasiego gniazda. Delikatnie i spokojnie zbliżając się do męża przekonywała dalej:

-Otwarcie książęcej woliery to podniosłe wydarzenie. Przydałaby się bardziej strojna suknia – odparła wtapiając się w ramiona mężczyzny niczym gronostaj między konary drzewa. 

Książe kompletnie oszalał na punkcie uszczęśliwiania damy swego serca, a wybranka na punkcie poznawania wymiarów tego szczęścia. Hojność małżonka była bowiem wprost proporcjonalna do afektu jakim ją darzył. Miał ci on też cichą nadzieję, że Jagoda zmieni się, gdy tylko powije mu dziedzica. Estyma księżnej w stosunku do męża przejawiała się jednak poprzez gromadzenie rzeczy pięknych – niekoniecznie niezbędnych. I tak dziewka, która została panią na zamku, poczyniła dalekosiężne plany rozbudowy krużganków i przyległego ogrodu. Wykoncypowała sobie bowiem, że dobry smak w ogrodach, polega na tworzeniu przestronnych, zielonych pokojów i wpuszczenie między rabaty, altanki i labirynt, dumnie kroczących pawi lub nakrapianych danieli.

Wprawdzie pałac od kawalerskich czasów Jaśnie Pana, czasów wojennej zawieruchy oraz myśliwskiej nagonki, znacznie wypiękniał, to roznące z tego powodu koszta pustoszyły książęcy skarbiec. Nadworny trefniś nieraz próbował ratować sytuację wyszukanym żartem, pozorowanym upadkiem lub ciętą ripostą, jednakże na niewiele się to zdało. Szambelan z kolei znajdował innego rodzaju problemu tego rozwiązanie: podwyżki danin, stóp procentowych od lichwy, stawek celnych na zamorskie towary oraz innych podatków...

***

  Krasnoludy, najserdeczniej jak tylko umieli, a mianowicie z kijami, sztachetami i z tym, co który miał pod ręką wylegli z chać przywitać poborcę podatkowego.  Poborca, skrupulatny i spokojny z natury człek, w znoszonym płaszczu, binoklem na nosie i z plikiem dokumentów zajechał do osady przyległej kopalni srebra. Konny powóz turkocząc o bruk przejechał główną arterią bez żadnej eskorty. Długo tam nie zabawił...

***

Kiedy do księcia doszły słuchy o kolejnym buncie na włościach, postanowiono wysłać poselstwo do knezia Mikołaja o pomoc przy jego stłumieniu.


Źródło: Freepic.com 

czwartek, 14 sierpnia 2025

Dalsze losy rzezimieszków – Jak Gniewko, leśny Ćmak i Oreszko mało co topielcami nie zostali

W tym samym czasie Gniewko wracał od ćmaków przez chłodny las, a później pierzaste wiechcie traw. Srebrzyste pasma babiego lata rozwieszał wiatr, a skowronki wysoko na niebie dźwięczne kaskady. Gdy chwat z osłabionym I wychudzonym ćmakiem na plecach dziarsko przecinał błonie pod Sobótką, napatoczył się na nich Oreszko. Zatrzymali się pod cienistym jaworem by odsapnąć  na chwilę. Ścisneli na powitanie prawice i  zaczeli rozmowę:

-A bodajbyś sczezł! – zawołał  radośnie Oreszko. -  A gdzie to cię licho nosi? Kogo ty tam dźwigasz? Patrzaj no, toć niewiele wody w Czarnym Potoku upłynęło, jak my się widzieli, a tu tyle zmian, tyle zmian! Wieści nowe ci przynoszę i to nie byle jakie! 

-Nie błaznuj, tylko gadaj, co nowego – burknął zafrasowany rzezimieszek.

-Pamiętasz Jagodę? – spytał. -No tę, co wtedy zapoznałeś, kiedy rozróba w Turkaweczce z trolami była.

-Co mam nie pamiętać?… – mruknął rzezimieszek i już miał rzec kąśliwą uwagę, lecz Oreszko zmacał pod pazuchą okowitkę i na światło dzienne wyciągnął. Złodziejaszka nie trzeba było specjalnie namawiać. 

-A co z nią? - spytał. 

-Ta to się tera wywianowała powiadam ci, że ho ho! – ciągnął Oreszko. 

Gniewko łypnął okiem ciekawie. - Jak to - spytał.

- A tak! Pospolita dziewka z karczmy tera księżną na zamku zostanie! – dokończył Oreszko.  

Na te słowa Gniewko zakrztusił się zawartością antałka, który mu kompan podsunął.

- Wielmożnego pana pomogła z jeziora wyłowić i tak ze wszech sił go cuciła, aż się biedaczek zakochał.

-Po wszystkiemu okazało się, czemu książę był wyraźnie kontent, że ona wcale nie taka zwyczajna i że koligacje rodzinne ma  - wyjaśniał dalej rozmówca.

-Miejże litość z Jagodą? – spytał filozoficznie Gniewko i splunął z ukosa. - Skoro takie rzeczy się wydarzają i byle dureń naszą ziemią  włada, to może być jeszcze, że najgorszy łotr najwyższym kapłanem zostanie? - dodał oburzony rzezimieszek, lecz widać było, że nowinki zbiły go najwyraźniej z pantałyku. 

-Trza modlić się do bogów, by w opiece nas mieli - zatoczył się Oreszko, po czym rozlał nieco okowitki na ziemię jako ofiarę  przebłagalną. A resztę podsunął ćmakowi lecz ten się skrzywił.

- No co ty! Najlepsza w okolicy i dalej począł go namawiać wedle swojskiego obyczaju.

   I tam właśnie nedaleko drzewa, gdzie się Oreszko z Gniewkiem i ćmakiem spotkali, a potem serdecznie gawędzili i we trzech gorzałką raczyli, a gdzie się koniec końców pospijali i na posłaniu z traw legli, w dole za pagórkiem była sadzawka. Taflę wody pokrywał bielutki grzybień, brzeg – szeleszcząca z każdym ruchem wiatru trzcina. W dzień w wodnych zaroślach czaił się żuraw, w duszne noce – żaby dawały huczny koncert. Z okolicznych lasów i łąk schodziły do wodopoju łanie, dziki i łosie, drżące o swoją skórę zające oraz zlatywało wszelkiego  rodzaju ptactwo wodne.  Ale jakby tego było mało, od przeszło trzech lat pomieszkiwały tam trzy urocze topielice. Wszystkie co do jednej młode i zgrabne: jedna ruda i piegata, druga ciemne włosy miała, a trzecia koloru dojrzałego zboża. W długie mokre kosmyki wplątywały sobie źdźbła traw,  zostawione przez ptaki barwne piórka i wodne kwiaty. Do połowy były nagie, a tam gdzie się kończyła kibić, zaczynała rybia łuska. Wodnice, kiedy tylko się ściemniało wychodziły ze swych głębin i zagubionych do siebie wołały. Tego dnia tuż po zachodzie słońca wypatrzyły, że w pobliżu stawu trzech nowych kawalerów przybyło i dalej śpiewem przejmującym wabić ich do siebie zaczęły.
Wybudzony Oreszko kaprawe oczy przetarł, lecz widok wydał mu się tak cudny, że uznał, iż nie zaprzestał śnić jeszcze. Trącił Gniewka, a ten ćmaka, który wstawał niechętnie, tylko oparł się na łokciach i przez chwilę próbował zrozumieć co się dzieje.
-Czy ty widzisz to, co ja widzę? Czy mi się tylko zdaje, czy te panny do wspólnych igraszek nas zachęcają? - spytał Oreszko.  Czy nam wszystkim śnić może się to samo? – przerwał mu złodziejaszek.
-Obawiam się, że tak… – odparł ćmak.
I jak na zawołanie wszyscy trzej ściągać odzienie poczęli i jeden prędzej przez drugiego i trzeciego do bajorka pobiegli. Wodniste koła porobili, gdy na wyścigi wśród tysięcy kropel w toń wskoczyli, a nimfy chichotały i szeptały im do ucha ich potrójne marzenie: powić w szuwarach małe wodniki lub wodnice. I dalej zabawiać się z przybyszami, dotykać  i całować wszędy, wciągając ich coraz głębiej i głębiej pod wodę, aż się panowie zlękli wielkiej tej pieszczoty i do odwrotu szykować zaczęli. Wodne panny przestać jednak nie zamierzały. Przez chwilę Gniewko tracąc grunt pod nogami kosę księżyca na niebie wypatrzył i kolejny raz pomyślał, że nadmiar okowitki i woda to jednak nie najlepsze jest połączenie. 
Złapał korzeń, który wśród szuwarów odnalazł i wołając Oreszka i  ćmaka zaczął pełznąć na suchy ląd. Towarzysze jednak wokół panien i w roślinność zaplątani nie myśleli na brzeg wracać i trzeba było zastosować nieco silniejsze środki.  Pięść Gniewka bowiem już z niejednej opresji go wyratowała.  Szczęśliwie kiedy tchu zbrakło, oprzytomnieli wreszcie. Rozochocony leśny ćmak i Oreszko pomocną dłoń Gniewka w końcu uchwycili i na brzeg z trudem wylegli. A potem dalej w kierunku młyna poszli. Po latach czasem podkładając w zimie do pieca, czy na wachcie przy obozowym ognisku, albo kiedy czuwać trzeba było i nie spać lub kiedy towarzystwo gawędy się domagało, każden jeden z osobna opowiadał jak to przyśnił mu się dziwny, wspólny sen, jeden z tych mokrych...
c.d.n.




