Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żywoty rzezimieszków. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żywoty rzezimieszków. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 maja 2025

Dalsze losy rzezimieszków V

 Słowiki wodziły na pokuszenie pieszcząc rozkosznym trelem spiralnie skręcone uszy. Za oknem piętrzyły się chmury kwitnących czereśni i bzu, nad nimi słodkawy i duszny zapach. Nie pamiętała, żeby kiedykolwiek ciążyło jej to jarzmo. Zwykle kiedy miesiączek robił się pulchny i złoty jak talar, odsłaniała białą kołdrę i biegła boso na skąpane w rosie polany. Wolność gorącą falą uderzała do głowy i dodawała jej skrzydeł. Biegła najdalej jak to tylko było możliwe, dopóki starczyło tchu w jej drobnych i białych piersiach. Kładła się wówczas na ziemi i patrzyła w rozgwieżdżoną noc czekając na świt. Wtedy zaczynały się dziać dziwne rzeczy, których zazwyczaj nie pamiętała, a po których budziła się naga i oszołomiona. Tej nocy miało być podobnie. 

***

   Gniewko po niespodziewanym ożenku swego towarzysza schudł i zmarkotniał. Tułał się jakiś czas po okolicznych karczmach próbując zapełnić pustkę, która czaiła się w sercu i nieprzytomnych od bólu oczach. Jadł i spał gdzie popadnie. Łajdaczył się, obijał gęby prostakom, a i sam został nieraz obity. Jako że, w oberżach grał  w kości i w karty, przetrwonił fortunę, ale przypadkiem udało mu się wygrać zniszczony, opuszczony młyn. Wreszcie i hulaszcze życie mu zbrzydło, toteż tam zamieszkał i niby pustelnik zaczął stronić od ludzi.

Nieraz prosił go napotkany parobek, żeby przyjął go do pracy, ale jemu się zwyczajnie nic wtedy nie chciało. Ni to na jawie, ni w śnie, szedł na strych i obserwował: żerujące o brzasku jelenie, kłusowników zakładających pod osłoną nocy wnyki, pomarszczone starowinki zbierające chrust, śpiewne powroty z kamieniołomów brodatych krasnali. Czasem w okolice Sowiej Skały przejeżdżała bogato zdobiona karoca mdlejącej lub cierpiącej na migrenę baronówny lub księżniczki, która pod bacznym okiem mamki miała zaczerpnąć świeżego powietrza, a niekiedy widział jaki drwal chłopkę w krzakach dziarsko zbałamucił.

 Spokojnie mu się żyło i prócz myszy harcujących na workach ze zbożem, nikt nie miał prawa przerywać tej ciszy.

Przywykł by do tego żywota, bo spokojnie jak nigdy było, ale pewnego razu, gdy ciepły  zmierzch nad zagonami zawisł i kiedy księżyc z wolna wytoczył się na upstrzone srebrzystym brokatem niebo, usłyszał dobiegający z puszczy piskliwy dźwięk.

-Bestia – wyszeptał i złapał oparte o futrynę widły.

Z początku monstrum zataczało w powietrzu większe kręgi, potem zdawało mu się, że obniżyło swój lot i wylądowało blisko wodopoju. 

-Już ja jej pokaże! – wycedził przez zęby rozjuszony Gniewko. Ścisnął mocniej trzonek swej broni i ruszył na wroga.



Freepik.com 


piątek, 28 lutego 2025

Żywoty rzezimieszków cz.17

 Ostatnie ptaki gotowały się do odlotu. Wiatr muskał dzikie wino, sypał pod nogi nasiona traw i drzew. Kasztany, choć szczelnie uzbrojone w kolce nie ustrzegły się upadku - z każdym uderzeniem skorupy pękały śmiejąc się do rozpuku, aż żołędziom pospadały czapki i potoczyły się w ściółkę na wzór dziecięcych zabaw z fajerką. Jesień rozłożyła na stokach paletę subtelnych barw, chwyciła w dłoń pędzel i mieszała ochrę, szkarłat i szafran. Początkowo delikatnie dotykała rachitycznych liści, potem z pasją rozcierała grudki pigmentu i muskała purpurą wrzos, aż w końcu tak się w swej sztuce rozsmakowała, że zaczęła rozlewać kolor bezpośrednio na buchający ciepłem, zmęczony latem las. 

Bździsław, Gniewko i Miłoch z mozołem kroczyli naprzód. Mapa, którą otrzymali od dziewki wskazywała im drogę, ale ścieżki dawno już chwastem porosły,  ciężko było im odnaleźć szlak. Lecz skoro udało się to starożytnym,  to pewnikiem im też się uda - pocieszał się Gniewko. Na drodze spotykali splątane bluszczem ruiny. Oliwkowe gałązki supłały kamienne portale pokryte płaskorzeźbami przedstawiającymi zwiewne istoty otoczone niezrozumiałym  pismem. Miłoch przejechał palcami po żłobieniach. Gdyby któryś z nich umiał odczytać formułę – przeszło mu przez myśl, wyprawa byłaby łatwiejsza.

Pewnej nocy, kiedy przeprawiali się przez przełęcz pogoda załamała się, z nieba spadł najpierw grad, a później przez tydzień sypał śnieg. Drżeli z zimna. Przed nimi rozpościerał się oblodzony trakt. Podróżnym wydawało się, że wyprawa stanęła w martwym punkcie. Mroźny wiatr przeszywał na wskroś. Brakowało jedzenia i drewna do rozpalenia ogniska. Zziębniętych, na wpół żywych , schowanych w skalnej szczelinie, odnalazł elfi patrol. Nie rozumieli co do nich mówili, ale musieli im zaufać. Nie mieli innego wyjścia. Widzieli w śnieżnej zadymce bogato zdobione sanie i smukłe istoty, które mimo iż same były przestraszone, nie zostawiły ich w potrzebie. Nie mogli uwierzyć swym oczom: legendy o rzekomym bogactwie elfów były stanowczo przesadzone. Owszem, miasto na kształt góry otaczał wysoki mur, strzeliste wieżyczki kłuły zimowe niebo, gzyms pokrywał roślinny fryz, z rzadka balkony przypominające huby i maszkarony, dziwiły gości. Podziwiali kunszt, i świetność tego miejsca, ale sami mieszkańcy nosili połatane łachmany, jedli najwyraźniej to, co udało im się zdobyć  i wyhodować w górach na  najbardziej nasłonecznionych zboczach. 

Gdy wydobrzeli, okazało się, że skarb którego szukali, już dawno był przez autochtonów odnaleziony i bynajmniej widząc ich nędze, nie wspomnieli o nim nawet słowem.

Bździsław poczynił znaczne postępy: po wielu nieudanych próbach zaczął dogadywać się z Iminą. Elfka miała długie jasne włosy, niedbale splatała je w warkocz, spod włosów sterczały koniuszki uszu, duże oczy badały ostrożnie świat, była drobna i nieśmiała. Wytłumaczyła mu, że ”starsza krew” boi się ludzi, którzy są zachłanni, którzy odbierają elfom ich tereny. Oni, choć długowieczni, pragną być częścią natury, czerpać z niej tyle ile jest konieczne, nie rozumieją dlaczego ludzie chcą zawłaszczyć, wyszabrować od Matki Natury jak najwięcej, przecież i tak koniec końców przyjdzie im oddać ziemi ich marne powłoki.  I wstyd było rzezimieszkom jak tego słuchali, przez gardło im przejść nie mogło, czym się dawniej trudzili. Tak się jakoś potoczyło, tłumaczył jeden drugiemu, że o swoich zadkach wyłącznie myśleli, ale każdy tak,  aby przeżyć. Nic innego wszak nie potrafili, toteż przemyt uskuteczniali, i rabunki, a wszystko by swoje brzuchy jadłem zapełnić, pobawić się i spokojnie usnąć.

Bździsław, bierz medalion i wzywaj smoka wracamy do domu! - zadecydował Gniewko.

-Ale jak to? -Dlaczego? Już? I po co to wszystko? – dziwował się Miłoch.  

- Ech, żołnierzyku mało w boju hartowany - westchnął Gniewko - jak ty mało jeszcze wiesz… Poklepał Miłocha po ramieniu i dodał z przekonaniem: -Nie wszystko złoto, co świeci…

Koniec




AI for freepic.com

czwartek, 20 lutego 2025

Żywoty rzezimieszków cz.16

-No co tam widzisz? – spytała Jaga siostrę.

 - Poczekaj, przetrę szkło i wizja będzie jaśniejsza - Wiedźma wzięła do ręki lnianą ściereczkę, chuchnęła i wypolerowała gładką kuli powierzchnię.  Muszę ściągnąć dotyk obcych. Mówię ci diabli ich nadali.  W moim centrum medytacji transcendentalnej miałam ostatnio wizytację  - literatów bodajże…  Wprosili się grzecznie, listy polecone przywieźli. Mówię ci, co za motłoch! A jakie wymagania mieli i mniemanie o swoim artyźmie! No ale do czego zmierzam... A, już wiem! - Turniej rycerski - jak się odbywa, koniecznie zobaczyć chcieli. Po piewszym dwójniaku, tak się w widoku krwi rozmiłowali, że  i fragment bitwy pod Czarnym Potokiem obejrzeli, a po drugim, to i flaki świętej pamięci jaśnie pana Bożydara. Z lubością szklanemu memu Cudeńku się przyglądali.  Po pijaku - wiadomo wodze fantazji im puściły, język ku mojej zgryzocie, rozwiązały, że paplać trzy po trzy poczęli jakoby wieszcze, że w przyszłości to każden jeden bedzie w swojej chacie miał, że bez problemu zobaczy co przyszłość szykuje i co w zamierzchłych czasach się wydarzało. Przestraszyłam się, że mi moją technologię wykradną i wygnałam na cztery świata strony. Gawrycha pogłaskała jeszcze raz zwracając się do swej kuli "Cudeńko".   - Mam nadzieje, że to nie za mojego żywota się  stanie! Ufffff, aż mnie zimne poty na nowo oblały! Wszelkiej maści wierszopisy to niezmiennie  o jakiejś niedoli li apokalipsie lubią rozprawiać.  Umyślnie zawczasu kazałam im zapłacić, bo ja taki element doskonale znam! A że wpuściłam hołotę do domu, to wyświnili to i owo. No już, już jest lepiej…

-Widzisz tam co? – niecierpliwiła się siostra.

