Łączna liczba wyświetleń
środa, 15 kwietnia 2026
A licho wie VIII
sobota, 21 marca 2026
A licho wie V
3 marca 2013
Myliłby się jednak, kto by pomyślał, że tak będzie zawsze. Bo kiedy przyszło do podziału łupów, byle nóż wbijał się w stół, a zbójcy za fraki się brali i każden jeden o swych zasługach jeno pamiętał, a zrabowane dobra niedługo w kupie zostawały, albowiem zbójcerze mieli w planach samodzielne inwestycje.
*
Ale tak naprawdę wszystko zaczęło się od radosnego powrotu z Turkaweczki, kiedy podparli jeden drugiego i tak się wspierając prowadzili w kierunku swej kryjówki przez trzęsawiska wydzierając się przy tym w niebogłosy jak to "Kalina malina w lesie rozkwitała...", wyskoczyło wtenczas na nich z drzewa leśne licho. Paskudna to była szkarada, zdziczała i niebezpieczna, całe życie w dziuplach siedziała, więc trudno było przewidzieć, co uczyni. Z postury podobna kobiecie, bo nagość jej nic nie przysłaniało; piersi miała suche, takież nogi i ręce. Żebra spowite były poszarzałą skórą, na głowie wyleniała, spod włosów łypały rozbiegane ślepia. Spadła na nich niczym zmora i o zlitowanie prosić zaczęła, o dobre słowo i grosza na chleb. Szkoda się tedy Twardostojowi zrobiło i próbując utrafić w oko, rzucił weń brzęczącego miedziaka. Spudłował, czym niestety jeno potworę rozochocił i od tego czasu licho przyczepiło się do zbójów skutecznie. Starczyło, że zaszyło się gdzieś w krzakach i już znacząco popsowało szyki i zamiary rzezimieszków. A to wystraszyło karego konika Pokrzywki, który go aż na Maciejowe Pole poniósł, a to sporządzone przez Kacpra strzały jak nigdy błądziły. Menda natomiast zawiść czuć zaczął o pozycję przywódcy i jako doświadczony złodziejaszek podważał Twardostoja umiejętności. Nadomiar złego listy z podobiznami czerech już zbójców na trakcie powywieszano. Bogowie jeno wiedzieli, co też licho obaczyło w księciu, a czego inni nie mieli. Pewnikiem była to ta chwila słabości, kiedy to pieniądz szkaradzie darował i skutecznie do siebie straszydło przywiązał. Upiorzyca za nic bowiem nie chciała od zbójców odstąpić, aczkolwiek czyniła to skrycie.
*
Co się zaś tyczy dworowania i dworskich fanaberii; Maksymilian i Jagoda nie poprzestawali w zabiegach, ażeby przyszłej synowej dogodzić i zupełnie im nie przeszkadzało, że przyszły mąż się ulotnił. Uznano powszechnie, że młodzieniec musi się wyszumieć i nikt go nie poszukiwał. Halszka razem z teściową zarządziły konkurs na najpiękniejszą suknię. Zjeżdżali zatem na dwór znamienici krawcy, ażeby swoje projekta przedstawić. A kiedy żadno odzienie, przyszłej księżnej się nie spodobało, na dwór wołano zamorskich kupców, którzy materię wszelaką ze sobą mieli: koronki i hafty, adamaszki, jedwab i taftę, perły, tudzież drogie kamienie. Docierali tam również handlarze żądni zemsty, na których to na trakcie napadnięto i którzy domagali się zadośćuczynienia, a przynajmniej wyłapania i nanizania na pal parszywych rzezimieszków.
piątek, 13 marca 2026
A licho wie IV
17 lutego 2013
Nad Sobótką i opłotkami unosił się swojski smrodek kiszonej kapusty, którą wieśniacy na przednówku z beczek wyciągali i warzyli z niej kapuśniak. Twardostój poklepał wierzchowca po szyi i poluzował cugle: Hejta, wiśta, wio koniku! – cmoknął. -Byleby dalej stąd! Im bliżej było bowiem do zaślubin, tym książe częściej z dworu uciekał, bo mu przymiarki i smakowanie dań do cna już zbrzydły, za to chęć do nowej przygody odejść nigdy nie chciała. Wykoncypował sobie bowiem, że nim dojdzie co do czego, to się może i zły los odmienii i po jego myśli jeszcze będzie, a nie pani matki. Włóczył się tedy po zalesionych wąwozach i niedźwiedzich śladów szukał. Na próżno. Niedźwiedź u Dąbrówki na zapiecku sobie spał, a ona ludziom nieufna, z zapasów korzystała i czekała wiosny. Gościńce za to roiły się od chołoty. Nietrudno było trafić na zbójców szykujących się w ukryciu na kupieckie zaprzęgi, a do grodziska na wieść o zbliżającym się weselisku całe karawany szły obładowane tkaninami, wonnościami i kosztownościami.
*
Twardotój dla zabawy twarz szmatą obwiązał, ażeby nikt go nie mógł wśród zbójników rozpoznać i zaczął szabrować. Ciężki, oburęczny miecz bezczynnie na plecach nie wisiał. I kiedy raz mu się zasadzka udała, począł się dziedzic w zbójowaniu wprawiać. Wkrótce jego kompania liczyła czterech zbójów, a każden o innych wiedział niewiele: Kacper szybkim zarobkiem zwabiony od ciesielstwa odstąpił, Pokrzywka od maleńkości zbójcerzem chciał być, toteż długo nie trzeba było go do złodziejstwa namawiać, tymbardziej, że pospołu z Mendą od jesieni sakiewki na trakcie obrywali. Menda był przynętą - zwykle o trakt przejezdnych wypytywał, tudzież gospodę, a Pokrzywka z tego korzystał rabując ukradkiem co się da. Później zagrabione miedziaki na jarzębinówkę i dziewki wydawali. Tyle, że na przednówku dla nich dwóch wcale o zarobek łatwo nie było. Z przydrożnych słupów ichnie wizerunki zaczęły uczciwych podróżnych straszyć i o wyznaczonej nagrodzie anonsować. Trzeba więc było bardziej się zorganizować, a najlepiej to zmienić otoczenie. Tak to owi zbójcy trafili na Zaciężnego, jak im się książę przedstawił, a że mordy im obu obił, za to sakiewki nie puścił, to zmyślili się z nim ułożyć. No a później doszedł do nich ciesielski czeladnik. Pomieszkiwali w czterech na skraju stuletniego lasu, tam, gdzie się skały w swoisty krąg przez wieki ułożyły, a gdzie, jak mawiali chłopi jeszcze pół wieku temu czarownicy i wiedźmy magię w czas pełni uprawiali.
*
Twardostój wiedział, że kupiecki zapał kończył się tam, gdzie targowanie i żaden z nich nie będzie chciał ryzykować swej przedsiębiorczej głowy na rzecz towaru. Łupieżcy zatem wiele się nie wysilając odbierali handlarzom pokaźne sumy. Podarki, jakie tego czasu ladacznicom rozdawali, były wręcz legendarne, a dziewuchy tak się rozpaskudziły, że nie chciały się z byle kim łajdaczyć.
*
Tak było i tym razem, złupiwszy karawanę kupców Twardostój i jego nowi towarzysze biesiadowali w Turkaweczce. Beztroskie to były chwile: miód z okowitką lał się strumieniami, zalewajki i krupnioki naprędce ze stołów znikały i niejedna dziewka oblewała się pąsem, gdy naraz dostała klapsa od rozochoconego zbójcy.
cdn.
poniedziałek, 9 marca 2026
A licho wie III
Dąbrówka nie mogła zasnąć. Wielki jak bochen chleba księżyc świecił natarczywie. Zawisł nisko, jakby właśnie tej nocy na koronach drzew miał być złożony jak na stole. Ciemne wierzchołki przeszło stuletnich drzew przysłaniały pobielone śniegiem pola oraz węzeł traktu do książęcego zamczyska i do Sobótki. Przez okno ozdobione koronkową firanką przenikał lodowaty ziąb. Okryła się wełnianą chustą i podeszła do pieca, ażeby podrzucić parę drew. Misiek rozłożył się pod nogami rozkosznie jak to zwykł robić w gawrze oseskiem jeszcze będąc. Dąbrówka ominęła bestię i przypomniała sobie, jak go przygarnęła. Dziewczęciem jeszcze była i wybrała się do lasu po grzyby. Wtem usłyszała z krzaków niby dziecięce kwilenie. Podbiegła bliżej i znalazła tam niedźwiadka w sidłach zastawionych przez kłusowników. Szkoda jej się zrobiło zwierzaka, był puchaty i taki słodki. Niechybnie jako maskotka na łańcuchu u cyrkowców by skończył, gdyby nie ona. Początkowo matka nie chciała się zgodzić na nowego chowańca, ale Misiek miał do dziewczyny wielką słabość, więc nie sposób było zabronić im tej zażyłości, tymbardziej, że wielkiej szkody w domu nie czynił, a z czasem stał się dla Dąbrówki osobistym ochroniarzem, tak że Nawoja przestała się się o córkę bać. Ogień lizał osmalone polana. Wrzuciła do pieca kolejne. Łapczywie zajął się i nimi. Potok zimowych dni dłużył jej się w nieskończoność i dziewczyna miała wrażenie, że zamarzł w niektórych miejscach jak kra. Układając się do snu pomyślała jeszcze o bezczelnym myśliwym, którego Misiek jesienią słusznie łapą potraktował, i jak go guślarz od nieszczęścia ratował, ale odgoniła to wspomnienie od siebie, bo przecież nie przyjdzie im się więcej spotkać.
***
Na zamek zdążyli powrócić posłowie. Każden z nich przywiózł z podróży wizerunki zamorskich księżniczek, które kandydatkami na żonę dla księcia Twardostoja miały być. Jagoda i Maksymilian posunęli się w latach i wnuki chcieli już bawić, a nie martwić się że ich jedyny potomek w pojedynku o honor jakiej panny zginie. Chcieli mieć pewność, że księstwem będzie prawowicie władać, a nie uganiać się za służebnymi, jakkolwiek byłyby one urodziwe. Wszak wyższym był stanem, a takiemu nie przystoi. Zatroskani rodzice z zaciekawieniem obserwowali reakcje na potrety kandydatek. Jedna odpadła w przedbiegach. Księżna stwierdziła, że w biodrach jest zbyt wąska i nie urodzi, że figura chłopięca, a rysy jakieś takie ptasie. Drugą odrzucił książe i choć wydawała się do tej roli wyjątkowo pasować, to sam zainteresowany określił ją mianem „tłusta”. Trzecia pofatygowała się zjechać na książęcy dwór sama. Prędko swoje wiano przedstawiła, sporządziła kontrakt, a taka była w obrachunkach skrupulatna, że się Twardostój jej gospodarności przeraził. Jagoda radziła odczekać i dać uczuciom szansę, ale czas nic nie zmieniał, za to nękać zaczęły młodego dziedzica rozmaite boleści, także medyka na ten czas wezwano. Ten młodego opukał, osłuchał, wypytał, wszerz i wzdłuż obadał i na koniec ręce w znaczącym geście rozłożył, minę ważną zrobił oznajmiając wszem i wobec, że albo to jaka nieznana mu zaraza, albo dotknęła młodego księcia melancholia. Zima dla Twardostoja była odkąd pamięta udręką. Siedział wtedy na dworze i tęskno mu było za kompanią, ciągnęło ku nowej przygodzie, męczył się wtedy niemożebnie.
cdn.
wtorek, 3 marca 2026
A licho wie II
(8 stycznia 2013)
-Zabierzcie go do uzdrowiciela! – zarządziła dziewka. -Piorunem!
-Misiek, coś ty zrobił? Niedźwiedź zajęczał gardłowo i spuścił łeb.
Druhowie wartko zabrali nieprzytomnego we wskazanym przez nią kieruku.
W ruinach zamczyska przebywał wędrowny guślarz. Zaadaptował przy tym rumowisko na swoje potrzeby. Na łąkach i w lesie zbierał niezbędne rośliny i grzyby, które poddawał obróbce i leczył nimi ludzi, odczyniał też uroki, a w zamian za to chłopi znosili mu produkty rolne. Stworzył się przy tym niepisany cennik:
- wyleczone kurzajki – tuzin jajek,
-dolegliwości żołądkowe – dwie piaskowe baby,
-na ból głowy u żony – oprawiony królik albo worek mąki,
- eliksir na chłopską potencję – pęto kiełbasy.
Wymieniła jednym tchem Dąbrówka. Kiedy dotarli na miejsce, guślarz obejrzał młodego księcia, który zaczynał już dochodzić do siebie i pokręcił głową.
-Niektóre historie mogą napisać jedynie łzy – powiedział wstając i opierając się o swój kostur. Westchnął przy tym głośno, postawił kija krok dalej od siebie i pochylając ciężar sędziwego ciała, znów usiadł na kamieniu. Już myśleli, że zacznie leczyć, bajać, strofować ich, albo napominać i skłaniać do naprawy, ale on zwiesił nagle głos jakby nagle wszedł w jaki trans i jak gdyby każdo wypowiedziane słowo sprawiało mu ból wycedził: - Ale żem wczoraj mikstur namieszał! Chrząknął, mlasnął, splunął na ziemię i począł opowiadać dalej.
-Dawno, dawno temu, na mglistych wrzosowiskach żyła sobie niewinna dziewczyna. Niewinność – jak każdy guślarz wie, to stan początkowy i przejściowy zmierzający do utraty niewinności – wyjaśnił, jednakże ta dziewczyna była naprawdę niczemu winna. Miała jednak to nieszczęście, że była podobna do pięknej i możnej kobiety w królestwie: zgrabna, ciemnooka, długowłosa, ech… – rozmarzył się ukazując rękoma kształty kobiety, skupiając na opowieści uwagę słuchających.
- A tamta była przebiegła jak ta lisica podczas rui - ciągnął dalej.- Nie tylko męża, ale i doświadczonego magika omotała swymi niewieścimi sztuczkami tak, że czarodziejstwo rozczyniał podle jej zachcianek, nie zważając na to, że wszystko co zrodzone z magii przynosi pomieszanie i chaos w życiu codziennym. Ale co ja wam będę rozprawiał o magicznych prawidłach? To zadanie myślicieli. Otóż ta niewinna dziewczyna padła w sidła intrygi urodziwej jędzy. Pod wpływem mikstury, której jej zmyślnie podano, dziewczyna z wrzosowisk ukochała męża wiedźmy tak bardzo, że po upływie dziewięciu miesięcy powiła mu bliźnięta. Jegomość był jednak wyjątkowo gamoniowaty i nie zauważył zamiany. A żeby tego było mało, bliźnięta: chłopiec i dziewczynka, zostali rozdzieleni przez tą piękną, wpływową wiedźmę zaraz po urodzeniu, co jest oczywiście niedopuszczalne w ezoterycznym środowisku. I dlatego też od tamtej pory maga, który do tego dopuścił prześladuje nomen omen zły omen. Zapadła cisza i nikt nie wiedział co myśleć.
Guślarz wyjął z sukmany bukłak z miksturą niewiadomego pochodzenia i zdrowo pociągnął. Następnie przetarł otwór rękawem i chciał młodych częstować.
-Już dobrze, już wystarczy – przerwała mu zakłopotana Dąbrówka odmawiając poczęstunku, po który sięgnął chętnie Witek spod karczmy Wyrwigrosz i podał zaraz napitek Twardostojowi, który w międzyczasie cudownie do życia powrócił. A ten z niego jak gdyby nigdy nic pociągnął i wcale na chorego już nie wyglądał, bo też umyślnie onego zgrywał, by na jaką czułość od dziewki zasłużyć, jako że był, bądź co bądź, przez Miśka poszkodowany.
-No to komu w drogę, temu czas! Nie będziemy znachora kłopotać, kiedy chory szczęśliwie ozdrowiał – dziewczyna popatrzyła znaczącą w kierunku księcia i jego trzech kompanów.
-Jak się spieszysz, to se siądź – uśmiechnął się Twardostój pozorując maniery nieokrzesanego najemnika. Podsunął jej jakiś sękaty zydelek, ale dziewczyna ani śmiała skorzystać.
Udawał martwego, tylko w jakim celu? - pomyślała. A to nikczemnik! Spojrzała mu wymownie w oczy i pomyślała, że z takim niewdzięcznym i zadufanym w sobie człekiem, to ona nie chce mieć nic wspólnego!