Freepic.com 

wtorek, 5 sierpnia 2025

Dalsze losy rzezimieszków - Istne dziwowiska

 

***

     Jaśko wzdrygnął się, bo spodziewał się, że w młynie zastanie co najwyżej młynarza, a nie dziecię starszej krwi. Wydawało mu się, że  długoucha wie, że nic jej tam nie grozi, a mimo to wciąż była czujna i niespokojna. Wrażliwa na każdy szmer i odgłos, bzyczenie muchy, czy jakiego komara. Widział jak srebrne promienie księżyca sączą się przez okno i giną wewnątrz rozproszone. Dzięki nim mógł dojrzeć jaka jest drobna i że pod jej chłopięcym odzieniem cała drży. Pochłonięty niezwykłym tym widokiem, nie zorientował się nawet, że elfka  chwyciła cep i nie tracąc ani chwili, walnęła pachołka prosto w płową czuprynę. Jaśko padł jak długi. Związany, zakneblowany, wylądował w przeciwległym kącie.

- To na wszelki wypadek - usłyszał jak przez mgłę.

Ale Fril długo nie mogła ochłonąć. Jak majaki w gorączce wracały do niej wspomnienia zimowego pogromu sprzed lat. Była mała, nie rozumiała do końca, co się wokół dzieje, lecz czuła instynktownie, że objawiło się żywe zło. Dwie dekady temu, zaraz po tym jak wojewodą na Sobótce został Onufry, zima była bardzo sroga, a na traktach pełno maruderów. Głód i bieda sprawiły, że szabrownicy szukali pożywienia w okolicznych wsiach, a na gościńcach łatwego zarobku. I mimo, iż  najstarszą z ras chronił wieczny glejt, nikt nie był w stanie  uchronić ich od łupieżców. 

Pamięta jak dziś. Ten, który dowodził, kazał wywlec ich na środek, przy czym spiął karego konia i przejechał między dwoma kolumnami elfich niedobitków. Krzyczał coś, lecz Fril nie znała wówczas  ludzkiej mowy. W powietrzu jątrzył się zapach dymu z ich spalonej osady oraz słodkawy zapach krwi zabitych i rannych. W górze nad ciałami krążyły już gawrony. Nakazano im złożyć broń i wszelkie kosztowności, których dawno przecie nie mieli. Widziała, jak tamten zamaskowany, a z nim trzech troli i gnom ze świńskimi oczkami wypatrują młodych i zgrabnych, jak się do nich ślinią, jak je obmacują i ciągną gdzieś w krzaki. Wracały stamtąd stłamszone, spuchnięte od płaczu.  Jak starały się zasłonić podarte sukienki i posiniaczone ciało. Zrobiło jej się niedobrze, oparła rękę o ścianę, pochyliła głowę i zwymiotowała. Czas jak młyńskie koło zatoczył krąg.

***

  Wszystko wskazywało na to, że nie był to uczęszczany trakt – gałęzie drzew i leśne jeżyny kłuły nogi, zaczepiały płócienne rękawy i próbowały choć na chwilę przy sobie zatrzymać. Kiedy Gniewko umknął ćmakom zabierając niespodziewanie jednego z nich, z serca  głębokiej puszczy, poszedł drogą wzdłóż strumienia, by przy świetle księżyca odnaleźć zarys swojego młyna. A Ćmak zwieszony na ukos przez ramię niby złowiona na wnyki rogacizna, wiercił się i psioczył na zbawcę. Może nawet i spróbowałby ucieczki, ale rzezimieszek trzymał go twardą ręką. Gniewko, jak wiadomo był przecie więcej niż porywczy i ostatkiem sił się powstrzymywał, by marudy nie ździelić po łbie. Nie mógł się przy tym nadziwić, bo niezdarne ćmaki w istocie były sprytne niczym lisie plemię, a żałość swą traktowały jako przynętę. Zasmuceniem swym bowiem rozczulali napotkanych prostaczków, a kiedy udało im się którego litościwego na to złapać, to żerowali na nim, dopóty ofiara się na to godziła. Do roboty bowiem żadnej się nie nadawali, nie uprawiali ziemi, ni rzemiosła. Nawet do cyrku nie pasowali. Wszak taki ćmak publiki choćby pekł, to nie rozbawi. Po co on tego cudaka ze sobą wziął? - zastanawiał się przez chwilę, czy aby nie wrzucić go z powrotem w zarośla mijanej leszczyny.


***

Niemal w tym samym czasie na brzegu jeziora odbywało się zgoła inne widowisko.
Kiedy mości książę, ledwo żywy, przez swą służbę jak jakowyś szczupak ułowiony, na brzegu wśród niezapominajek spoczął, Jagoda doń wartko podbiegła, białą zapaskę jak welon na głowę zarzuciła i wszem i światu ogłosiła: „Mój ci on! Mój ci jest!”. Wprawdzie rycerz skazańcem nie był i od zguby panna go ratować nie musiała, ale zgromadzenie uznało, że wyratowany z topieli, to tak jak od śmierci ułaskawiony. Nikt nic powiedzieć nie śmiał, wiejska dziatwa jeno krzyczeć poczęła - ”Panna młoda ładnie skroń dziś swoją kwieci, minie roczek jeden powije mu dzieci” A później darły się jak na weselu: - ”Gorzko! Gorzko!” A młodzi się wtenczas całowali. Na to babki zaczęły biadolić o rychłym zamążpójściu Jagódki i to za samiuśkiego księcia Maksymiliana. Weselili się jednak wszyscy, a wiwatów nie było końca. Chcieli choćby zaraz gody im urządzić, ale książę umyślił sobie truchło smoka wypchać i na pamiątkę nad łożem małżonków zawiesić, to i na powrót zebrali się rozsiani w okolicy zbrojni, by społem iść wiwernę bić. Okazało się jednak, że przez to całe zamieszanie gadzina uciekła zostawiwszy po sobie schajcowane snopki i wystraszonych parobków. 
c.d.n.

