Jakże skrzy niebiański zwierzyniec;
Płonie księżyc w kolumnadach drzew.
Wśród nich leśnej łąki dziedziniec
I stworzenie, które czuje zew.
Te oczy tak łagodne niegdyś,
Szukają światła w gęstej czerni.
Przeklęte dusze… Gdzie błądzą dziś?
- Szczękę wypełnia wieniec cierni.
Nagle wyczuła ludzkie siedliska;
Tam biły serca do pożarcia!
Jakoż ta luna w szpary się wciska,
błyskają zęby w ceremonii zwarcia.
Trysnęła krew jak zdrój krynicy
Zachłannych pocałunków fale;
Jak owoc wybornej winnicy,
Pochłonęła w łapczywym szale.
Wielbiąc zdobycz, nim w mękach skona,
Zanim owa na zawsze zaśnie.
A nad wszystkim czuwa ikona;
Kończy żer, gdy robi się jaśniej.
Słonecznym różowym zaciekiem,
spłyneły bezkresne amaranty.
„Przecież ja wciąż jestem człowiekiem...”
- Echo z wieży grało kuranty.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz