Łączna liczba wyświetleń

środa, 15 kwietnia 2026

A licho wie VIII











 I stała się rzecz niepojęta, bo kiedy licho w białym welonie, na ślubnym kobiercu dozgonną miłość młodemu księciu przysięgło, a potem prosto w usta Twardostoja ucałowało, buchnęło, huknęło i cały czar naraz prysł. Z łysawej szkarady zmieniło się w nadobną księżniczkę, która, trzeba przyznać nie tylko panu młodemu, ale i innym zebranym bardzo się spodobała. 
Tylko Halszka z daleka wszystkim się odgrażała, że jeszcze ją popamiętają. Niedoszła żona miała rację. Obrośnięta jak u dzika twarz z pewnością wystarczyła, zostaeić w pamięci ślad.
Za to pośród gości pojawiła się nagle nikomu nieznana starowinka. Rozsiadła się nieproszona wśród weselników i taką to historię im opowiedziała:
Za górami, za lasami była sobie raz księżniczka, która wszystkich swych adoratorów nagminnie zwodziła i bex niczego odprawiała. Straszliwie jej ta nieobyczajność rodziców martwiła i nikogo się ona nie słuchała: ni ojca, ni matki i ani żadnego na zamku dostojnika. Nikomu bowiem do siebie dojść nie pozwoliła, jedynie czasem leśnej babie, do której chodziła po zioła i zaklęcia. Jako, że nie w prawicy, a w zamawianiu i w eliksirach się lubowała i wyjścia z każdej opresji upatrywała. 
Jednakże owa leśna baba stara już była, choć ciągle jara. Baba nieco się wyprostowała i  wzorzystą chustkę drżącą ręką wygładziła. - Umysł bystry, acz  zmącony - ciągnęła dalej.  - Wzięła tedy wilczełyko  z jaskółczym zielem sobie pomyliła i zeń ową nieszczęsną polewkę uważyła... 
Jaskółcze ziele dobre na pypcie, za to wilczełyko paskudna trucizna - jakby kto tu z szanownie zgromadzonych nie wiedział.
Baba patrzy, a po spożyciu nalewki panna gaśnie i na podłogę się osuwa. 
 Żadne znane jej odtrudki nie działały. A trzeba wam wiedzieć, że tylko co jej przyszło na myśl, wnet wypróbowaława. W ostateczności doszło do niespodzianej transmutacji w leśne licho, do której Baba w akcie desperacji w załączniku zdjęcie klątwy dodała; "Kiedy licho na ślubnym kobiercu wreszcie stanie, do końca swych dni w ludzkiej postaci zostanie".
Po tej gawędzie, weselnicy zrozumiawszy jak wielkiej przemiany byli świadkami, świętowali nie dzień cały, ani nawet tydzień, lecz ze dwa tygodnie. Aż ich starszy książe Maksymilian - ojciec Twardostoja, kazał grzecznie wyprosić do domów. 
c.d.n.?

wtorek, 7 kwietnia 2026

Dzień przed końcem świata

  

Ktoś miał lub umiał zbyt wiele,

inny mu tego pozazdrościł.

Kiedy trzeba było się ułożyć,

 wyzwał od głupców,

zapominając przy tym jak

porywczy potrafił być ktoś...

Na to pierwszy obraził się na Amen,

nie chciał już słuchać,

bo takie było jego prawo

 i miał wszystkiego serdecznie dość.


***

W zasadzie tego dnia było chłodno, 

to był wtorek lub czyjaś środa.

Słońce nie zdołało rozgrzać atmosfery,

 już niebo przeciął z hukiem samolot na pół.

Gdzieś zaśpiewał kos do porannej kawy,

a sierpówka zaniosła słomkę do gniazda. 

W oddali i z bliska zielenił się las. 

Formowały się arterie mrówczego miasta

i sąsiedzkie życie w przedogródkach.

Z cicha na drzewach  pękały pąki

i wodę na rzece głaskał wiatr...

A drobne kwiaty... 

Były jak pierwsze pocałunki,

które tak dobrze pamięta stary świat...

I tak nastał koniec i nowy porządek.

 Wszystkim nam przecież kogoś brak.