poniedziałek, 28 lipca 2025

Dalsze losy rzezimieszków - Ćmaki

 Szedł miedzą w kierunku zagajnika. Kopał kamyk, ssał źdźbło i podziwiał bursztynowy zachód słońca rozlewający się nad łęgami. Nagle usłyszał wśród zarośli ciche mamrotanie:

-Noc, noc idzie. Zara wyjdą ćmaki, porwą pacholęta, zjedzą na wieczerzę…

-Wyłaź no, bo portki  zara przetrzepie! - zagroził Gniewko i aż ścisnął pięści na wspomnienie wydarzeń w Turkaweczce. Głos w zaroślach zamilkł. Podbiegł bliżej, wyciągnął rękę i wyrwał  z krzaków cudaka. Było to szare, smutne stworzenie, które skurczyło się w sobie i drżało z przerażenia. 

-Ktoś ty?  Gadaj, a wartko, bo czas ucieka! 

-Jestem ćmak… – smutas ściągnął gębę w podkówkę na znak, że nie będzie i nie chce mu się z wędrowcem gadać.

-Czego bez powodu ludzi niepokoisz? – spytał złodziejaszek.

-Bom ćmak – cudak odrzekł zdawkowo.

-Nie znam – mruknął Gniewko – a skądżeś? Jest więcej takich jak ty?

-Są, tam w borze w norach w ziemi  kopanych siedzą i smutne opowieści snują.

-Prowadź! – rozkazał Gniewko zapominając o tym, że młyn na gospodarza czeka.


***

   Siedzieli w kręgu, przy pniu ściętego dębu. Polewkę z muchomorów z cebrzyka polewali do naczyń w kształcie hubki i społem pili. Mieli szare jak proch, zmęczone lica, ażeby nikt ich nie obaczył i z nory nie wykurzył. Niektórzy odwracali głowy w stronę nowoprzybyłych, inni byli tak pochłonięci swoją rozpaczą, że kolebali się w przód i w tył, w tył i przód, jak żywe kołyski. Powtarzali przy tym sobie tylko znane zaklęcia i stare, nieskładne, zapomniane pieśni. 

-Oni tak cały czas? – spytał Gniewko poruszony ich żałością. Pochwycony ćmak kiwnął głową. - Kiedyś babka opowiadała mi, że gdy kto ćmaka zdoła rozśmieszyć, to on przemieni się w nocnego motyla i poleci w kierunku światła, żeby się z nim pojednać i w nim zatracić. Ale ona była stara, coś jej się pewnie pomieszało od tej naszej polewki. Głupia opowieść, którą się dziatwie do poduszki baja. Wtedy Gniewko przypomniał sobie najstarszy żart świata i zaczął zgromadzonym opowidać, jak to wraz z Bździsławem uczestniczyli w wytwornej biesiadzie i jak ten spytał gospodarzy, czy można u nich przy stole pożartować. A kiedy tamci się zgodzili, Bździsław podniósł kuper i puścił gromkiego bąka. - Chwila konsternacji wystarczyła, by jeden z ćmaków wyleciał w powietrze prosto do gwiazd. Chyba babka miała rację pomyśleli obaj.


***


Jaśko gnał ile sił w nogach do młyna, nie bacząc na zmęczenie, na kamienie, które kaleczyły stopy i chłód, który od jeziora szedł. Tuż przy Sowiej Skale zatrzymał się i zaczerpnął wody ze strumienia. Młyńskie koło wciąż przetaczało rzeczny nurt, choć sam budynek wyglądał na opuszczony. Nikt nie otworzył, kiedy zapukał do wrót. Pchnął podwoje i ostrożnie wszedł do środka, prosto w mrok. Grobową ciszę przerywało jedynie sporadyczne popiskiwanie myszy. 

-Panie młynarzu,  z prośbą przychodzę – odezwał się nieśmiało. Zaskrzypiała podłoga. Echo powtórzyło za nim jego własne słowa, lecz zamiast rosłego, umączonego jegomościa, stanęła przed nim drobna, zwiewna istota o kobiecych kształtach i wielkich mądrych oczach, wpatrzonych prosto w niego.  

- Gdzie młynarz? - zapytał Jaśko.

- Też na niego czekam - odpowiedziała elfka.


***

- Uciekaj – wyszeptał młody ćmak. - Uciekaj, póki jest w tobie radość i wola życia. Uciekaj, bo jak ci tego zabraknie, to będziesz się bujać w tym lesie, tak jak i oni – zniżył głos, oglądając się na boki, czy nikt nie patrzy. Ale tamci zamroczeni trucizną widzieli wokół tylko cienie. - Starszyzna nie pozwoli, by więcej naszych stąd uciekło – wyszeptał.