-Widzę, widzę! Jadą, ten twój to jakoś niemrawo konia trzyma. O! U podnóża gór ognisko rozpalili. Chabety rżą, trawkę sobie skubią, jeden poklepał kasztankę po szyi. O! Żołdak usiadł na kamieniu, kija w dłoń uchwycił i grzebie w końskich jabłkach. Chyba inaczej wyobrażał sobie przygodę, he, he – wiedźma nie mogła sobie odmówić sarkazmu. 

Jaga popatrzała smutno. No co znowu? Wróci przecie! -  zgarnęła jej włosy do tyłu i zaczęła zaplatać. 

-Pewno, że wróci! Ale nie o to tu idzie – odpowiedziała dziewczyna. I tak tego nie zrozumiesz…

-Niby czego? Spróbuj, wytłumacz mi!

-Ludzie tacy jak on… Oni, już tak mają. Nudzą się po prostu. Potrzebują odetchnąć między jedną, a drugą przygodą w spokojnej okolicy, lecz nie umieją, nie potrafią żyć tam na stałe. Mierzi ich sielanka, jakieś pieruństwo ciągnie ich marne dusze po bagnistych rozstajach, po rozdrożach, na przełaj przez las, ciągnie po rubieżach, kurchanach, wydeptuje nowe ścieżki, miast ognia w domu pilnować, dzieciaki chować i według boskich prawideł żyć. Oni już tak mają… Zasmuciła się, ale z jej ust wydobył się ponownie potok słów:

- Jakby bestia w lwiej grzywie słońce z ich serca połknęła na zawsze, jakby spokojne istnienie miało zgasić  najjaśniejszą z gwiazd i strącić ją w przepaść, na zatracenie . Nie zatrzymasz, nie przywiążesz, na własność nie weźmiesz. Nie zwiążesz ducha, on nawet twój nigdy nie był… 

- Co ty pleciesz za zaklęcia! Swoje widziałam, swoje wiem i w dodatku powiem! - nie szczędziła słów Gawrycha. Każden jeden wojak za domem śni!  Tęskni za dziewki obłapianiem, za ciepłem domowego ogniska, popitkiem i mięsiwem! Poszedł w świat, bo się zwyczajnie bał. Wspólne życie wymaga odwagi.

c.d.n.

 




AI for freepic.com

czwartek, 16 stycznia 2025

Żywoty rzezimieszków cz.15

 Miłoch jak sobie tam chcesz - rzekł pewnego dnia Bździsław. -Zasiedziałeś się u Jagi w alkowie - to pewne. -My to rozumiemy, ale na nas przygoda czeka, wiesz przecie jak jest…


Tego dnia Miłoch stanął przed nie lada decyzją: ustatkować się i żyć w pięknej okolicy, przy dziewczynie, która go chciała – czy pójść z niepewną kompanią w góry, tam, gdzie los niewątpliwie czekał go marny.


I choć był to rycerz, a sam Onufry – władyka na Sobótce herb z jeleniem na rykowisku mu wybrał, to rozum miał nietęgi, nawet nie spostrzegł, że dziewce przykro było się z nim żegnać, że wcale tego nie chciała.


Bo gdyby chciała, to by mnie zatrzymała - wykoncypował sobie. Jaga z kolei, choć sprytniejsza, podobnie do niego myślała.


 Odjechali więc w siną dal z otrzymaną od wiedźmy mapą i nadzieją, że odnajdą legendarną krainę elfów.


Nazajutrz wiedźma zebrała się w sobie i poszła do starszej siostry, która mieszkała na drugim końcu stuletniego boru. Idąc wypatrywała wielkiego billboardu ze złoconymi literami: „Wróżka Gawrycha prawdę ci powie. * Rzucanie i odczynianie uroków * Ziołolecznictwo * Symulator lotów na miotle * Lanie wosku * Lanie wody * Et cetera ”. Siostra miała dobrą passę i trzeba jej przyznać, smykałkę do interesów. Okolica huczała od plotek na jej własny temat, które prawdopodobnie sama preparowała. -”Reklama dźwignią handlu” – mawiała często. Szczęściem wieśniacy bali się jej jak ognia, a im bardziej się bali, tym bardziej jej potrzebowali.


Starsza siostra wypatrywała jej już od dobrej godziny. Obie czuły kiedy druga była w potrzebie. Przywoływały się za pomocą telepatii i rozmawiały. -Jagódko daleko jesteś? Zaraz ci otworzę - usłyszała wiedźma w głowie. Weszła na ganeczek i drzwi otworzyły się.


- Moja duszko, a co tobie? Czemu lico chmurne? Niech no ja dorwę tego gołowąsa! Przycisnęła do siebie szczuplutkie ciało jak jaka piastunka. 


 -Chłystek zakichany! Tfu! - Kasztanowe oczy Gawrychy nagle pojaśniały. -Moja znajoma podarowała mi całkiem udaną recepturę. Jak nic pasuje do sytuacji! Czarownica uśmiechnęła się z przekąsem i rozprawiała dalej. -Przepis jest znakomity. Dostałam od tej szeptuchy z mokradeł, znasz pewnie, co to pomorek pomogła mi z kurnika odegnać.


-Słuchaj, poklepała ją po ramieniu, nic a nic się nie martw. Urok już na jednym takim próbowałam, akurat w noc zaślubin to się niefortunnie zdarzyło, to on w te pędy do mnie, przyjechał na kobyłce na oklep, tak jak go mać powiła, i na kolanach prosił żebym go z niedoli wybawiła. -A ja bezczelnie, że medykamentu nie ma i nie tak prędko znowuż będzie. Składnik rzadki i nic na to nie poradzę - bezradnie rozłożyła ręce gestykulując. Na odchodne nastraszyłam, że może na drugi rok   odczynienia uroku się spodziewać. Sam sołtys to był z Koziej Górki, daję słowo, a tak mi zalazł tedy za skórę, że się powstrzmać nie mogłam. Teraz już dobrze żyjem, ale wtedy to uch… - Mówię ci, znam się na tym! Ale Jaga jej nie słuchała, pokręciła tylko głową i dalej chlipała.


- Gawrysiu, nie trzeba – przez łzy rzekła. – Daj pokój, on nie dla mnie… I znów smutkiem zaszły jej oczy. A starszej siostrze serce fiknęło koziołka. – No jak sobie chcesz – skwitowała…


-Chodź, pokaże ci jakimi ziołami ogród obsadziłam. Poszły w ten czas za chałupę, a tam grządki na kształt ślimaka, umyślnie, wedle nowomody sadzone były, tak, by większość dnia w słonecznej kąpieli się pławiły.


c.d.n.   



AI for freepic.com

poniedziałek, 6 stycznia 2025

Żywoty rzezimieszków cz.13

Żadna tam chyża, kurna, czy inna zagroda. Chać była drewniana z tęczową na froncie półobręczą.  Ilekroć któryś z nich chciał wyjrzeć zza winkla, mechanizm u podstawy  wprawiał trybiki i przekładnie w ruch tak, iż przekręcała się i widzieli niezmiennie jej oficjalną fasadę.

Tak ich to odkrycie rozsierdziło, że spędzili przy mechaniźmie całe pół dnia: dźgając, robiąc i rzezając po kawałku i czem popadnie. Drapiąc się przy tym po głowie, bo żaden sprzęt szkody jej nie mógł uczynić. Tymczasem dzionek znacząco się posunął i pochylił ku zachodowi.

-Coś mi tu brzydko pachnie… - stwierdził Miłoch  zwracając się do Gniewka i Bździsława. 

-Cuchnie! –  odrzekł zniesmaczony Gniewko.

- A juści czary jakieś! - zgodził się Bździsław.

Miłoch Wirwichwast usiadł podgryzając miękki koniec źdźbła trawy. Nie mógł przecie dać za wygraną. Wstał, zaklął po raz wtóry i trzeci:

- A niech to jasny szlag, chędożone ustrojstwo! Podszedł bliżej i kopnął. Chata obróciła się niespodziewanie i uchyliła podwoje.

No a potem wszystkie wydarzenia przeplatały się jak w malignie: z wnętrza buchnęła chmura czarodziejskiego ziela, wyszła młódka i roześmiała wesoło. Powiedziała, że się setnie ubawiła obserwując ich zmagania. Zmyślną schedę miała po babce, a tamta po swojej prababce. Zostali więc u niej na noc, bo nijak im było w podróż się wybierać, kiedy tak im było wesoło i nic się im nie dłużyło, aż posneli.

Jednak listopadowe noce mają to do siebie, że strach wziął je we władanie. Guślarze od pradziadów rozprawiali, że gdy miesiączek po niebie setkę gwiazd rozrzuci, z mogilników wychodzą z mgły utkane widziadła. Z bezlistnych drzew i pustych gniazd, ze zdziwionych na wieczność dziupli wyłażą leśne licha. I kto to może wiedzieć, co one tam wszystkie w tych zakamarkach robią? W taką noc, gdy niepokój sen przerwie, każda gałązka, co okno twardym palcem trąci, w szpony się uzbraja i porusza się, jakby biła w niej krew…

Przez uchylone drzwi żołdak zobaczył postać dziewczyny, która ich na noc przygarnęła. Szła otulona w ciemną opończę przez polanę, zstąpiła na dróżkę, aż weszła pomiędzy drzewa, aż postać jej cichutko się weń rozmyła.  Scena ta dla żołnierza była jak zachęta, udał się więc jej śladem. Z początku po omacku, uważnie, by nie zdradził go szelest listowia i by trzask gałązek nie spłoszył dziewki. Z czasem  nabrał wprawy i bez trudu się tam poruszał obserwując każdy jej ruch,  każdy gest. Uzbrojona w sierp wiedźma  co rusz przystawiała ostrze do blasku księżyca, po czym ścinała nagle łodyżki ledwo widocznych roślin. Zioła zbiera – tłumaczył sobie najemnik.  Szedł dalej, bo dziwna była dlań ta nocna, niespodziana  wyprawa po leśne runo… 

Po chwili usiadła pod wielkim dębem i zanuciła pieśń w starszej mowie. Rozpoznał ją chociaż językami nie władał. Na nic były mu potrzebne. Lecz od pierwszej chwili pojął sens: jakby dziewczyna na kogoś czekała, jakby swego kochanka śpiewem zwabić chciała… I rzeczywiście. Mężczyzna skulił się w swej kryjówce i niedoli, bo tak jak spał, wyszedł, w samiuśkiej jeno koszuli.  Drżał teraz z zimna lecz zdradzić nie mógł swego żałosnego położenia w obawie, że spłoszy chwili tej czar. Między twardej kory wezgłowiem,  a tonią wilgotnego mchu, ujrzał przedziwny sen. Z leśnej gęstwiny (któż mógł to przewidzieć?) wyszedł rumak z rogiem na głowie. Podszedł bliżej do niewiasty, pochylił się przy niej  i położył głowę na kolanach. A ona śpiewała  mu dalej i głaskała po łbie. Trwało to niecałą chwilę, może dwie, a może trzy, aż do momentu, gdy z oddali dobiegło ich wycie wilka. Jednorożec zerwał się na cztery nogi i pobiegł w kniei odmęty.  I zostało po nim tylko zamazane wspomnienie i w starszej mowie śpiew…

-Wiem, żeś tu jesteś, wyjdź jak masz choć krztynę honoru! – zawołała dziewka. - Po co żeś tu przybył? Sprowadziłeś nań śmiertelne niebezpieczeństwo… - wykrzyczała słowy kierując w miejsce, gdzie schował się Miłoch.

-Wybacz miła pani - wojak wyjrzał z kryjówki i  ratować chciał sytuację. Wiem, głupio wyszło. Jam człek prosty, nieobeznany w tajemnych misteriach, ja niechcący…

-Dusza ludzka łaknąca posiadania i szukająca jeno własnej korzyści nigdy nie znajdzie jednorożca… – ucięłą i spuściła głowę, bo prawdziwie żal jej było zwierzęcia, że uciekło wrażliwe na złe moce na zawsze się oddaliło. Czuła gniew, a Miłoch nie wiedział jak ma tę niezręczność załagodzić.

Nazajutrz nadarzyła się ku temu sposobność, kiedy Bździsław i Gniewko śniadanie spożywali, wiedźma Jagódka zaciągnęła śmiałka do swej alkowy. A ten najpierw zbladł, a później poczerwieniał widząc w jak niechlujnym stanie było i jak zdezelowane miała łoże.

- W przybudówce winny być ciesielskie narzędzia. Myślę, że jak się postarasz, to i do wieczora skończysz. -No już! Bierz się do roboty!

cdn.






niedziela, 29 grudnia 2024

Żywoty rzezimieszków cz.12

 Jeźdźcy z duszą na ramieniu przemierzali  puszczę. Zdawało im się, że błądzą i krążą w kółko. Teren był nieprzyjazny, surowy i podmokły, a w zagajnikach pełno było dzikiego zwierza. Naraz wielki łoś wyrósł im na drodze, innym razem dzika świnia z parsiukami, to znów jeleń, czy sarenka. Szczęściem nie spotkali watahy wilków, rysia, czy niedźwiedzia. Jechali z dala głównych traktów,  omijając kupieckie szlaki i cechowe jarmarki.  Trzeciego dnia w siodle, dotarli do osady bartników w samym sercu puszczy. Bartodzieje w wydrążonych kłodach  drzew i dziuplach hodowali leśne pszczoły - borówki. Pracowite owady zbierały nektar z leśnych kwiatów, drzew kwitnących  i spadzi. Wraz z końcem jesieni nastała pora na miód wrzosowy. Żmudna i trudna to była profesja, wymagała zręczności, tężyzny fizycznej i pracy na wysokościach. Nieokadzone, przez co nieuspokojone, wonną fajką, czy tlącą się hubką pszczoły,  mogły  niebezpiecznie pożądlić niezdarnego śmiałka. Toteż kandydaci do fachu musieli wpierw terminować u mistrzów, by nauczyć się z niemi obchodzić.

W czasie zbioru bartnicy nosili cudaczny, ochronny przyodziewek. Na głowy naciągali kaptury i zdaje się, że związani byli w tajemnym bractwie.

Przejezdnych przyjęli niechętnie, ale ugościli przy obozowym ogniu.  Na więcej nasi uciekinierzy nie mogli liczyć. Nie w tych niespokojnych czasach. Byli to bowiem bartodzieje, którzy posiadali przywilej dostarczania miodów na pobliskie dwory należące do możnych oraz urzędników, w tym i władyki na Sobótce. Gniewko, Bździsław i Miłoch musieli się zatem pilnować.

Dziczyzna miło skwierczała sobie na rożnie, a oni słuchali opowieści leśnych ludzi o życiu w borach i gajach, o grasujących na gościńcach zbujach i o wiedźmach, które zwykły mieszkać samotnie.  Z opowieści wynikało, że leśne baby nie cieszyły się  w tej krainie dobrą reputacją. Najgorsza z nich, jak się dowiedzieli, była Baba Jaga, która wabiła młode dziewczęta i chłopców w las, bądź inne odludzie, aby tam posiąść ich czyste dusze i do siebie przywiązać. Jaga była najbardziej bystra i najbieglej z nich opanowała sztukę kamuflażu.  Wiedźma władała bowiem czarną magią, a jej ofiary pozbawione ducha i woli służyły jej do czasu, aż zły czar prysł.

- Takich przednich miodów nigdzie żem jeszcze nie próbował - rzekł Bździsław ochoczo nadstawiając czarkę po dolewkę bursztynowego trunku.  Gniewko łypał na kompanów spode łba i miarkował, że ta przygoda w najlepszym wypadku skończy się jeno na solidnym kacu.

Bartodzeje rozprawiali o dziwach, cudach i niewidach, błędnych ogniach pląsających po bagnach oraz wizjach jakie święte grzyby im dają. Godzina mijała za godziną, a kiedy Miłoch próbował zgromadzonym udowodnić, że wszyscy jak jeden mąż żyją w symulacji, a tak naprawdę w brzuchu ogromnego wieloryba, miarka się przebrała. Wojak zacietrzewił się i uparł, i nijak nie dało się go uspokoić, ani przekonać, że to pasiaste chmury  na nieboskłonie, a nie jakieś ości wielkiej ryby. Tyle  z tego zapamiętali, reszta nocy była zagadką, jak onego wieczoru po śliwowicy, kiedy nogi odmówiły im posłuszeństwa.

Maruderzy zbudzili się nazajutrz, gdy słoneczko wysoko już wisiało nad drzewami. Wokół nie było ani ogniska, ni bartników, ni leśnej pasieki, jeno jakaś podejrzanie kolorowa chata na skraju polany. Kiedy doń dotarli, okazało się, że pobudowano ją, nie wiedzieć czemu, na jakimś rusztowaniu w kształcie kurzej łapki.





c.d.n.

piątek, 25 października 2024

Żywoty rzezimieszków cz.11

 

   Było już dobrze popołudniu; słońce leniwie przeciekało przez popielate krawędzie chmur, choć już od dawna nikt nie odczuwał jego dobroczynnego ciepła. Ostatniej nocy mróz dotkliwie objął swym ramieniem tarninę, tak, że pomarszczyła się niczym staruszka i spuściła gałązki w dół. Gdzieniegdzie omdlałe liście odbywały swą ostatnią podróż: wirowały w tańcu, a wiatr zuchwale bawił się tą odwieczną oznaką przemijania.

Trzeba nam zwijać manatki – myślał wracający z polowania Gniewko. Dwa szaraki zwisały mu u ramienia, ich martwe oczy zdradzały przyczynę znieruchomienia – przetrącony kark.

Niebawem spadnie pierwszy śnieg, a wtedy gościńce nie będą przejezdne, przełęcze oblodzone i prędko nie uda nam się dotrzeć do elfiego królestwa, przyjdzie nam pomarudzić w tej  głuszy aż do odwilży – frasował się.