środa, 1 kwietnia 2026

A licho wie VII

 




10 czerwca 2013

Ocalony przez Dąbrówkę Twardostój nie posiadał się z radości, że ujść z obławy  mu  się udało. A kiedy się na nim brunatny niedźwiedź usadził, to cały żywot  stanął mu przed oczami. Wtenczas zrozumiał, że ma dość kawalerskiej swawoli, że wstyd to okrutny, ażeby go niewiasta z opresji raz za razem ratowała. Postanowił wrócić na zamek, ożenić się z Halszką i najdalej jak za rok doczekać się potomka.  A tej dziewczynie, co w głuszy mieszka i dobra dla niego była zawsze po stokroć wynagrodzić. Na odchodne wycałował obie dłonie obiecując jej osobę zachować w szczególnej pamięci. Ona jednak w dobre chęci zbója nie bardzo wierzyła.


***


Za to zbójcerz mając na względzie pogoń, tortury i niechybną niewolę, zacisnął zęby i przez najgorszy chruśniak się przedzierał. Dopiero gdy zobaczył na horyzoncie zarysy zamczyska,  poczuł ulgę. Nie mógł jednak przypuszczać, że w ślad za nim, z gałązki na gałązkę skacze leśne licho, które szło tak aż pod bastion okalający Miasteczko i weszło przez główną bramę. Wtedy właśnie znalazło się w okropnych dla siebie okolicznościach. Wpierw wpadło w tłum, który jak rzeka zaniósł cudaka na targ i wypluł między kupieckie stoły. Na ten widok  pies garncarza ze strachu się urwał. Nieboże zaczęło uciekać ile sił w nogach.  Przewróciło się na stragan z naczyniami. Zaczepiło babę z kołaczami.  Potknęło się o nogę cyrulika i straciło równowagę. A kiedy samo upaść już miało, wywinęło się niczym wędrowny kuglarz, chwyciło mazidło na porost włosów i zbiegło między domy.


***


Zmachane i wystraszone licho przycupnęło przy koniach.  Rozmazało się przy tym okropnie. Rozpaczało, że tak niefortunnie straciło mości księcia z oczu. Wiedziało jednak, że szukać go należy nie gdzie indziej jak na dworze. Umyśliło sobie wejść tam  kuchennymi drzwiami. Obeszło więc przybudówki i zapukało do tej, gdzie dym w kominie ochoczo podskakiwał. Otworzyła jej okrągła i rumiana kucharka. Od razu chciała licho przepędzić. Jednak przeszkodziła jej jakaś taka  podejrzanie wychudzona, która nie dość, że wpuściła nieszczęście do środka, to jeszcze własną strawę na dwie części podzieliła i ugościła.  Spotkanie z leśnym lichem nic dobrego jednak dworskiej kuchni nie przyniosło. Na drugi dzień gruba dostała kolki, następnie niestrawności i nie zdążyła na czas do roboty. Z tej to przyczyny kuchmistrz stracił cierpliwość i kazał się jej wynosić. Szczupła za to awansowała  i postanowiła dworskich dostojników skutecznie odchudzić.

***

Jak ja niecierpię tego rodzaju muzyki - myślał Twardostój przysłuchując się próbom do weseliska.

 -A najgorsze jest to, że wpada w ucho! Już się szykował, już wkładał swój strój paradny i nerwy dawały o sobie znać.

*

Korzystając z  zamieszania, a trzeba wam wiedzieć, że to były ostatnie przygotowania do książęcych zaślubin, licho umknęło na pokoje i tułało się po dworskich komnatach szukając ukochanego. Chcąc nie chcąc trafiło w centrum zamieszania, gdzie dworskie służki stroiły pannę młodą. Stały przed lustrem i jedna układała pukle w zmyślne sploty, a druga miała barwić przyszłej księżnej policzki. Ku zdziwieniu straszydła ucieszyły się, kiedy je zobaczyły.  -W samą porę! – zapiszczała ta, co miała malować. Niespodziewanie wyrwała lichu zwinięte z targowiska mazidło i poczęła smarować nim twarz oblubienicy. -Będzie pani wyglądać jak królowa – szczebiotała dwórka. Halszka jednak cudu nie doczekała. Trwało chwilę, a na twarzy pojawiła się bujna jak u dzika szczecina. W jednej chwili krużganki przebiegł jeden pisk. – To jej wina! – wrzasnęła pokojowa  i wskazała na licho. Upiorzycy nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Naraz wzięła nogi za pas, a wybiegając z komnaty, wpadła na białogłowę, która ślubną suknię niosła. Straszydło szamotało się przez chwilę uciekając w najdalsze zamkowe zakątki. Widząc zgromadzenie roztropnie zakryło twarz, ażeby nikt je nie rozpoznał, a oddech i krok  zwolniło. Podeszło do księcia i grzecznie przyrzekało wszystko to, co mu czarodzieje kazali, na co młody książe pospołu lichu przysiągł przy świadkach. Tak oto książe leśne licho poślubił i swój los po kres dni wybrał.