Gniewko spojrzał jeszcze raz na ćmaki: na ich szare jak popiół twarze i dłonie. Przyjrzał się ich mamroczącym spękanym ustom, nieprzytomnym oczom i połamanym od ciągłej walki o nalewkę z muchomorów paznokciom. Zawahał się chwilę, wreszcie zaproponował:

- Ty też tu nie pasujesz. Chodź ze mną młody ćmaku. Zaciągniesz się do elfickiej partyzantki.

-Eeee nie, nie godzi się. Ćmaki przynoszą nieszczęście - wymamrotał, ale Gniewko nie słuchał jego biadolenia, tylko złapał go w pół, zarzucił na ramię i odszedł w kierunku młyna przez nikogo nie zatrzymywany.

cdn.


Freepic.com 



niedziela, 15 czerwca 2025

Dalsze losy rzezimieszków – Gniewko w szponach chuci


   Rękościsk Podjadek warzył właśnie wieczorną strawę dla jegomości wojewody, kiedy dworską kuchnię nawiedził szereg nieszczęśliwych wypadków. Wpierw młody kuchcik zapomniał przypilnować mleka. A mleko, nie wiedzieć czemu, uciekło mu z garka na rozgrzane fajerki. Naraz smród się taki zrobił, że wietrzenie nie pomogło i zapach pognał hen na pokoje. Doszedł pewnikiem do samego ratusza, do nosa jaśnie wojewody i innych piastujących tam urzędy. Potem dziewka kuchenna zaczęła wzdychać nad korzeniem chrzanu, który to na ćwikłę obierała. Takoż palca sobie trąc korzeń niechcący skrobakiem uciachała  i musiał ją Rękościsk do chałupy nazad wygnać, żeby jadła juchą do reszty nie zapaskudziła.

A kiedy wieczerzę już do stołu podano i kiedy wielcy państwo pięknie ustrojeni na stolcach zasiedli i biesiadować poczęli, Roch, brat Onufrego, rzucił swym wyżłom gnaty z pieczonego prosięcia, a te jak wilcy od najwyżej postawionego w watasze jedli. Nagle najsilniejszy z nich kaszlnął, mgłą oczy mu zaszły i chwilę później łapać powietrza bezskutecznie próbował… Po czym padł u stołu wojewody i już nie wstał. Jarosławna na ten przykry widok  oczy zasłoniła i w pierś Bździsława się wtuliła.

-Zdrada! – ryknął Roch, który był szambelanem. Kucharz pobladł, aż powieka mu z nerwów skakać zaczęła, ale patrzał dalej na najgorszy już finał przygotowany. 

-Elficka dywersyja i propaganda! Zerwali się wszyscy jak jeden mąż i jeden drugiego przekrzykiwać, co ze starszą krwią uczynią, kiedy ich wreszcie w swe ręce dorwą.

Opadł tedy kuchmistrz Podjadek na swój kuchenny taboret wielce wystraszony, bo to serce, co mu wiernie żywot dzień po dniu odmierzało,  nagle zaczęło protestować. Przez tą nagłą słabość nie śmiał wielmożnych z błędu  wyprowadzać i z obawy o własną dolę cichutko sobie siedział. Koniec końców wszak wojna przeciwko elfom już dawno na włosiu wisiała.

***

   Maleństwa nie sposób było ze sobą do grodu co rusz zabierać, ani nijako narażać na szemrane interesa. Zaczął więc je Gniewko rezolutnie podrzucać do mieszkającej na zakolu rzeki Kaśki, u której zwykle swą bieliznę do prania zostawiał. Tegoż dnia nie było inaczej.  Roztargniony, niewyspany, jak to młody tata, dotarł do podgrodzia i skierował się prosto do oberży pod dźwięczną nazwą Turkaweczka. W Turkaweczce spotkał starego Oreszkę, który postawił mu piwo i na partyjkę kości namawiał.

-No chodź tylko  raz zagramy.

-Nie, nie moge… Zmartwienie mam – powiedział złodziejaszek zniżając głos. - Gotów jestem młyn do żniw uruchomić, ale na rozruch gotówka jest potrzebna. Chciałbym wejść w układy i stare zobowiązania Bździsława, że tak powiem odnowić – sam wiesz i rozumiesz. 

-Przestań śnić i w żaden przemyt, jak ci  bogowie mili, się nie mieszaj. Ze szczerego serca proszę. Oni przecie na straconej pozycji od dawien dawna i żadna to chluba tobie za ich góry i ugory umierać.  

- Krążą słuchy, deliberował dalej, że Sędziwój tajniaków najmuje i raz podejrzanych już nie spuszcza z oka   - odparł Oreszko niepewnie zerkając na Gniewka, który co rusz spoglądał na kołyszące się biodra roznoszącej jadło i browar dziewczyny. 