Gniewkowe rozmyślania przerwał odgłos końskich kopyt, przestraszony  schował się za pień sosny i obserwował z ukrycia dalszy przebieg zdarzeń.

Pewno jeden z najemników władyki z Sobótki – rozpoznał charakterystyczne purpurowo-żółte barwy grodu. - Pościg - czy kolejny śmiałek, co wiwernę zamierza ukatrupić? – zapytywał sam siebie.

Ale ten rycerz jechał jakoś dziwnie: głowę spuścił, każdy monotonny ruch jakby z koniem był sprzężony, cugle ledwo w dłoniach trzymał.

Niechybnie przyciął komara – dedukował złodziejaszek. Na zakręcie niczego nieświadomy wojak niebezpiecznie się pochylił i padł w leśne runo. 

- He, he, poległ - rzekł sam do siebie Gniewko – a taki waleczny był - dodał złośliwie. Rabuś przezornie spętał mu kończyny, przewiesił przez pasącego się nieopodal rumaka i poprowadził do smoczego gniazda.

Po chwili był na miejscu. -Patrzcie tylko com między sosenkami znalazł  – kwiat rycerstwa wywczas sobie w naszym lesie uczynił, a pijaniutki taki – śmiał się. Rzezimieszki ogień rozpalili i potrawkę zajęczą ważyli, aż zapach dziczyzny i samego żołnierza ocucił. Rozejrzał się dookoła ledwo przytomny, rozbrojony, do drzewa przywiązany, a hardy, może potemu, że mu  siwucha wartko z głowy wywietrzeć nie chciała.

-Kolaboranci! – wrzasnął – gadzinę na jaśnie pana szczujeta! – krzyczał do ludzi przy ognisku.

Gniewko uspokojony był, ale głupoty takowej nijak nie mógł znieść:

-Ty zatęchły bydlaku! – Milcz jak nie masz nic do powiedzenia i prędko wymierzył mu kuksańca prosto w żebra.

Związany wojak aż się zakaszlał, ale ponownie uniósł głowę. -Raduj się żem związany, inaczej poznałbyś smak mego szczerbca, jak mi bogowie mili. 

- Słuchaj no pijanico – kontynuował nauki Gniewko – zwierzak na wymarciu jest! Tobie się ino trofeum w głowie tłucze, miast becikowe od wojewody w podarku przywlec. -Patrzaj no jak smoczyca na jaju siadła jak jakowaś kwoka. Okres ochronny na czas wylęgu nastąpił, już starożytni w woluminach o tem głosili. Tu przybrał poważną minę i wyrecytował: Paragraf 29 z księgi: „O powinnościach włościańskich i o gumna budowaniu” informuje: „Wiwerna w połogu pod ochroną dobrych duchów jest”.

Bździsław oczy na to wyłupił, podszedł do przyjaciela i szepnął mu do ucha – co ty pleciesz, jaka księga, jakie przepisy?

- A cichajże – taki on uczony, że każdy ustęp łyknie – odparł półgębkiem Gniewko.

- Cóż ja teraz pocznę? – martwił się rycerz -toż mnie Onufry bez łba wiwerny nie zechce na zamku widzieć…

- A na cóż ci do Sobótki wracać? – spytał Bździsław – zalać robaka to w każdej przydrożnej karczmie można. My z Gniewkiem jeno widno się zrobi w góry idziem. Tam w Krainie Mgły w Smoczych Górach legendarny elfi lud osiadł.

- Do elfów idziecie? Ja wasz druh, weźcie mnie ze sobą – rozpromienił się wojak.

- Klnij się na słońce! – rozkazał Gniewko. 

-Jakom Miłoch Wyrwichwast na słońce się klnę!

   Tak oto o poranku drużyna złożona z dwóch rzezimieszków i dezertera z Sobótki ruszyła w dalszą drogę ku nowej przygodzie.

c.d.n.






środa, 16 października 2024

Żywoty rzezimieszków cz.10

   Wiwerna długo wyzdrowieć nie mogła po spożyciu baranka którego jej Dratewka sprezentował. Wszystką wodę z leśnego źródła wypiła i jeszcze jej było mało. A mdliło ją, a kręciło jej się w głowie, końcem końców wyszło na jaw co było prawdziwą choroby przyczyną: ni mniej, ni więcej, któregoś dnia miejsca bezpiecznego dla siebie szukała, a mościła gniazdo, a o owoc ukryć tak bardzo przed obcymi chciała, aż wreszcie zniosła dorodne szmaragdowe jajo! Z tej to właśnie przyczyny żadne dalekie podróże nie były możliwe, a świeżoupieczonej mamie należało wpierw jajo wysiedzieć, a po wylęgu odchować, nauczyć latać i do życia w pełnym zagrożeń świecie przygotować. Czasy były bowiem mroczne; zewsząd na maleństwo czyhało mnóstwo niebezpieczeństw: a to ze strony chłopów, którzy dobrze wiedzieli, że gad do skarbu winien zaprowadzić, a to ze strony rycerzy, którzy uważali, że największym bohaterstwem jest smoka zgładzić i rozkapryszoną jedną, czy drugą księżniczkę swym wyczynem do miłosnej ekstazy doprowadzić. 

Bździsław zdołał dzięki swym własnym mocom na powrót przemienić się w mężczyznę. Razem z Gniewkiem przez niespełna miesiąc przebywali w leśnej samotni i żyli tam z gadzią towarzyszką w doskonałej komunitywie, a ta, zachęcała ich, aby po złoto w Smocze Góry się wybrali. Twierdziła, że za intuicyją tam trafią, że żadna mapa, ani niczyja pomoc nie jest im potrzebna. Gniewko kręcił głową na te rewelacje i jak zwykle w takich sytuacjach, miał jedną, wypróbowaną odpowiedź:  -Ciemnogród! Bździsław z kolei bardzo chciał zdobyć zebrane przez smoczycę kosztowności, mimo to twierdził, że przez cały okres swojej niezwykłej podróży ciągnie się za nimi jakieś widmo, jakaś zła energia, która od czasów kiedy zrabowali grób wielkiego maga jak rzep psiego ogona się do nich przyczepiła.   

Gniewko już na stałe chciał osiąść w puszczy i kiedy Bździsław dotrzymywał towarzystwa wiwernie, on spędzał całe dnie na polowaniu. Przynosił z nich: a to królika, a to związane postronkiem kuropatwy, które następnie rozprawiał i na ogniu dla siebie i druha oraz dla ich smoczej przyjaciółki piekł. Myśliwy zauważył, że od pewnego czasu zaostrzyły mu się wszytskie zmysły. Potrafił zwietrzyć ofiarę nawet z wielkiej odległości, zasadzał się wtedy na nią w krzakach i łapał gołymi rękami i bez użycia żadnej broni. Tak jakby jego wzrok potrafił hipnotyzować i obezwładnić nawet po zapadnięciu zmroku - to było wręcz niemożliwe dla zwykłego śmiertelnika. Ale wśród wielu zalet jakie zauważył w swym nowym, bądź co bądź, zachowaniu dostrzegł też i wady. W dzień i w nocy, w śnie czy na jawie dręczyły go koszmary. Śniły mu się potwory w ludzkich ciałach, z paskudnym,  nienaturalnym grymasem na twarzach, z pożółkniętymi rękoma zakończonymi  brunatnymi szponami. Demony te, napadały na ludzkie domostwa i atakowały wieśniaków skacząc im do gardeł i zagryzając na śmierć. Po takich marach budził się cały zlany potem. Najbardziej utkwił mu w pamięci moment, kiedy sam siebie przyłapał z twarzą, która zawisła tuż nad krtanią Bździsława, który był pogrążony w głębokim śnie. Wyraźnie czuł zew krwi, pragnął jej, ubóstwiał ją! Ale jak to? – pomyślał. Krwi swego przyjaciela? Podróży swej kompana, powiernika, człowieka, który w złej chwili stał u jego boku? - bił się z myślami. Cóż za potwór w nim siedział? Nikomu o swym wstydliwym odkryciu nie mógł powiedzieć i sam siebie za złe myśli zaczął karcić, a w to miejsce  dobro innego wkładać, w końcu zgodził się i na wyprawę w Smocze Góry, o którą tak Bździsław zabiegał. Tam, gdzieś w skalnym królestwie swą siedzibę miały elfy. Nikt ze znanych im osób jeszcze tam nie trafił, wśrod wieśniaków krążyły tylko legendy o miastach misternie utkanych z twardych bazaltow i granitów, a tak delikatnych przy tym, jak gdyby z drogocennej przędzy  zrobione były, gdzie attyki, filary i kwiatony jakby z odrębnej koronki się składały. Elfy tak jak wszystko co ich otaczało były cudnej urody: drobne, acz wysokie, o jasnych lub przeciwnie - ciemnych jak smoła włosach, żyły w zgodzie z naturą, a ta, ofiarowała im największy z możliwych dar – dar nieśmiertelność.


c.d.n.









wtorek, 8 października 2024

Żywoty rzezimieszków cz.9

Pralas był ciemny, ciernisty i  pełen rozmaitych niebezpieczeństw. Im głębiej się weń zagłębiali, tym bardziej wydawał się im nieprzychylny. Prastary twór był żywy: oddychał ciężko, zaczepiał i chwytał odzienie, nie pozwalał przejść. Mimo to para przyjaciół podążała dalej w ciemny bór. A potem dalej w zagłębienie terenu, i rzeczywiście, przy leśnym strumyku usadowiła się cudnej maści wiwerna. Turkusowy łeb jak łania wdzięcznie do wodopoju spuściła i cicho wodę chłeptała. Łuska na grzbiecie i skrzydła mieniły się perliście przy każdym ruchu, lecz ona raz po raz dziwne ruchy czyniła i z ostrych jak brzytwa zębów podobne kowalskim miechom dźwięki dobywała.