Wzruszyła ramionami i zawołała Miśka. Niedźwiedź usłuchał i poczłapał za dziewczcyną do ich leśnej chaty.
-Wie jak bestię obłaskawić – szepnął Witek i mrugnął do pozostałych.
-Twarda sztuka – ocenił guślarz spoglądając w ślad za dziewczyną.
Śmieli się przy tym żartując, ale Twardostój był zbity z tropu. Nie przyzwyczajony był bowiem, że dziewka stawia jakikolwiek opór.
***
Tymczasem na dwór książęcej pary: Jagody i Maksymiliana dotarli pierwsi posłowie z wymalowanymi wizerunkami kandydatek na żonę dla młodego księcia.
środa, 25 lutego 2026
A licho wie I
(Tekst powstał 18 grudnia 2012 i opiewa dalsze dzieje bliźniąt, które w poprzednim moim wpisie przyszły na świat. )
Młody książę, któremu na cześć dziada i pradziada dano na imię Twardostój, poszedł niechybnie w ślady ojca, gdyż z przeróżnych wymyślnych w świecie uciech najbardziej cenił sobie łowy, łamanie niewieścich serc i łajdaczenie się. Wymienione rozrywki stały się znakomitym powodem, aby w ogóle na dworze nie bywać. Za to Jagoda, która była mu jak matka załamywała ręce nad niepohamowaną chucią, bo młodemu ciągle było mało i mało. Jakaś nieznana wszechpotężna siła popychała go w kierunku zdecydowanie dlań nieodpowiednim: do piastunek, praczek, koronkarek, szykownych modystek, lub gorseciarek, pokojówek, urodziwych, acz naiwnych gęsiarek, dojarek i specjalistek od byśków. Aż tolerancja księżnej zaczeła topnieć i synowskie wybryki poczęły jej poważnie doskwierać. Myślała ciągle, jakby tu gagatka usadzić? -Czym? -Ano ożenkiem z zacną, posażną, ale niekoniecznie rozgarniętą arystokratką w rzeczy samej! Tak, ażeby teściowa miała jeszcze co do powiedzenia, gdyby trzeba było reagować. Toteż z inicjatywy księżnej matki wysłano poselstwa do okolicznych dworów, a nawet na zamek królewski, aby nadobną pannę księciu przysposobić i szacher-macher prędko młodzież zaślubić, ażeby biedy jakowej z pospólstwem nie zdążyli wcześniej uczynić.
Zanim jednak wrócą – myślał Twardostój – trzeba mi ostatni raz swawoli zakosztować, a potem… Potem to się zobaczy. Wybrał się tedy młody książe z druhami swemi wiernemi trzema: Janem z Janowic, Bartoszem z Kołomyi i Witkiem spod karczmy „Wyrwigrosz” zapolować w borze na niedźwiedzia.
Rosa drżała wdzięcznie w pierwszych promieniach słońca, kiedy kompania zasadzała się na drapieżnika. Upatrzyli stanowisko nieopodal barci umocowanych w leciwych dębach. Ze sprzętem mieli nieco ambarasu, ale pszczoły zajęte zbieraniem nektaru nie zważały na żadne ludzkie zasadzki. Przechadzały się cierpliwie po kosmatych pręcikach kwiatów pilnie zapylając to, co trzeba. I nagle w oddali usłyszeli wyraźny ryk i jakby tętent dzikiego zwierza. Powietrze ponownie rozdarł przeraźliwy dźwięk, blisko barci zaroiło się nagle od pasiastych owadów, które przyuważyły agresora. Niedźwiedź zwęszył miód i już był blisko. Naraz począł wspinać się do plastrów ukrytych w konarach drzew, kiedy młody książę wyskoczył na niego z włócznią, cisnął, ale chybił. Zwierzę machnęło łapą, zeskoczyło z drzewa i mało co nie rozłupało młodzikowi czaszki. Na ten czas rzucił się mu nawet do gardła, ale niespodziewanie zatrzymał go dziewczęcy głos.
-Misiek! Misiek, w tej chwili przestań! Nie wolno! Misiek!
Rzeczony misiek zamruczał pod nosem i odstąpił od ofiary. Tymczasem Twardostój osunął się na posłanie z leśnych paproci, lecz nim stracił całkiem przytomność, zdążył jeszcze zoczyć zwiewną nad nim postać, która uratowała go od zguby i swoich towarzyszy, którzy właśnie szli mu na ratunek.
cdn.
piątek, 20 lutego 2026
Dalsze losy rzezimieszków - Narodziny bliźniąt
Kiedy z drzew opadły już ostatnie liście, a gałązki wrzosów pokryły się kryształkami szadzi, przyszedł na Nawoję czas rozwiązania. Wyjęła tedy z klatki białopiórego gołębia, otworzyła okno i posłała go do starej Paciorkowej, która to we wsi gusła odczyniała, a która miała przyjść jej z pomocą, kiedy przyjdzie na nią pora.
Gołąb zatoczył koło nad domostwem, wzbił się w chmurne przestworza i zniknął jej z oczu. Dryfował chwilę ciesząc się wolnością, tak jak człowiek, który uwolni się z ciasnego i mrocznego pomieszczenia i teraz swobodnie oddychać może. Chwilę później Nawoję przeszył ból jakiego jeszcze nie znała. Z trudem ułożyła się na posłaniu i oczekiwała nadejścia pomocy. Sekundy zmieniały się w minuty, a minuty w godziny. Nie przewidziała jednak, że gołąb zbłądzić może i zamiast usiąść na gołębniku poczciwej Paciorkowej trafi prosto do wieży Sędziewoja. Ten przyjrzał się ptaszynie i w lot skojarzył co się dzieje.
***
Księżnej Jagodzie słów zbrakło, kiedy od nadwornego czarodzieja o porodzie usłyszała. Czasu było niewiele. Wyprawkę biegiem spakowała i tajemnym przejściem, których w zamku było wiele, a które jej do tajemnych schadzek z Sędziwojem służyły, wymknęli się na wrzosowiska.
Widok był opłakany. Pościel cała w krwi umazana, a brzemienna nieomal przytomność z wysiłku straciła. Widząc w jakim jest stanie mag zdecydował się jej pomóc i mimo iż brzydził się położnictwa jak niczego na świecie i sprawy tak przyziemne wolał wiejskim znachorkom zostawić, w przypadku książęcego potomka, musiał mieć pewność, że wszystko pójdzie jak należy.
***
Gołąb zboża w wieży nie dostał i do Paciorkowej na dach poleciał. Baba na umówiony znak sygnał pieluchy w torbę spakowała i i w te pędy pobiegła na wrzosowiska. Kiedy dotarła na miejsce, księżnej, pierworodnego i czarnoksiężnika nie zastała. Brziemienna w bólach nie wiedziała co się dzieje. Majaczyła coś o dziecku, o chłopcu, którego powiła, ale guślarka uspokajać ją poczęła i do prawdziwego porodu przymuszać.
Chwilę później chatę na wrzosowiskach ponownie wypełnił płacz. Na świat przyszło kolejne maleństwo - dziewczynka.
-Widzisz? – zwróciła się do Nawoi. – Cała jest i zdrowa. Po czym położyła zawiniątko tuż przy matczynej piersi. Nawoja rozchyliła pieluszki ucałowała mechatą główkę i liczyć paluszki zaczęła, a mała syta i swoim pierwszym dniem zmęczona, mruczała coś zasypiając.
***
W tym samym czasie książę Maksymiliam, jak przystało na męża, warował pod drzwiami czuły na każdy głos dobiegający z sypialni żony. Nie posiadał się ze szczęścia, gdy wziął na ręce syna i nie zwrócił nawet uwagi, że jego połowica olśniewa urodą i nic a nic nie jest umęczona porodem. Za to nalegał, żeby nie wstawała i nie forsowała się nadto, że medycy i służki wszystkim się zajmą.
poniedziałek, 9 lutego 2026
Dalsze losy rzezimieszków - Słodko - gorzka tajemnica
Nawoja zdziwiła się trochę, gdy ujrzała księżną w identycznej do swojej sukience. Nie sposób było jej odmówić tak strojnego podarku. Gładka, jasna materia opinała talię i opadała z rozmachem w dół. Na całej powierzchni wiły się liliowo kwitnące pnącza. Dekolt i rękawy wykończone koronkową gipiurą... Była zachwycająca.
- A teraz - rzekła wielka pani - nałożymy maski, bo to nie jest zwykły bal, a maskowy. -Przykryj lico i baw się jak nigdy dotąd! Zaśmiała się.
- Niech żyje bal! Skinęła na pokojówkę, która podała Nawoi puchar napełniony winem i trąciła swoim. - Do dna!
Na wieliej sali tańczyło już wiele par. Wirowali w takt muzyki. Ośmielona Nawoja trafiła w ramiona nieznajomego. Od tej pory wszystko zaczęło się dziać jak we śnie. -To chyba wino - myślała. I drżała przy każdym dotyku i co raz bardziej śmiałej pieszczocie. Nie wiedzieć kiedy trafiła do wielce szykownej komnaty, w której spędziła swoją pierwszą noc z mężczyzną.
Nigdy wcześniej nie czuła się tak. I nigdy wcześniej tak nie wstydziła, gdy rano otworzyły się drzwi i do środka wtargnęła jej dobrodziejka. Nie budząc nawet śpiącego, wyrzuciła z pokoju, a dalej wartownicy pochwycili ją w jednej tylko koszuli i wyrzucili z zamku na bruk.
Szczęściem dopiero co świtało. Rynek solny nie zapełnił się jeszcze kupcami. ani kumoszkami. Strażnicy przy głównej bramie przepuścili ją uśmiechając się pobłażliwie.
¤¤¤
Nawoja nieraz opłakiwała noc spędzoną w zamku. Przed oczyma duszy widziała korowód ludzkich masek i dworski przepych; tysiące barw, dźwięków oraz smaków, które dla jednych mogły być spełnieniem marzeń, dla niej stały się przyczyną wstydu. Zdawało jej się, że gdy płacze nad utraconą niewinnością, razem z nią płacze całe niebo. Lato miało się ku końcowi: chmury z dnia na dzień gęstniały, a gdy tylko słońce chyliło się ku zachodowi w dolinach układał się przenikliwy chłód. Wszystko inne odbywało się tak, jak co roku o tej samej porze. I kiedy chłopi zbierali swe plony z ogrodów i sadów, tak i ona pieczołowicie zapełniała swoją spiżarnię rudą marchwią, cebulą i brukwią. Gdy tylko ustały słotne dni, zbierała maliny i kalinę do glinianych garczków i przykrywała je słodką pierzynką. Pełne kosze grzybów nawlekała na nici jak korale i rozwieszała przy piecu. Odtąd w jej chacie pachniało leśnym runem. A kiedy tylko pająki zaczęły snuć babie lato, udała się do młynarza w okolice Sobótki, by zdobyć na zimę worek mąki. Po drodze poczuła zapach ogniska i swąd zwęglonych smakołyków. Młode pacholęta utrudzone wykopkami grzebały kijami w żarze i wytaczały zeń osmalone kule.
-Wiedźma! – usłyszała za sobą i zaraz posypały się za nią podgniłe od ulewy ziemniaki. Ledwo uszła z tego cało. Od tej pory omijała wyrostków z daleka. Tylko starej Maciejowej zwierzyła się z tajemnicy, którą pod sercem nosiła. Sekret mierził Maciejową prawie dziewięć dni i byłaby się starowinka udusiła, gdyby nie sąsiadka, która do niej przyszła i od męczydła uwolniła. Tak oto od słowa do słowa zwiedziała się o sekrecie cała wieś. Ba! Wieść krążyła po dziedzińcach jak kraj długi i szeroki i wszyscy już o potomku czarownicy z lasu wiedzieli, prócz samego księcia, który bystrością w rzeczy samej nie grzeszył.
¤¤¤
Księżna Jagoda czekała rozwiązania sama udając stan błogosławiony. Jak jej się to udawało nie sposób wytłumaczyć. Tak, czy siak, nauki magiczne pobierała u samego Sędziwoja, który rozsiadł się w książęcej wierzy i kamień filozofów produkował. Ale nie o złoto tutaj szło. Uwagę jej książęcej mości przyciągnęła legenda o nieśmiertelności tego, co ów kamień posiądzie. Niespełna trzydziestoletnia już Jagoda chciała więc wydrzeć naturze tajemnicę wiecznego życia.
czwartek, 29 stycznia 2026
Dalsze losy rzezimieszków - Nawoja
Nie sposób było jej nie pokochać. Gładka, biała jak mleko skóra jaśniała wśród okalających ją pukli swobodnie opadających na ramiona. Poruszała się z gracją nieznaną chłopkom z Sobótki. W szarej, prostej sukience z naręczem kwiatów wylądała bardzo niewinnie i od razu spodobała się księżnej.
- Na co ci te kwiaty? Powiadają, że nieszczęście przynoszą – zagadnęła.
- Jeśli mogą przynieść to na pewno nie mi – odparła śmiało.
- Hardaś, choć nie wiecie chyba z kim rozprawiacie…
- Nieszczęście to mogą przynieść tym, co w nie wierzą. Mnie już żadne niestraszne. I opowiadać księżnej poczęła, jak to w młodym wieku oboje rodziców straciła, o rzeszy zalotników, co żaden krzty rozumu nie miał i jak to jej dom na pogórzu poborcy księcia Maksymiliana zabrać chcieli i jak sama borykać się z trudem dnia codziennego musiała.
Spodobała się księżnej ta prosta dziewucha, bo nie dość, że z urody, to i w sprycie była do niej podobna. Zapragnęła więc mieć ją przy sobie. Zeszła z kasztanowego ogiera i pociągnęła za uzdę, by zrównać się z dziewczyną.
-Mieszkasz tu na odludziu, sama o wszystko się troszczysz, nie marzyłaś nigdy o innej doli? O pałacu i bujnych ogrodach, w których można się zgubić? Cienistych krużgankach i balach na sto par?
Młoda kobieta zaprzeczyła. -Każdy powinien znać swoje miejsce – odpowiedziała.
- Ale co to za odpowiedź? Powinnaś mieć jakieś porównanie, zobaczyć wielki świat. Na moim dworze byłabyś uwielbiana, bardowie śpiewaliby dla ciebie pieśni, rycerze walczyliby o twe względy.
¤¤¤
Po takich zapewnieniach Nawoja zaczęła rozmyślać. A przy kolejnej wizycie uległa namowom księżnej, która obiecała wprowadzić ją na salony.
I rzeczywiście. Kiedy obie niewiasty dotarły na zamek, pani przedstawiła dziewczynę jako swą krewną.
A Nawoi aż kręciło się w głowie od przepychu, który zewsząd ją otaczał. Na dziedzińcu i pokojach krzątało się mnóstwo osób. Jeszcze więcej spoglądało z portretów i luster.
¤¤¤
-Ładna – stwierdził Sędziwój – ale czy, aby nie nazbyt bystra? – spytał zwracając się do księżnej. - Musiała mieć jaką wiedźmę w rodzinie – zawyrokował mag, a na jego twarzy pojawił się brzydki grymas. - Chłopki nie patrzą w taki sposób. Ich twarz nie zdradza oznak zamyślenia.
-Prędko, musimy działać. Zdaje się, że nie zechce długo tu pozostać – odparła zaniepokojona. Wkrótce po tajnej naradzie w wieży czarodzieja i dzięki usilnym zabiegom księżnej, miał się odbyć na dworze bal.
wtorek, 25 listopada 2025
Dalsze losy rzezimieszków – Przygotowania do zasadzki
Oddział Mikołaja liczył kopę – to jest sześćdziesięciu chłopa. Wśród rosłych, zarośniętych, wiecznie niedomytych wojaków od blisko trzech roków szerzyła się epidemia, ażeby łeb swój po bokach ogolić zostawiając na czubku głowy garść rozwianego włosa. I ani nie był to kamuflaż, ani nie było z tego nijakiego pożytku, lecz im się taki sposób fryzowania na podobieństwo koguciego grzebienia szczególnie podobał. Najemnicy lubieli nosić kolczugi, ćwiekowane metalowe naramienniki, baranie czapy lub ozdabiane wedle własnego uznania hełmy. A słyneli z tego, że w bój szli w taborze – to znaczy tworząc ruchomą twierdzę na kształt trójkąta lub kwadratu skutecznie odpierającego wroga.