-Słuchaj, ja wiem, co tobie po głowie się tłucze i tobie potrzeba – parsknął. - Kobity z krwi i kości…

Gniewko obruszył się gwałtownie. Nie potom przybył - kręcił przecząco głową

-Bździsław to był chłop na schwał – rozżalił się nad kolejnym kuflem piwa, które przyniosła im Jagoda. -Można było konie kraść, przez calutką noc o różnościach rozprawiać, a cośmy razem przeszli, to starczyłoby trubadurom na pieśni do końca świata. Smutno mnie czasem Oreszko, oj smutno czasem… - On był mnie jak brat. Rozumiesz? – spytał chwytając towarzysza za poły lnianej koszuli. Oreszko rozluźnił uścisk przemawiając równie bełkotliwie:

-Daj pokój Gniewko, niejeden się głowił jak cofnąć czas i jak słuch mam dobry, i znajomości tu i ówdzie, to jeszcze nie słyszałem, żeby któryś z magów to potrafił. Bździsław ożenił się i dla nas jest już stracony. Ale ja tobie rozrywkę lepszą dziś zorganizuję, czekaj no! I jak powiedział, tak też i uczynił. Wstał i podszedł do szynkarza, by się z nim rozmówić. W karczmie zrobiło się wyjątkowo tłoczno, gdyż z początkiem miesiąca  żołd miały wypłacane trole. A władyka na Sobótce  - Onufry miał zapędy dyktatorskie. Koszary pobudował i dodatkowych żołdaków najął. Choć córkę za mąż już wydał i następcę sobie szykował, to sam zrzec się władzy z własnej woli nie potrafił i do wojny przeciwko elfom dążył. Wierzyć legendom, w osadzie w Smoczych Górach bogactwa ogromne były, na które wojewoda miał wielką chrapkę, ale oficjalna wersja była taka, że autochtoni zagrażali spójności i bezpieczeństwu państwa. 

Do Gniewka nagle przysiadła się uśmiechnięta i rumiana Jagoda. - Dość już na dziś. Mieszkam blisko drogi do młyna. Pewnie zechcecie  mnie panie do domu odprowadzić?

Tego się jednak Gniewko nic a nic nie spodziewał i odmówić nijak nie potrafił...

c.d.n.




Freepik.com 

   


wtorek, 27 maja 2025

Dalsze losy rzezimieszkow VI

  Jak sobie założył, tak też i uczynił. Kiedy tylko słońce  pochyliło nisko swe rumiane czoło, udał się Gniewko leśną ścieżyną do wodopoju przy Sowiej Skale uzbrojony w widły, osikowe kołki i inne niezbędne do ubicia bestii akcesoria.  A tam nic… Cisza jak makiem zasiał. Przemierzył matecznik wzdłuż i wszerz, ale tam również żadnego śladu strzygi nie znalazł. Wówczas zwrócił się w stronę zagajnika, za którym to stary mogilnik był. Między gałązkami płaczącej wierzby, które wiły się jak rozplecione warkocze dziewki, zaczął wypatrawać wąpierza. 

Około północy zimno się nagle zrobiło, aż poczuł na grzbiecie dziwne mrowienie, wtedy to ujrzał wśród omszałych nagrobków i unoszącej się nad tym wszystkim mgły, postać  niosącą na rękach kwilące niemowlę.

Tego było już za wiele! Rzucił się na bestię, by ocalić dziecko. Widły ugodziły ją w bok. Strzyga zawyła z bólu i uciekając wypuściła zawiniątko, które wpadło w ręce rzezimieszka. Wziął je, przytulił i poczuł jak spada w świeżo  rozgrzebany grób.

  Zdrzemnąć się chyba musiał, bo nic a nic nie pamiętał, ani pojąć nie potrafił, co się wcześniej z nim działo i czemu to mija bramę  z wielkim pozłacanym napisem na portalu: „Stąd nie będzie wybawienia.” Zatrzymał się zdziwiony i już już odwrócić miał się na pięcie, ale oto  obok czarodziej w aksamitach i z siwą brodą się pojawił.  Bez ogródek bierze go pod ręke  i na przechadzkę po swym sadzie  prowadzi. - Widzisz rzezimieszku – tako rzecze – Po pierwsze dobrześ uczynił, żeś dziecko wyratował, ale sam pomyśl, gdy ubijesz bestię, to jednaką bestią w ten czas zostaniesz. Po wtóre, nic to nie pomoże, że jej złe zamiary przebaczysz i odejdziesz w nieznane, przetoż strzyga nie przestanie polować. -Czyli i tak źle i tak niedobrze? - wtrącił Gniewko. Nieznajomy poklepał go po przedramieniu. - Widać powoli miarkujesz. Po trzecie, w garść się wziąść trzeba, podrzutka wychować, młyn z pajęczyn obmieść, parobków nająć i interesa kręcić. To mój warunek, bezinteresowna pomoc i najlepsza z możliwych rad… Po tych słowach pojaśniało: i w głowie, i w urokliwej okolicy, bo odgarniając niesforne gałązki jabłoni, wyszli ze szpaleru drzew na zlane słońcem i upstrzone rudymi krowami pastwisko. Bydło nic sobie oczywiście z najścia niespodziewanych gości nie robiło, tylko chwytało    ostrym jęzorem zielsko i rzuło wymownie, jak miało w swoim zwyczaju. -Tak już ten świat jest urządzony – mówił dalej czarownik – ni lepszy, ni gorszy, lecz tak, nie inaczej, działa ów machina. 