- Nie może być, czkawkę ma gadzina – zauważył Gniewko.

- Cichajże, bo zaraz jak w te stronę chuchnie, to ino węgiełki z nas ostaną – uciszał jeden drugiego.

   A jaszczur pił i pił i nic, a nic, mu to nie pomagało. Suszyło go  najwyraźniej  okrutnie.

-Pewnikiem jakiego barana siarką przyprawionego zjadła jak to w zwyczaju mają potwory – rozważał Gniewko. - Wieśniacy o tym, że za pikantnym poczwary przepadają wiedzieli i chętnie im pod pieczary, gdzie zwykły pomieszkiwać znosili, aby udobruchać czarcie nasienie.

W końcu bestyja przybyszów zwęszyła lub przyuważyła i przemówiła nieznoszącym sprzeciwu głosem:

- No już podglądacze! Wyłazić z krzaków, ino prędko, pókim dobra! Co was do mnie przyniosło?

- My, to znaczy ja – Bździsława, i mój przyjaciel Gniewko, o wsparcie przyszliśmy cię bestio prosić. Napotkane drzewo, co wszystko wie, podpowiedziało, że medalion nam przy rozmowie pomoże. 

W tym momencie niewiasta wysupłała zza pazuchy grawerowane cacko z podobizną smoka i do góry podniosła. Wiwerna oczy wybałuszyła, przyklękła i się pokłoniła.  Po czym podeszła bliżej i o szczegóły pytać poczęła:

- W czym rzecz? A więc o przemianę wam idzie, tak? – Nic prostszego, starczy  zaklęcie wypowiedzieć. Aż dziw, żeście wprzódy nie próbowali, aż dziw...

- Jakie zaklęcie? – zafrasował się się Bździsław.

- Ano jakie tam sobie chcecie, dajmy na to - „Chce być znów sobą.” Albo „Hokus marokus bogowie strzeżcie mnie od wszelkich pokus”. - A nie, to ostatnie to do kolegi twego bardziej pasuje…

- No właśnie, a co z Gniewkiem?

- No jak co? On przecie sam decyzję podjąć musi. Jak się będzie z wąpierzami zadawał, to albo go zjedzą, albo się w krwiopijce przemieni…

Złodziejaszek posmutniał na licu, lecz konwersacji nie kończył, bo jeszcze jedna mu sprawa na sercu ciążyła.  

- Spodobała mnie się córka wojewody – Jarosławna – zaczął.

- I co? Nie wiesz jak? - gad hipnotyzujące oczy jakby w uśmiechu zmróżył.

- Nie bój, nie bój, skarb ci zdobyć pomogę skoroś gołodupiec. I jak trzeba będzie, to się wyniosę, nie trzeba zabijać. A jak wrócisz jako wielki pan do Sobótki, to wszelkie przewinienia będą ci wybaczone, ale ja widzę, że tu o co innego jeszcze idzie… Bo widzisz, z poczwarą tak jak z babą, trzeba mieć gadane, aby do szczęśliwego finału doszło. Właśnie!  Jaśnie wojewoda z Sobótki znowuż mi się przypomniał... Tak wysoko w hierarchii zaszedł, a dubiel. U ludzi to widać norma. Co rusz mi jakieś pacholęta zakutane w zbroje posyła, a każden jeden w olej w głowie, kurtuazyjnie mówiąc, niezasobny. I ta jedna, czy wtóra, fujara miecza dobywa i młócić nim zaczyna niczym tysiącpudowym kijem. Ja cierpliwa jestem wielce, rzekła wiwerna, ale nawet najpoczciwsza we wsi Krasula jak jej gzy zbytnio dopieką, to ogonem machnie i pozabija upierdliwce.

Ale… Po to złoto to wy się do mojej kryjówki w góry udać musicie. Zabiorę ja was tam, ale jutro, dziś mocno się pochorowałam. Niech no ja dorwę tego Dratewkę, to mu nogi z… – i nie dokończyła, gdyż znów ją czkawka gnębić zaczęła paskudnie.


c.d.n.







poniedziałek, 30 września 2024

Żywoty rzezimieszków cz.8

  Księżyc schował się za ciemne jak inkaust chmury i mrok już na dobre rozsiadł się wśród gałązek igliwa. Przyjaciele z duchem na ramieniu przedzierali się przez haszcze nasłuchując pogoni. Szczęściem nikt w baszcie nie zauważył,  że przez okno zbiegli. Świtało już prawie, gdy przypadkiem trafili na siedlisko leśnych ludzi; pośrodku polany tliło się ognisko chroniące przed drapieżnikami,  niedaleko suszyła się rozciągnięta na drewnianym rusztowaniu jelenia skóra, a z wnętrza szałasu dochodziło donośne chrapanie.

- Patrzaj jakie to zmyślne ludziska. Praktyki w lesie dobywają i noc z dniem pomieszać umieją i wszelkie zaklęcia i medykamenty z kory i liści, jeśliś niezdrów, uczynią, a i ziółka, co dziewkę omamią i zawłaszczą - deliberował Bździsław.

-Taa… W lesie siedzą, zielsko palą, byle co jedzą, a jak wieszczą przyszłość? Z lotu ptaków, czy z żołędzi i kasztanów? - odparł ze znaną sobie złośliwością Gniewko. 

-Bodaj byś sczezł! Toć pomocy szukamy! Pościg niebawem drepcić nam będzie po piętach – marudził przemieniony w niewiastę Bździsław.

Ledwo skończył, z szałasu wylazł odziany w lniane szaty leśny człek. Zrazu zląkł się nieznajomych, ale nowoprzybyli niespiesznie do niego podeszli  i się  grzecznie przywiatali.

-W kłopotach jesteśmy panie – rzekła śmiało kobieta.

-Uciekinierzy? Ja wam pomóc nijak nie potrafię. Niedługo żołdaki tu będą, wszystko zniszczą i podpalą a jeśli was zastaną krzywdę zrobią. Ale do drzewa, które wszystko wie, poprowadzę. Sami się go radzimy, a jak co powie, to już powie…

I tak jak im rzekł, tak i uczynił. Drzewo poznania wyglądało jak zwykły jesion, wprawdzie przygarbiony, najwyraźniej przez wichury okrutnie poniszczony, ale niczym szczególnym się od innych nie wyróżniał. No… do momentu, w którym nie zaczął przemawiać:

-Proszę, proszę, kogo my tu mamy? – przywitało ich drzewo. Guślarz z wielkiej puszczy miast jakiego szlachetnego paladyna, złodziejaszków  mi z ranną rosą sprowadził.

-To może ja sobie jednak pójdę? Macie wiela do omówienia - zaproponował  kapłan i odszedł w te pędy.

A drzewo odezwało się ponownie:

-Co tobie? – wpierw zwróciło się do Gniewka.

-Nic przecie! – zdenerwował się mężczyzna.

-Pomorek w twych ślepiach widzę. Weź no czym prędzej czosnku wianek zjedz, a zagryź czym porządnie! Inaczej dzień, może dwa i zaczniesz wampirzyć!

-Wszystko to bujda! – wypalił mężczyzna.

-Ja z tobą dyskutować nie muszę, jeśli sam siebie oszukiwać zamierzasz. Niech podejdzie niewiasta. Bździsław zbliżył się do drewnianej omszałej twarzy.

-Co tam kobito na podołku ściskasz? Medalion z grobu zrabowaliście? On wielką moc ma – smokami włada. Bacz by nie wpadł w łapska człowieka o złej reputacji, w przeciwnym razie źle skończy się ta bajka.

-A co z zamianą…? – dopytywał się Bździsław.

-U poczwary wszystkiego się dowiesz. Razem dojdziecie jak zdobyć piękną Jarosławę. No już! Komu w drogę temu czas! I jesion umilkł zagłębiając się w swych szumiących medytacjach.

Odeszli chwilę , gdy zakłopotany Gniewko zwrócił się do Bździsława: -Ty chyba nie wierzysz w te słowa? Skoro ono takie mądre, to drzewo ma się rozumieć, to czego pozwała żerować w koronie jemiołom? Nie skończył swej myśli, gdy usłyszeli krzyk:

- Ratunku! - darł sie jakiś gołowąs uciekając czymprędzej przez polanę w las. W garści portki przytrzymywał, najwyraźniej w jakiej intymnej chwili był zaskoczon.

- Ratunku poczwara przy jaworach w wąwozie siadła! 

c.d.n.



wtorek, 24 września 2024

Żywoty rzezimieszków cz.7

  Nazajutrz niespodziewanie do celi Gniewka i Bździsławy przybyła córka wojewody – Jarosławna. Jak się później okazało ojciec wojewodzianki - Onufry dla bogów ją przeznaczył, albowiem żaden śmiałek nie miał odwagi zgładzić straszliwego bazyliszka i jako, że sama Jarosławna nijakiego zainteresowania zamążpójściem nie wykazywała. Do tego spokojna była, działalność charytatywną sobie upodobała i codziennie o poranku skazańcom strawę wydzielała. Niełatwa to była służba, więźniowie obycia dworskiego z racji pochodzenia i występków żadnego nie posiadali i kleli siarczyście na widok strawy. Także  straszno jej było do bandziorów chodzić, ale uparta była jako młody oślak. Co do reszty, to szczęśliwie, ta jej dobroć winowajców onieśmielała

  Bździsław zobaczywszy tak skromne i urodziwe dziewczę do reszty oniemiał; w pas jej się kłaniał, żarliwie za jadło dziękował, a Gniewko na to wszystko spode łba spoglądał i nic nie gadał, tylko głową kręcił na te babskie fanaberie. A Jarosławna oczy błękitne spuszczała i jak cielę rzęsami swemi gęstęmi płochliwie trzepotała rumieniąc się przy tym jak dzierlatka. Bździsław wewnątrz był przecie niezmieniony, a dziewka wyjątkowo mu podpasowała, wypytywać więc zaczął o szczegóły działalności i o ewentualne zamążpójście w razie ubicia gadziny. Aż  się Gniewko ucieszył, że strażnik na spytki do nich zawitał, bo dość już miał całej tej słodyczy, a i wojewodziance dłużej w podejrzanym towarzystwie pozostawać nie wypadało.

Najbardziej z tego wszystkiego radzi byli oboje, że klawisz skarbu u nich nie odnalazł, który Bździsława na łańcuszku złotym głęboko w gorsecie ukryła. Za to strażnik więzienny mocno się frasował, że chłop i baba w jednej celi siedzą, ale że przepełnienie  było w baszcie niemożebne, to pozwolił na owy precedens.

Za to Gniewko owego wieczora niecierpliwie czekał umówionej wąpierzycy. A gdy już zostali sami, przyjaciela do ucieczki gotował. Objaśnił mu, jak to się z nią chytrze ułożył i że się uda im na pewno. Ale ku jego zdziwieniu Bździsław wcale, a wcale, się do wspomnianej banicji nie rwał, tylko czekać na kolejne odwiedziny Jarosławny zamierzał. Wreszcie Gniewko przekonał go, że w takiej postaci, nie sposób cholewki  do zwykłej wiejskiej dziewki smalić, a co mówić dopiero do samej wojewodzianki.

-Wpierw przemiana odmieńca, później smoka  sposobem ubić, a dopiero na samiuśkim końcu białogłowę i majątek zdobyć. Wojewodzianka posażna… - przemawiał mu do rozsądku Gniewko.

-Dobra, dobra… Tylko czy na słowie tej twojej wąpierzycy nie na próżno polegasz? – pytał Bździsław.

-To się okaże, a juści, do wieczora niedaleko – odparł.

I ku ich wspólnemu zaskoczeniu, gdy tylko pierwsze gwiazdy na niebie zaświeciły przez więzienne kraty krwiopijczyni wleciała ciągnąc sznur za sobą, do którego na drugim końcu narzędzia przywiązane dźwięczały.

-To ci dopiero zalotnica! - cieszył się Bździsław i wziął się ochoczo do roboty. A kiedy piłował żeliwne kraty i żeby słychać dźwięków pilnika nie było, począł deklamować epopeję narodową, którą przy uprzedniej odsiadce wbił sobie do głowy. I kiedy mu się to wszystko udało, sznur porządnie do pozostałych prętów przywiązał. A wszystko tak, by straż niczego nie przyuważyła.

W tym czasie Gniewko kruczoczarną pannę przygodami rabusiów zabawiał, a lubieżnica słuchała i co rusz wzrokiem po szyi jak piórkiem go miziała, aż w końcu nie obeszło się i od daniny. Kiedy się w końcu opiła, otarła splamione czerwienią usta i rzekła: -My to się jeszcze pewnikiem nie raz, nie dwa, spotkamy. Po czym uśmiechnęła się, zmieniła w czorne jak smoła stworzenie i znikła tak szybko, jak się pojawiła.

   Tymczasem uciekinierzy zeszli ostrożnie z sobótkowej wieży i w dalszą drogę się udali szukać dla Bździsława ratunku. Fosę gładko przepłyneli i w leśnych ostępach się zaszyli. Noc w kniei wyjątkowo ciemna była, a oni największymi zaroślami poszli, bo niebezpieczno im było prosto gościńcem zdążać.

c.d.n.










czwartek, 19 września 2024

Żywoty rzezimieszków cz.6


  Czarownik kilka razy klasnął, a odgłos wydobywający się spod dłoni zaskoczył całe zgromadzenie, wszyscy więc przysłuchiwali się z zainteresowaniem co też chce powiedzieć: -Imponujące, zaiste, imponujące wejście, gratuluję… Zaczął, po czym wypalił: -Ty zakuty łbie! Z wiatrakami ci kruszyć kopie, a nie ze mną mierzyć! Spójrz tylko na nich. Toż to rzezimieszki i grasanci. I ty w ich obronie? Nie wstyd ci!? 

-Nie pozwolę słowem plugawym niewiasty znieważać! – zacietrzewił się wojak.

-Jestem kobietą – zapiszczał Bździsław i zaraz umilkł widząc wymowne spojrzenie Gniewka, bo rabusie, wbrew pozorom, mają honoru niby całe sioło i niczyjej łaski nie potrzebują się upraszać.

-Nie pozwolę obrażać niewiasty – powtórzył rycerz, bo to był prawdziwy rycerz, nie jakiś przebieraniec jako ich pełno w bractwach rycerskich.

-To uzurpator! – krzyknęla jedna z okradzionych czarownic. -Dokonał przemiany przy pomocy magicznego eliksiru, który znalazł w mojej sakwie. Suknię też moją jest własnością! – dodała. 

Na te słowa sobótkowy władyka, który z racji sprawowanego urzędu dzierżył honorowy patronat nad sabatem, wyszedł z tłumu i zarządził:

-Do wieży z nimi, tam, gdzie ich miejsce, poczekają sobie na procesualne postępowanie, jak takowego dożyją – dodał złośliwie.

Obecne na wiecu służby porządkowe, złożone z umięśnionych dryblasów w brunatnych opończach, zareagowały błyskawicznie - wzieli podejrzanych za fraki i powleki do grodzkiego kryminału.

Miasteczko położone było na wapiennym wzniesieniu, otaczał je wysoki mur i głęboka na trzy łokcie fosa. Można się tam było dostać przez cztery mosty zwodzone pilnowane przez uzbrojonych strażników. W centrum stał zamek Onufrego Wielkiego – pana na Sobótce. Onufremu przydomek z przekory nadano; był to, delikatnie rzecz ujmujac, człowiek niskiej postury, ale nosił je dumnie, przypuszczajac zuchwale, że z powodu jego zasług. A był to sprawiedliwy władyka, ludzi szanował, w wojenki się nie wdawał, rozbudować chciał miasteczko i gościniec do stolicy usypać. Największym zmartwieniem Onufrego był jednak pustosząca zagajniki i wioski wiwerna. Już cały osiwiał, bo kłopotał się niezmiernie i myślał nawet, żeby śmiałkowi, który zgładzi poczwarę jedyną córkę przyobiecać – Jarosławnę, lecz nikt wężowatej potworze, która dręczyła okolicę nie chciał stawić czoła. 

   -O bogowie! Tera to my wpadli jak przysłowiowe śliwki – myślał Gniewko. W celi było  zimno, brudno i ponuro. Nikomu nie przyszło do głowy, by zabespieczyć przed chłodem okratowane okna, pod którymi stały prowizoryczne prycze. Przeciąg więc był nieustający i słychać było krakanie wron. -Dobra nasza, przynajmniej wyszliśmy cało z opresji. Różnie mogło być - rozmawiali przyjaciele. Z nadmiaru wrażeń legli pokotem i usneli. Mężczyzna spał niespokojnie, śniły mu się dziwy; widziadła jakieś, co go do siebie mamiły i w otchłań piekielną strącały, aż z tego strachu ocknął się nagle cały potem zlany. I cóż zobaczył?

Na jego piersiach rozsiadła się okrakiem wąpierzyca i juchę bezczelnie z jego szyi ssała. A chłeptała przy tym, a mlaskała, jakoby jakie ptasie mleko spijała, a nie ludzką krew.

-A kysz maro nieczysta! – zawołał. Idź skądeś przyszła i nie wracaj więcej!

I mocować się z upiorzycą począł, lecz ta silna była niczym pięciu chłopa, a ładna, tfu! – czary jakie zapewne z edycją wizerunku i filtrami włącznie. Gniewkowa krew straszno jej posmakowała, bo rzadko tak bogaty bukiet mogła u bydlątek trafić – z nutą bigosu i gorzałką zakrapiany. I wtedy do głowy rabusia zawitał chytry plan…

 -Wpadnij no jutro na kwartę – zaczął potulnie - a przynieś pilnik, przecinak, a i o sznurze długaśnym nie zapomnij!

Wampirella uśmiechnęła się zalotnie: -Owszem, czemu by nie? A więc jesteśmy umówieni! Poprzytulamy się trochę. Nagle błysnęło, siarką zapachniało i przez okno w baszcie wyleciał czarny nietopyrek.   

c.d.n.



czwartek, 12 września 2024

Żywoty rzezimieszków cz.5

   Lokalny myśliciel, który dosiadł się do rzezimieszków, podparł się rękoma o stół i zasnął beztrosko. Bździsława wyjadała właśnie ostatki kapusty, spojrzała na niego i pokręciła glową: -Gdzie mu do naszej kompanii? Niby człek rozumny, a głąbowaty jakiś taki. Bo czy godzi się za dzieło brać, kiedy zacięcia do napitku jednak ni ma?