Koniec

piątek, 27 marca 2026

A licho wie VI

 25 marca 2013


Licho huśtało się na gałęzi i rozmyślało jak tu lichostwo swoje w dostatek zamienić. Wreszcie wypatrywaniem Twardostoja straszliwie znurzone, przeskakując z jednego konara na inny, zawisło na dębie, na którym list gończy był zawieszony, a na nim podobizna zbója, który jej pieniądz darował. – Mój ci on… – zamruczało pod nosem i zerwało papier z drzewa, po czym przycisnęło do chudej piersi. Zaciekawiło się bowiem szczerze, co to mogłoby oznaczać, ale że czytaniem niezwykle się brzydziło, toteż wydumało sobie, że zaczeka przy drodze, aż się kto rozumny napatoczy. Szczęśliwie zaczął się okres zbierania podatków. W oddali słychać było jak kolebie się na wykrotach wóz poborcy. Straszydło wybiegło mu naprzeciw i machając zatrzymało. Dwóch zbrojnych skierowało na nią strzemiona kuszy, aż się poborca wystraszył i sam wyjrzał zza krat.

-Czego chcecie nieboże? – dało się słyszeć spod hełmu zbrojnego.

-Wypytać o tych, co po drzewach wiszą – odwracając się licho wskazało na portrety rabusiów na drzewach.

-Szukamy ich! – odpowiedział zgodnie z prawdą zbrojny.

-Zgubili się? – spytało ze zdziwieniem licho.

-Zgadza się, bardzo się pogubili – potwierdził drugi uśmiechając się z przekąsem. -Wiecie może gdzie siedzą? Za pomoc czeka nagroda...

-Co mam nie wiedzieć? Jeśli to ma w czym pomóc, w kamiennym kręgu, tam w głuszy…

Wojak uśmiechnął się. -Mądrzeście uczynili, żeście nam powiedzieli – rzekł. -Spodziewajcie się sakiewki pełnej złota. Jutro o tej samej porze z posiłkami tu przybędziem.

I rzeczywiście, oddział księcia Maksymiliana pojawił się nazajutrz, tyle, że o zmroku. Niczego nieświadomi rozbójnicy biesiadowali w ten czas w najlepsze. Blaszane kubki z daleka dźwięczały od toastów z okowity. Między konarami widać było, że porozbierali się do pasa, zasiedli przy pniaku, ręce skrzyżowali i się siłowali. Nad ogniskiem zawieszony na trójnogu wesoło bulgotał kociołek i była to najpiękniejsza muzyka dla głodnego zbójcy.

Wtem, zza krzaków wyskoczyli zamkowi żołnierze. Watażka w krzaki zbiegł i począł kluczyć między drzewami. Inni w ślad za nim, przezornie każden jeden w inną stronę.

Prędko! – myślał sobie w duchu Twardostój. Jak się teraz nie wywinę, to biada, biada będzie, jeszcze gorzej niżliby kat boki żywcem smolną pochodnią opalał. Przez brzezinę i w wąwóz, w dół strumienia, na polanę krztusząc się i łapiąc zachłannie powietrze dotarł do małej chatynki i do drzwi zapukał. O dziwo podwoje się otworzyły. To była to Dąbrówka – siostra jego rodzona, o której nie wiedział i nic wiedzieć nie mógł. Stała w progu w białej jeno koszuli, szykowała się pewnie do snu. Odgrażając się, że pora nieodpowiednia i że nikogo wcale nie zapraszała, wpuściła go do siebie. Słysząc ujadanie psów i pościg, naraz pojęła, że zbieg potrzebuje pomocy i ukryć się w niedźwiedzim barłogu mu kazała. Ale i Miśka zaraz do niego wysłała. A kiedy żołdacy do chaty zapukali i przeszukiwać kąty zaczęli, to do zwierzęcia bali się podejść, bo wielki był i ryczał kiedy doń poczeli zaglądać.


cdn.



poniedziałek, 23 marca 2026

Patyna



Gdy ledwo podrośnięte dziecię,

 wymyka się właśnie na pierwszą randkę,

 otwiera się przed nami dalszy plan.

W nieskończonym kole recyklingu

 ducha i materii tworzą się 

nowe ogniwa i wiosenne przeciągi.

Już ruszyła machina przypuszczeń i oczekiwań,

już z mozołem powiela znajomy szlak.

Póki nie nadgryzie  jej ząb czasu,

póki nie przykryje szlachetna patyna...



Obrazy: freepik.com 


sobota, 21 marca 2026

A licho wie V

 3 marca 2013


 Myliłby się jednak, kto by pomyślał, że tak będzie zawsze. Bo kiedy przyszło do podziału łupów, byle nóż wbijał się w stół, a zbójcy za fraki się brali i każden jeden o swych zasługach jeno pamiętał, a zrabowane dobra niedługo w kupie zostawały, albowiem zbójcerze mieli w planach samodzielne inwestycje. 


*


Ale tak naprawdę wszystko zaczęło się od radosnego powrotu z Turkaweczki, kiedy podparli jeden drugiego i tak się wspierając prowadzili w kierunku swej kryjówki przez trzęsawiska wydzierając się przy tym w niebogłosy jak to "Kalina malina w lesie rozkwitała...", wyskoczyło wtenczas na nich z drzewa leśne licho. Paskudna to była szkarada, zdziczała i niebezpieczna, całe życie w dziuplach siedziała, więc trudno było przewidzieć, co uczyni. Z postury podobna kobiecie, bo nagość jej nic nie przysłaniało; piersi miała suche, takież nogi i ręce. Żebra spowite były poszarzałą skórą, na głowie wyleniała, spod włosów łypały rozbiegane ślepia. Spadła na nich niczym zmora i o zlitowanie prosić zaczęła, o dobre słowo i grosza na chleb. Szkoda się tedy Twardostojowi zrobiło i próbując utrafić w oko, rzucił weń brzęczącego miedziaka. Spudłował, czym niestety jeno potworę rozochocił i od tego czasu licho przyczepiło się do zbójów skutecznie. Starczyło, że zaszyło się gdzieś w krzakach i już znacząco popsowało szyki i zamiary rzezimieszków. A to wystraszyło karego konika Pokrzywki, który go aż na Maciejowe Pole poniósł, a to sporządzone przez Kacpra strzały jak nigdy błądziły. Menda natomiast zawiść czuć zaczął o pozycję przywódcy i jako doświadczony złodziejaszek podważał Twardostoja umiejętności. Nadomiar złego listy z podobiznami czerech już zbójców na trakcie powywieszano. Bogowie jeno wiedzieli, co też licho obaczyło w księciu, a czego inni nie mieli. Pewnikiem była to ta chwila słabości, kiedy to pieniądz szkaradzie darował i skutecznie do siebie straszydło przywiązał. Upiorzyca za nic bowiem nie chciała od zbójców odstąpić, aczkolwiek czyniła to skrycie.


*


Co się zaś tyczy dworowania i dworskich fanaberii; Maksymilian i Jagoda nie poprzestawali w zabiegach, ażeby przyszłej synowej dogodzić i zupełnie im nie przeszkadzało, że przyszły mąż się ulotnił. Uznano powszechnie, że młodzieniec musi się wyszumieć i nikt go nie poszukiwał. Halszka razem z teściową zarządziły konkurs na najpiękniejszą suknię. Zjeżdżali zatem na dwór znamienici krawcy, ażeby swoje projekta przedstawić. A kiedy żadno odzienie, przyszłej księżnej się nie spodobało, na dwór wołano zamorskich kupców, którzy materię wszelaką ze sobą mieli: koronki i hafty, adamaszki, jedwab i taftę, perły, tudzież drogie kamienie. Docierali tam również handlarze żądni zemsty, na których to na trakcie napadnięto i którzy domagali się zadośćuczynienia, a przynajmniej wyłapania i nanizania na pal parszywych rzezimieszków.







piątek, 13 marca 2026

A licho wie IV

17 lutego 2013

Nad Sobótką i opłotkami unosił się swojski smrodek kiszonej kapusty, którą wieśniacy na przednówku z beczek wyciągali i warzyli z niej kapuśniak. Twardostój poklepał wierzchowca po szyi i poluzował cugle: Hejta, wiśta, wio koniku! – cmoknął. -Byleby dalej stąd! Im bliżej było bowiem do zaślubin, tym książe częściej z dworu uciekał, bo mu przymiarki i  smakowanie dań do cna już zbrzydły, za to chęć do nowej przygody odejść nigdy nie chciała. Wykoncypował sobie bowiem, że nim dojdzie co do czego, to się może i zły los odmienii i  po jego myśli jeszcze będzie, a nie pani matki. Włóczył się tedy po zalesionych wąwozach i niedźwiedzich śladów szukał. Na próżno. Niedźwiedź u Dąbrówki na zapiecku sobie spał, a ona ludziom nieufna, z zapasów korzystała i czekała wiosny. Gościńce za to roiły się od chołoty. Nietrudno było trafić na zbójców szykujących się w ukryciu na kupieckie zaprzęgi, a do grodziska na wieść o zbliżającym się weselisku całe karawany szły obładowane tkaninami, wonnościami i kosztownościami. 

*

Twardotój dla zabawy twarz szmatą obwiązał, ażeby nikt go nie mógł wśród zbójników rozpoznać i zaczął szabrować. Ciężki, oburęczny miecz bezczynnie na plecach nie wisiał. I kiedy raz mu się zasadzka udała, począł się dziedzic w zbójowaniu wprawiać. Wkrótce jego kompania liczyła czterech zbójów, a każden o innych wiedział niewiele: Kacper szybkim zarobkiem zwabiony od ciesielstwa odstąpił, Pokrzywka od maleńkości zbójcerzem chciał być, toteż  długo nie trzeba było go do złodziejstwa namawiać, tymbardziej, że pospołu z Mendą od jesieni sakiewki na trakcie obrywali. Menda był przynętą - zwykle o trakt przejezdnych wypytywał, tudzież gospodę, a Pokrzywka z tego korzystał rabując ukradkiem co się da. Później zagrabione miedziaki na jarzębinówkę i dziewki wydawali. Tyle, że na przednówku dla nich dwóch wcale o zarobek łatwo nie było. Z przydrożnych słupów ichnie wizerunki zaczęły uczciwych podróżnych straszyć i o wyznaczonej nagrodzie anonsować. Trzeba więc było bardziej się zorganizować, a najlepiej to zmienić otoczenie. Tak to owi zbójcy trafili na Zaciężnego, jak im się książę przedstawił, a że mordy im obu obił, za to sakiewki nie puścił, to zmyślili się z nim ułożyć. No a później doszedł do nich ciesielski czeladnik. Pomieszkiwali w czterech na skraju stuletniego lasu, tam, gdzie się skały w swoisty krąg przez wieki ułożyły, a gdzie, jak mawiali chłopi jeszcze pół wieku temu czarownicy i wiedźmy magię w czas pełni uprawiali.

*

Twardostój wiedział, że kupiecki zapał kończył się tam, gdzie targowanie i żaden z nich nie będzie chciał ryzykować swej przedsiębiorczej głowy na rzecz towaru. Łupieżcy zatem wiele się nie wysilając odbierali handlarzom pokaźne sumy. Podarki, jakie tego czasu ladacznicom rozdawali, były wręcz legendarne, a dziewuchy tak się rozpaskudziły, że nie chciały się z byle kim łajdaczyć.

*

Tak było i tym razem, złupiwszy karawanę kupców Twardostój i jego nowi towarzysze biesiadowali w Turkaweczce. Beztroskie to były chwile: miód z okowitką lał się strumieniami, zalewajki i krupnioki naprędce ze stołów znikały i niejedna dziewka oblewała się pąsem, gdy naraz dostała klapsa od rozochoconego zbójcy. 

cdn. 


poniedziałek, 9 marca 2026

A licho wie III

 Dąbrówka nie mogła zasnąć. Wielki jak bochen chleba księżyc świecił natarczywie. Zawisł nisko, jakby właśnie tej nocy na koronach drzew miał być złożony jak na stole. Ciemne wierzchołki przeszło stuletnich drzew przysłaniały pobielone śniegiem pola oraz węzeł traktu do książęcego zamczyska i do Sobótki. Przez okno ozdobione koronkową firanką przenikał lodowaty ziąb. Okryła się wełnianą chustą i podeszła do pieca, ażeby podrzucić parę drew. Misiek rozłożył się pod nogami rozkosznie jak to zwykł robić w gawrze oseskiem jeszcze będąc. Dąbrówka ominęła bestię i przypomniała sobie, jak go przygarnęła. Dziewczęciem jeszcze była i wybrała się do lasu po grzyby. Wtem usłyszała z krzaków niby dziecięce kwilenie. Podbiegła bliżej i znalazła tam niedźwiadka w sidłach zastawionych przez kłusowników. Szkoda jej się zrobiło zwierzaka, był puchaty i taki słodki. Niechybnie jako maskotka na łańcuchu u cyrkowców by skończył, gdyby nie ona. Początkowo matka nie chciała się zgodzić na nowego chowańca, ale Misiek miał do dziewczyny wielką słabość, więc nie sposób było zabronić im tej zażyłości, tymbardziej, że wielkiej szkody w domu nie czynił, a z czasem stał się dla Dąbrówki osobistym ochroniarzem, tak że Nawoja przestała się się o córkę bać. Ogień lizał osmalone polana. Wrzuciła do pieca kolejne. Łapczywie zajął się i nimi. Potok zimowych dni dłużył jej się w nieskończoność i  dziewczyna miała wrażenie, że zamarzł w niektórych miejscach jak kra. Układając się do snu pomyślała jeszcze o bezczelnym myśliwym, którego Misiek jesienią słusznie łapą potraktował, i jak go guślarz od nieszczęścia ratował, ale odgoniła to wspomnienie od siebie, bo przecież nie przyjdzie im się więcej spotkać.

***

Na zamek zdążyli powrócić posłowie. Każden z nich przywiózł z podróży wizerunki zamorskich księżniczek, które kandydatkami na żonę dla księcia Twardostoja miały być. Jagoda i Maksymilian posunęli się w latach i wnuki chcieli już bawić, a nie martwić się że ich jedyny potomek w pojedynku o honor jakiej panny zginie. Chcieli mieć pewność, że księstwem będzie prawowicie władać, a nie uganiać się za służebnymi, jakkolwiek byłyby one urodziwe. Wszak wyższym był stanem, a takiemu nie przystoi. Zatroskani rodzice z zaciekawieniem obserwowali reakcje na potrety kandydatek. Jedna odpadła w przedbiegach. Księżna stwierdziła, że w biodrach jest zbyt wąska i nie urodzi, że figura chłopięca, a rysy jakieś takie ptasie. Drugą odrzucił książe i choć wydawała się do tej roli wyjątkowo pasować, to sam zainteresowany określił ją mianem „tłusta”. Trzecia pofatygowała się zjechać na książęcy dwór sama. Prędko swoje wiano przedstawiła, sporządziła kontrakt, a taka była w obrachunkach skrupulatna, że się Twardostój jej gospodarności przeraził. Jagoda radziła odczekać i dać uczuciom szansę, ale czas nic nie zmieniał, za to nękać zaczęły młodego dziedzica rozmaite boleści, także medyka na ten czas wezwano. Ten młodego opukał, osłuchał, wypytał, wszerz i wzdłuż obadał i na koniec ręce w znaczącym geście rozłożył, minę ważną zrobił oznajmiając wszem i wobec, że albo to jaka nieznana mu zaraza, albo dotknęła młodego księcia melancholia. Zima dla Twardostoja była odkąd pamięta udręką. Siedział wtedy na dworze i tęskno mu było za kompanią, ciągnęło ku nowej przygodzie, męczył się wtedy niemożebnie.

cdn.



wtorek, 3 marca 2026

A licho wie II

 (8 stycznia 2013)


-Zabierzcie go do uzdrowiciela! – zarządziła dziewka. -Piorunem!

-Misiek, coś ty zrobił? Niedźwiedź zajęczał gardłowo i spuścił łeb.

 Druhowie wartko zabrali nieprzytomnego we wskazanym przez nią kieruku.

W ruinach zamczyska przebywał wędrowny guślarz. Zaadaptował przy tym rumowisko na swoje potrzeby. Na łąkach i w lesie zbierał niezbędne rośliny i grzyby, które poddawał obróbce i leczył nimi ludzi, odczyniał też uroki, a w zamian za to chłopi znosili mu produkty rolne. Stworzył się przy tym niepisany cennik:

- wyleczone kurzajki – tuzin jajek,

-dolegliwości żołądkowe – dwie piaskowe baby,

-na ból głowy u żony – oprawiony królik albo worek mąki,

- eliksir na chłopską potencję – pęto kiełbasy.

 Wymieniła jednym tchem Dąbrówka. Kiedy dotarli na miejsce, guślarz obejrzał młodego księcia, który zaczynał już dochodzić do siebie i pokręcił głową.

-Niektóre historie mogą napisać jedynie łzy – powiedział wstając i opierając się o swój kostur. Westchnął przy tym głośno, postawił kija krok dalej od siebie i pochylając ciężar sędziwego ciała, znów usiadł na kamieniu. Już myśleli, że zacznie leczyć, bajać, strofować ich, albo napominać i skłaniać do naprawy, ale on zwiesił nagle głos jakby nagle wszedł w jaki trans i jak gdyby każdo wypowiedziane słowo sprawiało mu ból wycedził: - Ale żem wczoraj mikstur namieszał! Chrząknął, mlasnął, splunął na ziemię i począł opowiadać dalej. 

-Dawno, dawno temu, na mglistych wrzosowiskach żyła sobie niewinna dziewczyna. Niewinność – jak każdy guślarz wie, to stan początkowy i przejściowy zmierzający do utraty niewinności – wyjaśnił, jednakże ta dziewczyna była naprawdę niczemu winna. Miała jednak to nieszczęście, że była podobna do pięknej i możnej kobiety w królestwie: zgrabna, ciemnooka, długowłosa, ech… – rozmarzył się ukazując rękoma kształty kobiety, skupiając na opowieści uwagę słuchających.

- A tamta była przebiegła jak ta lisica podczas rui - ciągnął dalej.- Nie tylko męża, ale i doświadczonego magika omotała swymi niewieścimi sztuczkami tak, że czarodziejstwo rozczyniał podle jej zachcianek, nie zważając na to, że wszystko co zrodzone z magii przynosi pomieszanie i chaos w życiu codziennym. Ale co ja wam będę rozprawiał o magicznych prawidłach? To zadanie myślicieli. Otóż ta niewinna dziewczyna padła w sidła intrygi urodziwej jędzy. Pod wpływem mikstury, której jej zmyślnie podano, dziewczyna z wrzosowisk ukochała męża wiedźmy tak bardzo, że po upływie dziewięciu miesięcy powiła mu bliźnięta. Jegomość był jednak wyjątkowo gamoniowaty i nie zauważył zamiany. A żeby tego było mało, bliźnięta: chłopiec i dziewczynka, zostali rozdzieleni przez tą piękną, wpływową wiedźmę zaraz po urodzeniu, co jest oczywiście niedopuszczalne w ezoterycznym środowisku. I dlatego też od tamtej pory maga, który do tego dopuścił prześladuje nomen omen zły omen. Zapadła cisza i nikt nie wiedział co myśleć.

Guślarz wyjął z sukmany bukłak z miksturą niewiadomego pochodzenia i zdrowo pociągnął. Następnie przetarł otwór rękawem i chciał młodych częstować.

-Już dobrze, już wystarczy – przerwała mu zakłopotana Dąbrówka odmawiając poczęstunku, po który sięgnął chętnie Witek spod karczmy Wyrwigrosz i podał zaraz napitek Twardostojowi, który w międzyczasie cudownie do życia powrócił. A ten z niego jak gdyby nigdy nic pociągnął i wcale na chorego już nie wyglądał, bo też umyślnie onego zgrywał, by na jaką czułość od dziewki zasłużyć, jako że był,  bądź co bądź, przez Miśka poszkodowany.

-No to komu w drogę, temu czas! Nie będziemy znachora kłopotać, kiedy chory szczęśliwie ozdrowiał  – dziewczyna popatrzyła znaczącą w kierunku księcia i jego trzech kompanów.

-Jak się spieszysz, to se siądź – uśmiechnął się Twardostój pozorując maniery nieokrzesanego najemnika. Podsunął jej jakiś sękaty zydelek, ale dziewczyna ani śmiała skorzystać. 

Udawał martwego, tylko w jakim celu? - pomyślała. A to nikczemnik! Spojrzała mu wymownie w oczy i pomyślała, że z takim niewdzięcznym i zadufanym w sobie człekiem, to ona nie chce mieć nic wspólnego! 

Wzruszyła ramionami i zawołała Miśka. Niedźwiedź usłuchał i poczłapał za dziewczcyną do ich leśnej chaty.

-Wie jak bestię obłaskawić – szepnął Witek i mrugnął do pozostałych.

-Twarda sztuka – ocenił guślarz spoglądając w ślad za dziewczyną. 

Śmieli się przy tym żartując, ale Twardostój był zbity z tropu. Nie przyzwyczajony był bowiem, że dziewka stawia jakikolwiek opór.