-Ale mnie w jednym miejscu trudno jest wytrzymać –  z przekory marudził Gniewko.

-To, że łatwo nie jest, to każdy mędrzec wie i w swych księgach jako naukę dla potomnych zapisuje. I ja ci swą mądrość jako radę na przyszłość ukazuję. - Twardym trza być, nie miękkim. Twardy mąż - przemawiał dalej czarodziej - godziwy i zamożny, dziewkom niezmiennie  imponuje. Przecie jak się zaprzesz, to dasz radę, czyż nie?

- Nie inaczej! - wypalił jak zaczarowany rzezimieszek.





Po tych słowach postać znikła, a Gniewko przebudził się nagle z przedziwnego letargu. 

Nad mogilnikiem wisiało już złote jak talar słońce. Schował zawiniątko za pazuchę, uchwycił wystające ze ścian krypty korzenie i wydostał do świata żywych. Wikół kobierce mchu i porostów pokrywały nagrobne kamienie. Cisza,  ani żywego ducha, aż się rzezimieszek sam siebie wystraszył, gdy odgłos brzucha jak ten bąk w trzcinie zaczął grać.

Opuścił więc cmentarzysko i udał się do młyna. Tam zjadł ze smakiem pajdę chleba z serem, a dziecku przygotował mleko. Kiedy przewijał zmoczone pieluszki, zauważył, że znajda jest dziewczynką. Trochę go to odkrycie rozczarowało, bo jeśli nawet miałby srajdka zostawić, to bardziej przydałby mu się chłopiec do pomocy. Utulił, ukołysał i dziecko zasnęło. Zakasał rękawy i wziął się do roboty, jak mu kazał nieznajomy. Na początku, zaczął niezdarnie od wymiatania liści, które jesienią nawiał wiatr. Potem strącaniem sieci pajęczych, odkurzaniem i porządkowanie  skrzyń. A kiedy związywał powrozem worki ze zbożem i gdy upychał słomą podziurawione przez gryzonie worki, z zakamarków wyległa chmara myszy ze starym, mysim królem na czele, który przemówił do niego ludzkim głosem: 

-My pierwsi tu byli! Zabieraj manatki i zmykaj, gdzie pieprz rośnie. Bo będziesz miał z nami do czynienia!!! 

c.d.n.



środa, 9 kwietnia 2025

Dalsze losy rzezimieszków II

 Jeździec ściągnął wodze i ruszył w kierunku głównej bramy. Drugi powtórzył jego ruch. Wczesnym  rankiem tuż za murami miasta odbywał się targ. Zeszli  z wierzchowców i ruszyli dalej pieszo. Okrągłe kumoszki wyrastały jak grzyby po deszczu starannie układając na stołach płody rolne. W powietrzu unosił się zapach dopiero co wyjętych z pieca podpłomyków. Garncarz ustawiał gliniane naczynia, wikliniarz wieżyczki koszy, a rymarz rozwieszał siodła i uprzęże. Nieopodal, wśród straganów krzątał się jegomość w turbanie. Poprawiając wzorzyste kobierce nucił coś w nieznanym przechodniom języku. Zobaczyli go i podeszli bliżej.

-Abrakadabra – szepnął Bździsław pochylając się tak, by nie usłyszały go żadne nieporządane uszy.

Na umówiony znak-sygnał nieznajomy skierował się na zaplecze straganu, a przejezdni podążyli za nim. Za burą, wysłużoną płachtą było niewielkie pomieszczenie wypełnione stosem dywanów.

-Nie spodziewałem się was tutaj – powiedział z obcym akcentem rozglądając się przy tym nerwowo kupiec. To bardzo, bardzo  nieostrożne… Pod osłoną nocy i poza murami grodziska. Nie teraz, nie tutaj…  

-Przed wschodnią bramą , zaraz za rozstajem dróg jest pocięty jarami las. Spotkajmy się w dole strumienia, przy Sowiej Skale – zaproponował Gniewko.

- Zgoda - odpowiedział zdenerwowany sprzedawca. Jeźdźcy jak na komendę naciągnęli na głowy kaptury i wyszli wtapiając się w tłum.

Senne miasteczko przyozdobione obwieszczeniami oznajmiało nowoprzybyłym o turnieju, którego zwycięzca miał zgarnąć główną nagrodę: rękę wojewodzianki, urząd teścia, zameczek, kolekcję najprzedniejszych trunków oraz pokaźny skarbczyk w lochach. Onufry Wielki wydumał sobie bowiem, że wyda córkę co najmniej za barona, to też i wiano musiało być odpowiednie. Do grodziska zjeżdżali więc kawalerowie różnego stanu, pochodznia i posiadający rozmaite umiejętności.

Walki były zacięte, nierzadko przypłacone życiem. Odgłos miażdżonej toporem czaszki, rozpruwanych mieczem wnętrzności i rzężacych pokonanych nie należał do najprzyjemniejszych, ale gawiedź była zachwycona igrzyskami jakie im władyka zgotował. Przyjaciele unikając dużych zgromadzeń zwrócili się do znanej im z dawnych czasów gospody. Zabawili tam do wieczora.

Kiedy po zmroku chcieli opuścić miasto, strażnicy znacząco pukali się w głowy. 

-Na swoją własną odpowiedzialność – ostrzegł ich jeden z żołnierzy przy bramie odchylając halabardę.

-I widzisz jak to jest? – zagadnął towarzysza Gniewko – niby wyuczy się taki na woja, a słoma dalej z butów wyłazi… Ciemności się boją jak pacholęta! - parsknął rozbawiony. Ale Bździsław nie reagował, zdawał się być od jakiegoś czasu dziwnie czymś strapiony. Okrył się szczelnie płaszczem, bo choć wiosna już była, wilgotny chłód osiadał nieprzyjemnie na ramionach przenikając poły odzienia. W pozbawionych liści koronach drzew zadomowił się wiatr i kiedy kosa księżyca cieła upstrzone gwiazdami niebo, świstał sobie złowrogo.









piątek, 28 marca 2025

Dalsze losy rzezimieszków I


-A wybij sobie ze łba Bździsław niepewne z uszakami interesa! - ogłosił swą dezaprobatę Gniewko. -Prędzej na stryczku zawiśniem, nim się czego człek tu dorobi. Już tam na rynku krzykacz miejski ogłaszał, że imć wojewoda zasygnował kary za kolaboracje i do buntu podżeganie. Życie ci nie miłe? Bździsław, miej ty rozum, oni groszem nie śmierdzą! Przemyt i handel bronią, to nie są przelewki i chyba nie musze ci przypominać, że swoje zobowiązania to trzeba jednak regulować. Ja tego sobie nie wydumałem, tak było, jest i będzie! Jak świat światem! I wiesz co ci jeszcze powiem? Z ciebie to platfus i niezguła. W chałupie na zapiecku bąki zbijać, a nie za biznesy się brać! Tobie się wydaje, że te długouche to takie biedne, że ich trzeba wspomagać, że one w słusznej sprawie przeciwko prawu występują, że chcą zmian na lepsze… A gówno prawda! One, proszę ja ciebie, wokół najmniejszego palca, jak motek nici sobie ciebie okręciły. Chude i przebiegłe! Aż strach pomyśleć co się za tymi wielkimi, wygłodniałymi ślepiami skrywa i co te wielkie uchy tam słyszą! Ani złapać ni ma za co, ni pożartować, ni należności wyegzekwować!  A najgorsze to ich roszczenia i skomlenia o prawo do ziemi i wolności. Wolności im się zachciewa!? Też coś! Wolność to bzdura! Doszłyby takie do władzy i co? Anarchia! Także wiesz… Ja tego nie widzę. Gdyby nawet elfi przewrót się udał, to nie liczyłbym na to, że docenione będą nasze zasługi. Każden jeden musi znać swoje miejsce, a jeśli pretenduje do wyższych urzędów, innych cech od siebie oczekiwać winien. I sam nie wiem co lepsze, cicho siedzieć, czy celować wysoko, a inne będą krzywo na ciebie poglądać i czekać na błąd. Ty chciałbyś tak jak one organicznie, ekologicznie żyć, dzieci chować w zgodzie z naturalnymi prawami, a jaka ta natura niby jest? Kto stoi na szczycie, a kto na dół spada? Kto zęby ostrzy – a kto przysmakiem zostaje?  

-Bo ja bym wolał, żeby do władzy dochodziły stworzenia roztropne i troszczące się o prostego obywatela, a nie dobrze urodzone pasożyty – przerwał mu Bździsław. -Jak nie myto, to dziesięcina, jak nie dziesięcina, to podymne, jak nie podymne, to pogłówne i jak nie spojrzysz, tak cię skubią, a gorszego tyrana jak Onufry, to chyba świat do tej pory nie nosił.

-Kmiecie rozprawiają, że turnieje w grodzisku lada dzień mają się odbyć - zmienił temat Gniewko. - A potem to kto wie? Możliwe, że rychłe zaślubiny Jarosławny – deliberował dalej rzezimieszek. Praczki i kuchenne to o niczym innym przy studniach nie gadają jak o gibkiej wojewodziance i o przepychu jakie ma być na jej weselu. Podobno nadwornego wyjca  władyka z zamku przepędził, kiedy pieśni o nieszczęśliwie zakochanych, skradzionym sercu, okrutnym ojcu  i o mezaliansie zaczął wyśpiewywać. Bździsław, wiesz co może o tem? - uśmiechnął się z przekąsem.

-Ja mam niby wiedzieć? – zmieszał się złodziejaszek. Za wysokie progi Gniewko. Może jeszcze mam się za odważnego rycerza podać i w pojedynku na śmierć i życie kruszyć z zawodowymi zabijakami kopie?

cdn.