-No to siup! – odpowiedział na te słowa Gniewko. Szast prast i było po okowicie. -Co to jest? – rozprawiał. -Choć każden jeden wie, że wszystko ma swój kres, każden jeden zdziwiony, że trunek się kończy? – Gadasz jako ten, no… Mędrzec jaki! – zaśmiała się Bździsława. -Ale mnie za potrzebą iść …

- A juści, natury nie oszukasz  – odparł złodziejaszek.

Zapłacili więc i wyszli oboje z oberży. Wsparci jeden o drugiego szli w ustronne miejsce, nucąc sprośne piosenki:

„Pokochała dziewka grajka,

  w łęgach na darninie.

  Tera sama chowa srajdka,

  Poszłaby za świnię…”

   Odeszli kawałek i zaszyli się w krzaki. Kobieta podkasała suknię, kucnęła i zaczęła psioczyć, że pewnikiem od zimna wilka złapie. Gniewko odważnie, szerokim łukiem oddawał płyny. Ale co to? Przez gałązki widać było osobliwe zgromadzenie: kobiet, mężczyzn, elfów, strzyg i innych straszydeł. Wszyscy stali w koło ukwieconego ołtarza, na którym paliły się  świece. Powietrze pełne było osobliwych aromatów: magicznych ziół i kadzideł pomieszanych z zapachem pszczelego wosku oraz darów złożonych z napitków i udźca pieczonego barana. Najwyraźniej było już po czarach i błogosławieństwie, ale kociołek dalej wesoło bulgotał na palenisku. Co chwilę ktoś dosypywał coś do niego: a to goździków, a to cynamonu i gałki muszkatołowej. Pewnikiem grzańca z jabcoka warzyli i pospołu spożywali. Czarownice zaczęły pląsać już wokół ognia, a czyniły to tak cudnie, że błogość wystąpiła na rozognione twarze gapiów. Przyjaciele urzeczeni widokiem podeszli bliżej i oddali się we władanie czarownej chwili.

Naraz, jak na złość, zoczyły ich obrabowane wcześniej wiedźmy. – To oni! – krzyknęła ruda – Złodzieje! Pojmać ich i pod sąd!- wrzeszczała czarnula.

Zanim się obejrzeli, już leżeli na ołtarzu spętani jak owieczki na rzeź. Wielki mistrz wyjął już sztylet; już miał ostrzem dotknąć szyi i żyły pootwierać, kiedy z zarośli na ratunek im wyjechał błędny rycerz cały w drogocennej zbroi. Skąd się tu wziął taki łebski wojak? - pomyślał nie jeden ze zgromadzonych. - Jezykami  włada, choć widać, że błędny  i pewnikiem w świętych wyprawach całą młodość w siodle spędził. Tłum rozstąpił się, gdy w srebrnej swej zbroi lśniącą łuną przecinał błonie. -Stój nikczemniku! Nie czyń im krzywdy!- ryknął, a głos jego potężny odbił się od zamczyska i wrócił echem. Zdjął rękawicę i pacnął prosto w łeb okrutnego maga.

Zaskoczony czarownik w zwiewnych szatach i z umazaną dla niepoznaki gębą chciał się już wycofać do swej samotni, kiedy rycerz ryknął po raz wtóry:

-Wpierw ze mną się zmierz. Stań w szranki z rycerzem, jeśliś chłop nie baba!

c.d.n.


środa, 4 września 2024

Żywoty rzezimieszków cz.4

   Święto Cieni inaczej zwane Dziadami, miało wielowiekową tradycję. W tę jedną, wyjątkową noc żywi kontaktowali się z zaświatami rozpalając na grobach żywe ognie; druidzi hucznie celebrowali Nowy Rok, a magiczne konwenty organizowały sabaty. Cieszyły się one ogromnym zainteresowaniem, jako że wiedźmy po odczynionych dywinacjach, zwykły tańczyć ubrane jedynie w blask księżyca.

Obok części oficjalnej kwitła szara strefa; w kasynach zastawiano fortuny, w burdelach huczało jak w ulu, a kowal odpowiadając na zapotrzebowanie rynku przebranżowił swoją kuźnię na gabinet ginekologiczny i przyjmował tam zbrzuchacone młódki.

Miejscowy władyka przymykał oczy na półlegalne interesa, a i sam uczestniczył w niektórych. Wykoncypował sobie bowiem, że skarbiec miejski wypełni się po brzegi talarami, jeśli pozwoli się mieszkańcom na odrobinę swawoli.

Na tę okoliczność zamek i miasteczko ozdobiono purpurowymi złocieniami i rudawymi aksamitkami; pięknie to wszystko wyglądało, kiedy uliczki w grodzisku rozświetlono pochodniami. Gospodynie od wielu dni przygotowywały tradycyjne wiktuały: udziec barani z rożna, zupę grzybową, szarlotkę i placki z dyni; do tego znakomicie pasowało młode wino prosto z lochu.




Do uszu przechodniów dobiegał gwar i dźwięki muzyki – na błoniach rozpoczeły się właśnie uroczyste obchody. Rabusie zatrzymali się na chwilę przy jarmarcznej studni. Bździsława oparła się o cembrowinę i odganiała głodne kopruchy; zeźlona była przy tym okrutnie i nostalgia tak ją chyciła, że zapragnęła się opić i nie myśleć o smutku. Zapominając przy tym, że cały ambaras wynikł z tej to właśnie przyczyny. Towarzysz niedoli wcale a wcale nie oponował. Zaczepiony kmieć wskazał im najbliższą drogę do oberży i para bezzwłocznie się tam udała. Weszli, usiedli za drewnianą ławą i zamówili sagan bigosu i baniak prymuchy. Karczmiarz przyjął zamówienie i spytał Gniewka, czy nie życzy sobie czegoś specjalnie dla żony. -To nie jest moja żona – odpowiedział naprędce. Od tego momentu ukontentowany oberżysta jął jeszcze bardziej wlepiać ślepia w kobietę. Postawił przed nią wyszczerbiony kufel i nalał z dzbanka żenionego piwa. -To dla pani – rzekł uprzejmie – na koszt firmy. Uśmiechnąl się do niewiasty i odszedł do gości.

-Czy mi się zdaje – czy ten typ się do ciebie zaleca moja duszko? – Gniewko zażartował sobie udając zazdrosnego męża. Na te słowa Bździsław (w damskim wydaniu) załamał się jeszcze bardziej i zaczął ciągnąć gorzałkę jak smok jakowyś u wodopoju, który połknąwszy uprzednio faszerowaną siarką owcę, nie mógł ugasić pragnienia. To jedni, to drudzy spoglądali co chwilę na rozchełstaną na stanie suknię białogłowy. I zapewne z tej to właśnie przyczyny dosiadł się do nich wiejski filozof, a że był po spożyciu, to i odwagi miał niby lew; rozprawiał zatem wiela o traktatach i teoryjach, i… pił. Pił i bełkotał, a później już tylko bełkotał i bełkotał.


c.d.n.


środa, 28 sierpnia 2024

Żywoty rzezimieszków cz.3

 Chociaż Bździsław przywykł do mroku, to w oczach pociemniało mu jeszcze bardziej, podłoga zaczeła wirować, sufit zatańczył obertasa i zbójcerz padł z przerażenia. A kiedy się podniósł  nagle zrobiło mu się zimno, zaraz potem gorąco. Spojrzał na klatę, która paliła go niemiłosiernie. -O bogowie! Cycki puchną! – stwierdził z przerażeniem. Chwilę potem poczuł ból w okolicy krocza – kuśka potwornie się skurczyła i zmieniła w kuciapkę. Znikł zarost na twarzy. Czary – myślał gorączkowo. Jakaś piekielna mikstura i klątwa. Pobiegł do zwierciadla; przed lustrem stała pryszczata, nieco tęgawa baba w męskim odzieniu i wyłupionymi ze zdziwienia oczyma. -Sen mara!  Uszczypnął się, ale nict to nie dało. Serce waliło jak oszalałe. -Gniewko wstawaj! Gniewko, no obudź się że! Rusz się! – szturchał kolegę.

-Co u licha? Śpiąca postać próbowała przewrócić się na drugi bok. - A śpij wreszcie! Zaszkodziło ci co? Wychodek za stajnią przecie – marudził przez sen. Lecz Bździsław nie ustępował: – No wstawaj problem jest! Gniewko niechętnie otworzył oczy i natychmiast oprzytomniał. -Fiu, fiu, panienka ma warunki! Mlasnął zawieszając wzrok na piersiach. – Jakże to tak? Kiedy? Jak? – pytał. -Prawdziwe aby? Wyciągnął naprzeciw ręce.  -Jak wymiona źrebnej klaczy – dodał z przekąsem próbując dotknąć. - Łapy przy sobie! - zagroził. -To wcale nie jest zabawne! Musi być jakaś odtrutka, jakieś antidotum. Może jaki czarownik z grodziska pomoże? Albo jaka guślarka? – rozpaczał.