Dumni, bo każden z nich miał się za rycerza, choć nijakich włości, ni honoru nie sprawował, a za żołd robił. Hardzi i waleczni cel swój osiągali jak nie gwałtem, to podstępem. Przy każdym zleceniu tubylcy napatrzeć się nie mogli na to cudaczne widowisko. Kilkuletnie pacholęta, które ośmielone przez tego, czy owego czochraniem płowej czupryny, podchodziły bliżej i wypytawszy się o stoczone walki i rynsztunek, łapały kije i próbowały naśladować zachowanie wojskowych. Za to oni rozpytywali dzieci głównie o ich starsze siostry. Żadna to była bowiem tajemnica, że sama księżna Jagoda z tychże ziem pochodziła, a smaczku historii dodawały krążące po wsi opowieści, że w owych czasach obyczajna taka wcale nie była i zażyłość swą nie ograniczała jeno do wielce urodzonych, ale że słodycz ust dziewczęcia niejeden parobek pokosztował. Aż się sam kniaź Mikołaj dziwował, jak to Księżna Jagoda małżonka swego za nos wodzi i że to za jej przyczyną horendalne rachunki oraz zlecenie stłumienia powstania. Dłubiąc w zębie wykałaczką składał w myślach fakty i najśmielsze teoryje. W końcu stwierdził, że największym dla kraju nieszczęściem jest uczciwy głupiec na tronie…
***
Po tym jak Kaśka przybiegła do młyna ostrzec elfich buntowników, nie miała już po co do wioski wracać i została w młynie na noc całą. Cichutko na sianku sobie legła i zasnęła, lecz spała niespokojnie. Ciągle przez sen słyszała podniecone szepty w nieznanym jej jęzku. Wiedziała, że od tygodni zbroili się, a w puszczy zakładali wnyki oraz kopali doły, które najeżali ostrymi palami i przykrywali ściółką. W tej chwili radzili pewno jakby to uczynić, ażeby oddział Mikołaja na zasieki podprowadzić i wojsko porządnie uszczuplić. Dobrze po północy już było, a jej się zdawało, że ciszej się zrobiło i zmęczona nasłuchiwaniem, snem kamiennym wreszcie usnęła. Gdy się nagle skoro świt obudziła wtulona była w Gniewka. I dawaj z jego ramion się wyplątywać, które ją zewsząd obłapiały. Daremny to był trud. Żywa pułapka można by rzec, z której uciec chciała, a która ją jak na złość do siebie tak przygarnęła, że aż pisnęła. Wtedy wiara się pobudziła i ujrzała Kaśkę i Gniewka w objęciach i żadnego między nimi nagiego miecza, ni nic, nie było. Dziewczyna spąsowiała, a gdy tylko uścisk zelżał, pobiegła prosto do Frill, która do pieca podkładała drewno, pod kołacze. Elfka ucieszyła się na jej widok, bo każda para rąk była im pomocna. Chwilę później zbrojni wymaszerowali z młyna do lasu. Wraz z nimi Gniewko, który odwrócił się jeszcze szukając Kaśki w oknie, ale że Kaśka przekorna z natury była, to jej nie mógł przecież tam zobaczyć.
Jej szybka reakcja sprawiła, że powstańcy mieli czas, aby przygotować zasadzkę – niespodziankę.
Zasadzki były dwie, a może nawet trzy licząc nagłą, nieprzewidzianą awarię latryny. Pierwszą z nich okazała się skuteczna, choć nieświadoma, dywersja oberżysty. A było tak: stacjonujący nieopodal oddział Mikołaja chętnie do Turkaweczki zaglądał, bo tam i zjeść było co i wypić, nie wspominając już o dziewczętach. Szynkarz nie narzekał. Utarg mu się podwoił, ale nowi klienci wyczyścili mu komorę do cna. W wigilię chwarnego dnia, kiedy to wojsko miało powstańców zmieść z powierzchni ziemi, zostały mu się jeno resztki, a że właściciel z gospodarności słynął, to wkroił im do żuru zleżałą kiełbasę. Jadło, mimo iż okowitką sowicie skropione, wielkie uczyniło spustoszenie w szeregach najemników. Nazajutrz latryna im się zapadła i każden musiał saperkę w las zabierać, żeby własnoręcznie swój wychodek w lesie zorganizować.
***
Druga zasadzka przy wodopoju ich zaskoczyła. Cała była wielka jak chłopska chałupa; zielonkawą łuską pokryta, w pazury i zęby uzbrojona, a na grzbiecie dwa skórzaste skrzydła jak u nietoperza miała, tyle że wielokroć większe. Ogromną paszczę w strumień opuściła i jak gdyby nigdy nic chłeptała sobie niespiesznie wodę. Kiedy tego potwora schorowani żołnierze obaczyli, w te pędy uciekać poczęli gwiżdżąc na żołd, wikt i opierunek Mikołaja. I tak to przed samą bitwą szeregi najemników przerzedziły się jeszcze bardziej.
c.d.n.k
Grafika: Freepik.com
poniedziałek, 17 listopada 2025
Dalsze losy rzezimieszków - Armia najemników
Kniaź Mikołaj to był chłop na schwał: zwykł w przeręblu kąpieli zażywać, bez nijakiej asekuracji z niedźwiedziem za bary się brać, a białogłowy to się nie mogły od niego opędzić taki był jurny. Czy to prosta dziewucha, czy gładka jak len bojarówna zaraz w jednym, czy drugim kącie lądowała, gdzie obłapiał ją w pół i prosto w oczy się wpatrując przemawiał doń rzewnym wierszem. Po takich zalotach dziewka sama bez oporów do dalszej procedury przechodziła. Jednak żaden nadworny skryba nie śmiał o tych praktykach w kronikach wypominać, za to każden jak jeden mąż barwnie opisywał, jako prawdziwym kniazia powołaniem była służba wojskowa. Już jako kilkuletnie pacholę strugał kozikiem szable i piki, z ołowianych żołnierzy ustawiał testudo i falangi, a najbardziej narywiste konie ujeżdżał na pastwisku tak, iż wracały z manowców gorzej umordowane, niźliby do objuczonego woza były zaprzężone.
Nikogo więc nie dziwowało, że gdy tylko wąs na licu Mikołaja się posypał, to na czele najemnego oddziału stanął, zdobywając u wojaków posłuch i poważanie. Jednostka kniazia Mikołaja złożona była z podobnych jemu siekaczy, rębajłów i pijaków. A on sam trzymał ich wszystkich krótko, bo tylko tak można było rządzić krajem, gdzie główną gałęzią gospodarki był nierząd i gorzelnictwo.
Kiedy kniaź otrzymał od pociotka zza granicznej miedzy zlecenie, ażeby stłumić pośrednich ludów powstanie, żachnął się uradowany, bo żadnej idei nie był tak wierny jako temu, by oczyścić świat z wszelkich dziwolągów – tj.: kurduplowatych, brodatych krasnoludów, z elfich odmieńców, od wszelkich szkaradnych stworów, które lasy, polanki i bagniska zamieszkiwały, a nade wszystko od trolowej zarazy.
Zwołał tedy dworskich ciurów i kazał ogłosić na swoich włościach stan wyjątkowy.
***
Kiedy dojarka Kaśka wychyliła się przez cembrowinę, ażeby cebrzyk z wodą przelać do konwi, zobaczyła wnet na skraju maciejowych zagonów chmarę odzianych w skóry, uzbrojonych konnych. Drgnęła tedy pomna swych przepowiedni. Cebrzyk na powrót do studni poleciał, a ona cichcem, opłotkami i nikomu nic nie mówiąc do młyna przez las pognała nowych przyjaciół od zguby ratować.
***
Wódz najemników nie docenił bowiem natury i niebezpieczeństw owego lasu za uroczyskiem i przewidzieć nijak nie mógł, że ludzie zechcą bronić swoich i nieswoich dziwactw.
c.d.n.
środa, 5 listopada 2025
Dalsze losy rzezimieszków - Jak Kaśka dojarka prorokinią została
Czarno-biała Krasula, która między opłotkami się pasła, z lubością wgryzła się w buraka, którego wypatrzyła na drodze. Był to bowiem czas, kiedy chłopi po wykopkach swoje zapasy do lochów zwozili, a nieumyślnie strącony z furmanki korzeń był dla jałówki nie lada gratką. Posiłek smaczny, w pośpiechu spożywany, utkwił jednak w przełyku tak haniebnie, że powietrza w mechate chrapy chwycić nijak nie potrafiła.