   Kiedy tak rozmawiali za oknem zrobiło się szarawo, a przez ściany przenikały pierwsze, leniwe jeszcze odgłosy budzącego się miasta. -Gniewko począł otwierać okiennice. Weź no się wyszykuj maleńka – zadrwił. Kątem oka zauważył, jak na jedną ze sztachet wskoczył kogut i piał sobie radośnie. Kiedy do płotu podeszła zakutana w czepiec i ubrana w fartuch kumoszka. Kurak wyczuł zagrożenie, prędko skończył swe poranne pieśni i umknął w popłochu. W pobliżu czekał wyslużony pieniek i oparta o niego siekiera. Sobota – przemyśliwał Gniewko – tym razem w niedzielę rosołu nie ugotuje.

   Wrócił Bździsław, a właściwie wróciła, gdyż stanął przed nim łaskawy dla oka egzemplarz kobiety ubranej w znalezioną w torbie czarodziejki purpurową suknię z atłasu o szerokich rękawach, na szyi łyskał zdobyty w mogilniku medalion z wygrawerowanym smokiem. -Od teraz jesteś Bździsława – ogłosił Gniewko – idziemy szukać jakiej mądrej głowy, by zaradzić niedoli.

Wybrukowane uliczki przemierzały przeróżnej maści istoty. Krasnoludy z brodami sięgającymi pasa śliniły się na widok biuściastej kobiety. Gnomy i trole z zainteresowaniem spoglądały na tajemniczy wisior. Para przez chwilę przyglądała się zmierzającym na targ bystrookim elfom i leśnym nimfom. Bezszelestnie przemykali między ludźmi wyróżniając się postawą i urodą. Nad rynkiem unosiła się mieszanka zapachów: charakterystycznej woni ziół, przypraw korzennych, ludzkiego potu, kurzu i końskiego łajna. Kupcy głośno zachwalali swe towary; targowali się, ważyli, mierzyli i liczyli pieniądze. Wśród straganów pełnych płodów rolnych i ryb, stał śniady jegomość otoczony zamorskimi drogocennymi tkaninami. Dalej pośród stoisk z ziołami i wiklinowych koszami przechadzała się Baba Jędza. Najwyraźniej szukała składników na jakie maści do latania, albo eliksiry wygładzającego zmarszczki, tudzież inne kobiece specyfiki służące urodzie lub rozrywce. Zaczepił ją zmieniony w niewiastę Bździsław i opowiedział swą historię, lecz stara nie znała remedium na jego kłopoty. -To wyższa magija – powiedziała z przerażeniem – tylko najwyżsi rangą czarodzieje poznali sztukę zmiany płci. Ale trzeba być dobrej myśli, do Sobótki ściągają najznamienitsze umysły z wielu światów. Na Błoniach ma się odbyć największe od stuleci święto Samhain.

c.d.n.





piątek, 16 sierpnia 2024

Żywoty rzezimieszków cz.2

 

-Panie pozwolą, że się przedstawię. Bździslaw wstał i próbując zachować dworską etykietę skłonił się w pół. – Bździsław z Kartofliska – do usług. A to, to jest mój serdeczny towarzysz: Gniewko ze…

-Ze Ścierniska? – spytała kobieta o włosach koloru miedzi, mrugając przy tym porozumiewawczo do koleżanki.

-Tak! Skąd to waćpanna wie? – Spytał zaskoczony mężczyzna.

-Skrzywienie zawodowe – uśmiechnęła się płomiennowłosa. Jestem Eleonora, a to jest moja koleżanka po fachu – Rozamunda.

- Pewnie do szkół panie jadą, po magiczne nauki? – wysapał Gniewko.

- Właściwie… Właściwie to na rozpoczęcie roku akademickiego jedziemy. Zbiegło się szczęśliwie ze świętem Samhain – wyjaśniła czarnooka Rozamunda.

-Wyplilibyśmy może za to miłe spotkanie. Zaraz zawołam kogoś z obsługi. Bździsław począł wysupływać z sakwy ostatnie drobniaki. Czasy dla naszych rzezimieszków nie były łatwe – korupcja i problemy gospodarcze w Dziadolandii sięgnęły drugiego dna. Gwidon I – władca tej niezwykłej krainy, miast pilnować sukcesji i interesów gospodarczych, oddawał się namiętnie swemu ulubionemu zajęciu, czyli uciechom cielesnym; żadnej dziewce nie przepuścił, a swoich wrogów (o ile zaliczali się do płci brzydkiej) z lubością nadziewał na pal.

Napotkani w karczmie podróżni wyraźnie nie śmierdziali groszem. Czarna wymownie spojrzała na rudą i ujrzała, że na jej piegowatej buźce pojawił się złośliwy uśmieszek. – Idę przypudrować nosek – rzekła, po czym wstała i skierowała się w stronę wyjścia. Tuż za karczmą stał drewniany wychodek z wycietym sercem na drzwiach. Weszła do środka i przystąpiła do toalety.

Kiedy wróciła, zapanowała niezręczna cisza. Nie tylko towarzystwo, również posiłek nie trafił w gusta czarodziejek. Chcąc niechcąc popijali z drewnianych kufli piwo i przyglądali się trubadurom, którzy przygrywali do kotleta. -”Biały miś, biały miś dla dziewczyny, aaaaa…”.

Po sowitym posiłku Bździsław nie szczędził sprośnych dowcipów, a Gniewko mu wtórował. Czarownice chichotały, a oni nie wiedzieli, czy to z ich  żartów się śmieją, czy  to z nich się naśmiewały. Ale jakby tego było mało, krasnolud, który wciąż tkwił pod stołem, puścił wielobarwnego pawia.

To było za wiele, nawet jak na praktykujące czarownice. Krasnoludzi paw skutecznie ostudził erotyczne zamiary słynącej z wielu romansów Eleonory. Kontynuowanie znajomości nie miało więc większego sensu.

- Panowie wybaczą, komu w drogę temu czas. Pora uregulować rachunek rzekła jedna z wiedźm, poczym wstały i odeszły w stronę, gdzie stał podpierając ścianę opasły szynkarz.

- Wiedźmy! – skwitował Gniewko. Wyjął sakiewkę, którą zwędził czarnuli i szarpnął za rękaw Bździsława. – Idziemy! Rzucił parę drobiazgów na stół i niepostrzeżenie opuścili gospodę.  Odnaleźli swoje wierzchowce i udali się w dalszą drogę ku Sobótce. Przydrożne słupy informowały podróżnych o zbliżającym się końcu lata i wielkim festynie. Słońce popłynęło w górę i kiedy zaczęło rozpływać się liliowo na zachodzie, dotarli do celu. Wjechali przez zwodzoną bramę i do ich uszu dobiegły charakterystyczne odgłosy miasta, przekupka nawoływała: -”Wędzone świńskie uuuuszy, ogooon z wołaaaa”. Uliczką przejeżdżała karoca, gdzieś stłukł się gliniany garnek, szczekały psy, gdakały kury, umorusane dzieciaki toczyły fajerki.

Pośrodku rynku przed ratuszem stały dyby, w których tkwił złapany na gorącym uczynku nieszczęśliwy złodziejaszek. Widziane niedawno dzieciaki odkryły nową zabawę - zbierały zaschnięte krowie placki oraz kobyle łajno i rzucały w nieruchomy cel, śmiejąc się przy tym do rozpuku

-Dobra. Przeszukaj no tę sakiewkę może co wartościowego tam jest – zarządził Gniewko. I rzeczywiście, w skórzanym woreczku prócz kilku rzeczy osobistych należących do wiedźmy znajdował się plik banknotów z podobizną Gwidona Pierwszego.

-Uhuhuhuhuhhuhuhu! Tera to my pożyjemy! -Bździsław łypnął okiem na swego kolegę.

 -Tera to nam jakiej izby szukać trza - rzekł pojednawczo Gniewko.

W miasteczku odnaleźli zamtuz pod wdzięczną nazwą: „Ośmiornica”. Konie zaprowadzili do całodobowej, strzeżonej stajni. Oddając cugle w ręce stajennych wynagrodzili ich z procentem. W "Ośmiornicy" pełno było wilków morskich i dziewcząt podejrzanych obyczajów, ale dla rzezimieszków było to wymarzone towarzystwo. Gniewko poszedł rozmówić się z właścicielem, a w tym czasie Bździsław rozglądał się po przybytku rozpusty i pijaństwa. Wytatuowany barman nalewał właśnie zimne piwo do pokaźnych kufli.

 Zanim wróci ten dusigrosz wypiję jedno, może dwa – pomyślał Bździsław i jak pomyślał tak też i uczynił. Zadowolony zasiadł obok cycatej blondynki z wielkimi niebieskimi oczami i karminowymi ustami. Piwo się lało, już przeszli sobie na ty, a gadka zeszła na bardziej intymne tematy, kiedy wrócił Gniewko i przerwał gruchanie białogłowy, wciskając klucz, przemówił krótko, acz treściwie:

-Na górkę i po prawej. Czy ja mam omamy, czy zdawało mi się, że padasz z nóg? - spytał Gniewko tonem, który nie znał sprzeciwu. 

Nie było rady. Przeprosili liczącą na zarobek panią i poszli na pięterko. W ubraniu, w butach rzucili się na swoje wyrka i w mgnieniu oka zasnęli. W nocy Bździsława zbudził kac zabójca. Suszyło go okrutnie. Po omacku odnalazl w przypadkowej torbie jakąś butelczynę. Wprawdzie pachniała ziołami i alkoholem, ale nie była to perfuma. -Nalewka - pomyślał uradowany. Odbezpieczył i wychylił do dna. I wtedy zaczęly dziać się z nim dziwne rzeczy.

C.d.n.