-A co to tak łapczywie bydlątko połyka? – krzyknęła przerażona Kaśka, która wyszła właśnie na łąki przyprowadzić swoje podopieczne. Kaśka, siostrą przyrodnią Jaśka i faworytną dojarką była.
Krowa bezradnie zwróciła głowę w kierunku dziewki, a ta widząc co się święci, ręką zamachnęła i po grzbiecie zwierzę sumiennie złoiła, aż się krowie odechciało przypadkowej strawy. Nawet nie spojrzała na wyplute resztki i witką brzozową przez Kaśkę poganiana grzecznie do obory obok innych wracała.
W domu dziewczyna miejsca sobe znaleźć jednak nijak nie mogła. Ciepłe koty z zapiecka poprzeganiała, zadzwoniła pokrywkami nad kaszą, ale głodna też nie była, cniło jej się za to za przygodą okrutnie. Wreszcie nie mogąc sobie zajęcia i miejsca znaleźć, do nóg matce upadła i dalej prosić, by ją do młyna, do buntowników puściła. Wprzódy macierz ani myślała jej na to pozwolić, ale kiedy dziewczątko wyjawiło jej, że we śnie duchy obaczyło i dla powstańców ma wieści, matka uległa.
***
Gniewko jednak niechętnie następnego darmozjada w drzwiach przywitał. Można powiedzieć, że jej młyńskie podwoje przed samym nosem chciał zatrzasnąć, ale Kaśka nie była w ciemię bita. Lewą nóżkę przed drzwi prędko wyrzuciła zatrzymując je skutecznie i swoje wizje poczęła niedowiarkowi przedstawiać:
-Potop będzie młynarzu – rzekła, a wzrok jej na tę okoliczność jakoś dzwinie się zmienił – rogate hordy z bezwzględną bestią na czele nadciągają i pożoga wojny będzie, zamki i starostwa będą upadać, a nowe grody powstawać; elfy, krasnoludy i inne rasy wreszcie na równi będą... Ale póki co, grozi wam niebezpieczeństwo. Oj biada, biada, biada…
- W żadnym wypadku! – zagrodził wejście Gniewko. Mimo to Kaśka przez drzwi jak salamandra w skalną szczelinę się wślizneła i do elfów przystała.
Wiejska dziewucha nie mogła przecież przepuścić okazji, by od krów się uwolnić i na zawżdy wyrwać. Wyobraźnia jej dopisywała, a widok, który zastała w młynie nie rozczarował wcale. Toć nadziwić się nie mogła przedziwnym istotom strojnym w koraliki i hafty, smukłym o szlachetnych rysach, które na zdobionych rogach i fujarkach przygrywały, dłoniom, które sprawnie na smyczkach i strunach pląsały, a inne swobodnie jak te liście z jesiennym wiatrem tańczyły.
c.d.n.
wtorek, 21 października 2025
Dalsze losy rzezimieszków – Siła małego na poborcę podatkowego
Jagoda z łatwością i naturalnym wdziękiem przejęła obowiązki księżnej. Była dość bystra jak na prostą dziewkę i mimo swych pospolitych korzeni, podkreślała swój status wyszukanym gustem. Przejechała opuszkiem palca po atłasowym rękawie płaszcza i obszytym srebrną nicią gorsecie. Dłoń zatrzymała się przy sobolach, aby raz jeszcze je pogłaskać. Chwyciła rąbek sukni z najprzedniejszego adamaszku, ale szybko go puściła. Stroje wisiały w potężnej, inkrustowanej szafie u wejścia do książęcej alkowy, w której przebywali nowopoślubieni.
-Nie mam się w co ubrać! – skwitowała i zaczęła szlochać przeglądając się w lustrze spowitym na brzegach złoconym winoroślem. Nawet w chwili rozpaczy wyglądała rozkosznie: rozpuszczony warkocz opadał na koronkową halkę, a niesforne ramiączko co rusz spadało odsłaniając jej nadobne krągłości.
-Ależ duszko! – zareagował na te słowa książe Maksymilian, któremu na ten widok zmiękły trzewia, w przeciwieństwie do zewnętrznej fizjonomii. – Zeszłej niedzieli dostarczono suknię z zamorskiego altambasu - ciągnął dalej. - Nie przywdziałaś jej ani razu jeszcze!
Niewiasta ukradkiem przewróciła oczami i umyślnie zaczęła skradać się do łożnicy niczym kot do ptasiego gniazda. Delikatnie i spokojnie zbliżając się do męża przekonywała dalej:
-Otwarcie książęcej woliery to podniosłe wydarzenie. Przydałaby się bardziej strojna suknia – odparła wtapiając się w ramiona mężczyzny niczym gronostaj między konary drzewa.
Książe kompletnie oszalał na punkcie uszczęśliwiania damy swego serca, a wybranka na punkcie poznawania wymiarów tego szczęścia. Hojność małżonka była bowiem wprost proporcjonalna do afektu jakim ją darzył. Miał ci on też cichą nadzieję, że Jagoda zmieni się, gdy tylko powije mu dziedzica. Estyma księżnej w stosunku do męża przejawiała się jednak poprzez gromadzenie rzeczy pięknych – niekoniecznie niezbędnych. I tak dziewka, która została panią na zamku, poczyniła dalekosiężne plany rozbudowy krużganków i przyległego ogrodu. Wykoncypowała sobie bowiem, że dobry smak w ogrodach, polega na tworzeniu przestronnych, zielonych pokojów i wpuszczenie między rabaty, altanki i labirynt, dumnie kroczących pawi lub nakrapianych danieli.
Wprawdzie pałac od kawalerskich czasów Jaśnie Pana, czasów wojennej zawieruchy oraz myśliwskiej nagonki, znacznie wypiękniał, to roznące z tego powodu koszta pustoszyły książęcy skarbiec. Nadworny trefniś nieraz próbował ratować sytuację wyszukanym żartem, pozorowanym upadkiem lub ciętą ripostą, jednakże na niewiele się to zdało. Szambelan z kolei znajdował innego rodzaju problemu tego rozwiązanie: podwyżki danin, stóp procentowych od lichwy, stawek celnych na zamorskie towary oraz innych podatków...
***
Krasnoludy, najserdeczniej jak tylko umieli, a mianowicie z kijami, sztachetami i z tym, co który miał pod ręką wylegli z chać przywitać poborcę podatkowego. Poborca, skrupulatny i spokojny z natury człek, w znoszonym płaszczu, binoklem na nosie i z plikiem dokumentów zajechał do osady przyległej kopalni srebra. Konny powóz turkocząc o bruk przejechał główną arterią bez żadnej eskorty. Długo tam nie zabawił...
***
Kiedy do księcia doszły słuchy o kolejnym buncie na włościach, postanowiono wysłać poselstwo do knezia Mikołaja o pomoc przy jego stłumieniu.
czwartek, 14 sierpnia 2025
Dalsze losy rzezimieszków – Jak Gniewko, leśny Ćmak i Oreszko mało co topielcami nie zostali
W tym samym czasie Gniewko wracał od ćmaków przez chłodny las, a później pierzaste wiechcie traw. Srebrzyste pasma babiego lata rozwieszał wiatr, a skowronki wysoko na niebie dźwięczne kaskady. Gdy chwat z osłabionym I wychudzonym ćmakiem na plecach dziarsko przecinał błonie pod Sobótką, napatoczył się na nich Oreszko. Zatrzymali się pod cienistym jaworem by odsapnąć na chwilę. Ścisneli na powitanie prawice i zaczeli rozmowę:
-A bodajbyś sczezł! – zawołał radośnie Oreszko. - A gdzie to cię licho nosi? Kogo ty tam dźwigasz? Patrzaj no, toć niewiele wody w Czarnym Potoku upłynęło, jak my się widzieli, a tu tyle zmian, tyle zmian! Wieści nowe ci przynoszę i to nie byle jakie!
-Nie błaznuj, tylko gadaj, co nowego – burknął zafrasowany rzezimieszek.
-Pamiętasz Jagodę? – spytał. -No tę, co wtedy zapoznałeś, kiedy rozróba w Turkaweczce z trolami była.
-Co mam nie pamiętać?… – mruknął rzezimieszek i już miał rzec kąśliwą uwagę, lecz Oreszko zmacał pod pazuchą okowitkę i na światło dzienne wyciągnął. Złodziejaszka nie trzeba było specjalnie namawiać.
-A co z nią? - spytał.
-Ta to się tera wywianowała powiadam ci, że ho ho! – ciągnął Oreszko.
Gniewko łypnął okiem ciekawie. - Jak to - spytał.
- A tak! Pospolita dziewka z karczmy tera księżną na zamku zostanie! – dokończył Oreszko.
Na te słowa Gniewko zakrztusił się zawartością antałka, który mu kompan podsunął.
- Wielmożnego pana pomogła z jeziora wyłowić i tak ze wszech sił go cuciła, aż się biedaczek zakochał.
-Po wszystkiemu okazało się, czemu książę był wyraźnie kontent, że ona wcale nie taka zwyczajna i że koligacje rodzinne ma - wyjaśniał dalej rozmówca.
-Miejże litość z Jagodą? – spytał filozoficznie Gniewko i splunął z ukosa. - Skoro takie rzeczy się wydarzają i byle dureń naszą ziemią włada, to może być jeszcze, że najgorszy łotr najwyższym kapłanem zostanie? - dodał oburzony rzezimieszek, lecz widać było, że nowinki zbiły go najwyraźniej z pantałyku.
-Trza modlić się do bogów, by w opiece nas mieli - zatoczył się Oreszko, po czym rozlał nieco okowitki na ziemię jako ofiarę przebłagalną. A resztę podsunął ćmakowi lecz ten się skrzywił.
- No co ty! Najlepsza w okolicy i dalej począł go namawiać wedle swojskiego obyczaju.
wtorek, 5 sierpnia 2025
Dalsze losy rzezimieszków - Istne dziwowiska
***
Jaśko wzdrygnął się, bo spodziewał się, że w młynie zastanie co najwyżej młynarza, a nie dziecię starszej krwi. Wydawało mu się, że długoucha wie, że nic jej tam nie grozi, a mimo to wciąż była czujna i niespokojna. Wrażliwa na każdy szmer i odgłos, bzyczenie muchy, czy jakiego komara. Widział jak srebrne promienie księżyca sączą się przez okno i giną wewnątrz rozproszone. Dzięki nim mógł dojrzeć jaka jest drobna i że pod jej chłopięcym odzieniem cała drży. Pochłonięty niezwykłym tym widokiem, nie zorientował się nawet, że elfka chwyciła cep i nie tracąc ani chwili, walnęła pachołka prosto w płową czuprynę. Jaśko padł jak długi. Związany, zakneblowany, wylądował w przeciwległym kącie.
- To na wszelki wypadek - usłyszał jak przez mgłę.
Ale Fril długo nie mogła ochłonąć. Jak majaki w gorączce wracały do niej wspomnienia zimowego pogromu sprzed lat. Była mała, nie rozumiała do końca, co się wokół dzieje, lecz czuła instynktownie, że objawiło się żywe zło. Dwie dekady temu, zaraz po tym jak wojewodą na Sobótce został Onufry, zima była bardzo sroga, a na traktach pełno maruderów. Głód i bieda sprawiły, że szabrownicy szukali pożywienia w okolicznych wsiach, a na gościńcach łatwego zarobku. I mimo, iż najstarszą z ras chronił wieczny glejt, nikt nie był w stanie uchronić ich od łupieżców.
Pamięta jak dziś. Ten, który dowodził, kazał wywlec ich na środek, przy czym spiął karego konia i przejechał między dwoma kolumnami elfich niedobitków. Krzyczał coś, lecz Fril nie znała wówczas ludzkiej mowy. W powietrzu jątrzył się zapach dymu z ich spalonej osady oraz słodkawy zapach krwi zabitych i rannych. W górze nad ciałami krążyły już gawrony. Nakazano im złożyć broń i wszelkie kosztowności, których dawno przecie nie mieli. Widziała, jak tamten zamaskowany, a z nim trzech troli i gnom ze świńskimi oczkami wypatrują młodych i zgrabnych, jak się do nich ślinią, jak je obmacują i ciągną gdzieś w krzaki. Wracały stamtąd stłamszone, spuchnięte od płaczu. Jak starały się zasłonić podarte sukienki i posiniaczone ciało. Zrobiło jej się niedobrze, oparła rękę o ścianę, pochyliła głowę i zwymiotowała. Czas jak młyńskie koło zatoczył krąg.
***
Wszystko wskazywało na to, że nie był to uczęszczany trakt – gałęzie drzew i leśne jeżyny kłuły nogi, zaczepiały płócienne rękawy i próbowały choć na chwilę przy sobie zatrzymać. Kiedy Gniewko umknął ćmakom zabierając niespodziewanie jednego z nich, z serca głębokiej puszczy, poszedł drogą wzdłóż strumienia, by przy świetle księżyca odnaleźć zarys swojego młyna. A Ćmak zwieszony na ukos przez ramię niby złowiona na wnyki rogacizna, wiercił się i psioczył na zbawcę. Może nawet i spróbowałby ucieczki, ale rzezimieszek trzymał go twardą ręką. Gniewko, jak wiadomo był przecie więcej niż porywczy i ostatkiem sił się powstrzymywał, by marudy nie ździelić po łbie. Nie mógł się przy tym nadziwić, bo niezdarne ćmaki w istocie były sprytne niczym lisie plemię, a żałość swą traktowały jako przynętę. Zasmuceniem swym bowiem rozczulali napotkanych prostaczków, a kiedy udało im się którego litościwego na to złapać, to żerowali na nim, dopóty ofiara się na to godziła. Do roboty bowiem żadnej się nie nadawali, nie uprawiali ziemi, ni rzemiosła. Nawet do cyrku nie pasowali. Wszak taki ćmak publiki choćby pekł, to nie rozbawi. Po co on tego cudaka ze sobą wziął? - zastanawiał się przez chwilę, czy aby nie wrzucić go z powrotem w zarośla mijanej leszczyny.
poniedziałek, 28 lipca 2025
Dalsze losy rzezimieszków - Ćmaki
Szedł miedzą w kierunku zagajnika. Kopał kamyk, ssał źdźbło i podziwiał bursztynowy zachód słońca rozlewający się nad łęgami. Nagle usłyszał wśród zarośli ciche mamrotanie:
-Noc, noc idzie. Zara wyjdą ćmaki, porwą pacholęta, zjedzą na wieczerzę…
-Wyłaź no, bo portki zara przetrzepie! - zagroził Gniewko i aż ścisnął pięści na wspomnienie wydarzeń w Turkaweczce. Głos w zaroślach zamilkł. Podbiegł bliżej, wyciągnął rękę i wyrwał z krzaków cudaka. Było to szare, smutne stworzenie, które skurczyło się w sobie i drżało z przerażenia.
-Ktoś ty? Gadaj, a wartko, bo czas ucieka!
-Jestem ćmak… – smutas ściągnął gębę w podkówkę na znak, że nie będzie i nie chce mu się z wędrowcem gadać.
-Czego bez powodu ludzi niepokoisz? – spytał złodziejaszek.
-Bom ćmak – cudak odrzekł zdawkowo.
-Nie znam – mruknął Gniewko – a skądżeś? Jest więcej takich jak ty?
-Są, tam w borze w norach w ziemi kopanych siedzą i smutne opowieści snują.
-Prowadź! – rozkazał Gniewko zapominając o tym, że młyn na gospodarza czeka.
***
Siedzieli w kręgu, przy pniu ściętego dębu. Polewkę z muchomorów z cebrzyka polewali do naczyń w kształcie hubki i społem pili. Mieli szare jak proch, zmęczone lica, ażeby nikt ich nie obaczył i z nory nie wykurzył. Niektórzy odwracali głowy w stronę nowoprzybyłych, inni byli tak pochłonięci swoją rozpaczą, że kolebali się w przód i w tył, w tył i przód, jak żywe kołyski. Powtarzali przy tym sobie tylko znane zaklęcia i stare, nieskładne, zapomniane pieśni.
-Oni tak cały czas? – spytał Gniewko poruszony ich żałością. Pochwycony ćmak kiwnął głową. - Kiedyś babka opowiadała mi, że gdy kto ćmaka zdoła rozśmieszyć, to on przemieni się w nocnego motyla i poleci w kierunku światła, żeby się z nim pojednać i w nim zatracić. Ale ona była stara, coś jej się pewnie pomieszało od tej naszej polewki. Głupia opowieść, którą się dziatwie do poduszki baja. Wtedy Gniewko przypomniał sobie najstarszy żart świata i zaczął zgromadzonym opowidać, jak to wraz z Bździsławem uczestniczyli w wytwornej biesiadzie i jak ten spytał gospodarzy, czy można u nich przy stole pożartować. A kiedy tamci się zgodzili, Bździsław podniósł kuper i puścił gromkiego bąka. - Chwila konsternacji wystarczyła, by jeden z ćmaków wyleciał w powietrze prosto do gwiazd. Chyba babka miała rację pomyśleli obaj.
***
Jaśko gnał ile sił w nogach do młyna, nie bacząc na zmęczenie, na kamienie, które kaleczyły stopy i chłód, który od jeziora szedł. Tuż przy Sowiej Skale zatrzymał się i zaczerpnął wody ze strumienia. Młyńskie koło wciąż przetaczało rzeczny nurt, choć sam budynek wyglądał na opuszczony. Nikt nie otworzył, kiedy zapukał do wrót. Pchnął podwoje i ostrożnie wszedł do środka, prosto w mrok. Grobową ciszę przerywało jedynie sporadyczne popiskiwanie myszy.
-Panie młynarzu, z prośbą przychodzę – odezwał się nieśmiało. Zaskrzypiała podłoga. Echo powtórzyło za nim jego własne słowa, lecz zamiast rosłego, umączonego jegomościa, stanęła przed nim drobna, zwiewna istota o kobiecych kształtach i wielkich mądrych oczach, wpatrzonych prosto w niego.
- Gdzie młynarz? - zapytał Jaśko.
- Też na niego czekam - odpowiedziała elfka.
niedziela, 15 czerwca 2025
Dalsze losy rzezimieszków – Gniewko w szponach chuci
Rękościsk Podjadek warzył właśnie wieczorną strawę dla jegomości wojewody, kiedy dworską kuchnię nawiedził szereg nieszczęśliwych wypadków. Wpierw młody kuchcik zapomniał przypilnować mleka. A mleko, nie wiedzieć czemu, uciekło mu z garka na rozgrzane fajerki. Naraz smród się taki zrobił, że wietrzenie nie pomogło i zapach pognał hen na pokoje. Doszedł pewnikiem do samego ratusza, do nosa jaśnie wojewody i innych piastujących tam urzędy. Potem dziewka kuchenna zaczęła wzdychać nad korzeniem chrzanu, który to na ćwikłę obierała. Takoż palca sobie trąc korzeń niechcący skrobakiem uciachała i musiał ją Rękościsk do chałupy nazad wygnać, żeby jadła juchą do reszty nie zapaskudziła.
A kiedy wieczerzę już do stołu podano i kiedy wielcy państwo pięknie ustrojeni na stolcach zasiedli i biesiadować poczęli, Roch, brat Onufrego, rzucił swym wyżłom gnaty z pieczonego prosięcia, a te jak wilcy od najwyżej postawionego w watasze jedli. Nagle najsilniejszy z nich kaszlnął, mgłą oczy mu zaszły i chwilę później łapać powietrza bezskutecznie próbował… Po czym padł u stołu wojewody i już nie wstał. Jarosławna na ten przykry widok oczy zasłoniła i w pierś Bździsława się wtuliła.
-Zdrada! – ryknął Roch, który był szambelanem. Kucharz pobladł, aż powieka mu z nerwów skakać zaczęła, ale patrzał dalej na najgorszy już finał przygotowany.
-Elficka dywersyja i propaganda! Zerwali się wszyscy jak jeden mąż i jeden drugiego przekrzykiwać, co ze starszą krwią uczynią, kiedy ich wreszcie w swe ręce dorwą.
Opadł tedy kuchmistrz Podjadek na swój kuchenny taboret wielce wystraszony, bo to serce, co mu wiernie żywot dzień po dniu odmierzało, nagle zaczęło protestować. Przez tą nagłą słabość nie śmiał wielmożnych z błędu wyprowadzać i z obawy o własną dolę cichutko sobie siedział. Koniec końców wszak wojna przeciwko elfom już dawno na włosiu wisiała.
***
Maleństwa nie sposób było ze sobą do grodu co rusz zabierać, ani nijako narażać na szemrane interesa. Zaczął więc je Gniewko rezolutnie podrzucać do mieszkającej na zakolu rzeki Kaśki, u której zwykle swą bieliznę do prania zostawiał. Tegoż dnia nie było inaczej. Roztargniony, niewyspany, jak to młody tata, dotarł do podgrodzia i skierował się prosto do oberży pod dźwięczną nazwą Turkaweczka. W Turkaweczce spotkał starego Oreszkę, który postawił mu piwo i na partyjkę kości namawiał.
-No chodź tylko raz zagramy.
-Nie, nie moge… Zmartwienie mam – powiedział złodziejaszek zniżając głos. - Gotów jestem młyn do żniw uruchomić, ale na rozruch gotówka jest potrzebna. Chciałbym wejść w układy i stare zobowiązania Bździsława, że tak powiem odnowić – sam wiesz i rozumiesz.
-Przestań śnić i w żaden przemyt, jak ci bogowie mili, się nie mieszaj. Ze szczerego serca proszę. Oni przecie na straconej pozycji od dawien dawna i żadna to chluba tobie za ich góry i ugory umierać.
- Krążą słuchy, deliberował dalej, że Sędziwój tajniaków najmuje i raz podejrzanych już nie spuszcza z oka - odparł Oreszko niepewnie zerkając na Gniewka, który co rusz spoglądał na kołyszące się biodra roznoszącej jadło i browar dziewczyny.
-Słuchaj, ja wiem, co tobie po głowie się tłucze i tobie potrzeba – parsknął. - Kobity z krwi i kości…
Gniewko obruszył się gwałtownie. Nie potom przybył - kręcił przecząco głową
-Bździsław to był chłop na schwał – rozżalił się nad kolejnym kuflem piwa, które przyniosła im Jagoda. -Można było konie kraść, przez calutką noc o różnościach rozprawiać, a cośmy razem przeszli, to starczyłoby trubadurom na pieśni do końca świata. Smutno mnie czasem Oreszko, oj smutno czasem… - On był mnie jak brat. Rozumiesz? – spytał chwytając towarzysza za poły lnianej koszuli. Oreszko rozluźnił uścisk przemawiając równie bełkotliwie:
-Daj pokój Gniewko, niejeden się głowił jak cofnąć czas i jak słuch mam dobry, i znajomości tu i ówdzie, to jeszcze nie słyszałem, żeby któryś z magów to potrafił. Bździsław ożenił się i dla nas jest już stracony. Ale ja tobie rozrywkę lepszą dziś zorganizuję, czekaj no! I jak powiedział, tak też i uczynił. Wstał i podszedł do szynkarza, by się z nim rozmówić. W karczmie zrobiło się wyjątkowo tłoczno, gdyż z początkiem miesiąca żołd miały wypłacane trole. A władyka na Sobótce - Onufry miał zapędy dyktatorskie. Koszary pobudował i dodatkowych żołdaków najął. Choć córkę za mąż już wydał i następcę sobie szykował, to sam zrzec się władzy z własnej woli nie potrafił i do wojny przeciwko elfom dążył. Wierzyć legendom, w osadzie w Smoczych Górach bogactwa ogromne były, na które wojewoda miał wielką chrapkę, ale oficjalna wersja była taka, że autochtoni zagrażali spójności i bezpieczeństwu państwa.
Do Gniewka nagle przysiadła się uśmiechnięta i rumiana Jagoda. - Dość już na dziś. Mieszkam blisko drogi do młyna. Pewnie zechcecie mnie panie do domu odprowadzić?
Tego się jednak Gniewko nic a nic nie spodziewał i odmówić nijak nie potrafił...





