***


Tymczasem na dwór książęcej pary: Jagody i Maksymiliana dotarli pierwsi posłowie z wymalowanymi wizerunkami kandydatek na żonę dla młodego księcia.








środa, 25 lutego 2026

A licho wie I

 


(Tekst powstał 18 grudnia 2012 i opiewa dalsze dzieje bliźniąt, które w poprzednim moim wpisie przyszły na świat. )




Młody książę, któremu na cześć dziada i pradziada dano na imię Twardostój,  poszedł niechybnie w ślady ojca, gdyż  z przeróżnych wymyślnych w świecie uciech najbardziej cenił sobie łowy, łamanie niewieścich serc i łajdaczenie się. Wymienione rozrywki stały się znakomitym powodem, aby w ogóle na dworze nie bywać. Za to Jagoda, która była mu jak matka załamywała ręce nad niepohamowaną chucią, bo młodemu ciągle było mało i mało. Jakaś nieznana wszechpotężna siła popychała go w kierunku zdecydowanie dlań nieodpowiednim: do piastunek, praczek, koronkarek, szykownych modystek, lub gorseciarek, pokojówek, urodziwych, acz naiwnych gęsiarek, dojarek i specjalistek od byśków. Aż tolerancja księżnej zaczeła topnieć i  synowskie wybryki poczęły jej poważnie doskwierać. Myślała ciągle, jakby tu gagatka usadzić? -Czym? -Ano ożenkiem z zacną, posażną, ale niekoniecznie rozgarniętą arystokratką w rzeczy samej! Tak, ażeby teściowa miała jeszcze co do powiedzenia, gdyby trzeba było reagować. Toteż z inicjatywy księżnej matki wysłano poselstwa do okolicznych dworów, a nawet na zamek królewski, aby nadobną pannę księciu przysposobić i szacher-macher prędko młodzież zaślubić, ażeby biedy jakowej z pospólstwem nie zdążyli wcześniej uczynić.

Zanim jednak wrócą – myślał Twardostój – trzeba mi ostatni raz  swawoli zakosztować, a potem… Potem to się zobaczy. Wybrał się tedy młody książe z druhami swemi wiernemi trzema: Janem z Janowic, Bartoszem z Kołomyi i Witkiem spod karczmy „Wyrwigrosz” zapolować w borze na niedźwiedzia.

Rosa drżała wdzięcznie w pierwszych promieniach słońca, kiedy kompania zasadzała się na drapieżnika. Upatrzyli stanowisko nieopodal barci umocowanych w leciwych dębach. Ze sprzętem mieli nieco ambarasu, ale pszczoły zajęte zbieraniem nektaru nie zważały na żadne ludzkie  zasadzki. Przechadzały się cierpliwie po kosmatych pręcikach kwiatów pilnie zapylając to, co trzeba. I nagle w oddali usłyszeli wyraźny ryk i jakby tętent dzikiego zwierza. Powietrze ponownie rozdarł przeraźliwy dźwięk, blisko barci zaroiło się nagle od pasiastych owadów, które przyuważyły agresora. Niedźwiedź zwęszył miód i już był blisko. Naraz począł wspinać się do plastrów ukrytych w konarach drzew, kiedy młody książę wyskoczył na niego z włócznią, cisnął, ale chybił. Zwierzę machnęło łapą, zeskoczyło z drzewa i mało co nie rozłupało młodzikowi czaszki. Na ten czas rzucił się mu nawet do gardła, ale niespodziewanie zatrzymał go dziewczęcy głos.

-Misiek! Misiek, w tej chwili przestań! Nie wolno! Misiek!

Rzeczony misiek zamruczał pod nosem i odstąpił od ofiary. Tymczasem Twardostój  osunął się na posłanie z leśnych paproci, lecz nim stracił całkiem  przytomność, zdążył jeszcze zoczyć zwiewną nad nim postać, która uratowała go od zguby i swoich towarzyszy, którzy właśnie szli mu na ratunek.

cdn.

piątek, 20 lutego 2026

Dalsze losy rzezimieszków - Narodziny bliźniąt

 Kiedy z drzew opadły już ostatnie liście, a gałązki wrzosów pokryły się kryształkami szadzi, przyszedł na Nawoję czas rozwiązania. Wyjęła tedy z klatki białopiórego gołębia, otworzyła okno i posłała go do starej Paciorkowej, która to we wsi gusła odczyniała, a która miała przyjść jej z pomocą, kiedy przyjdzie na nią pora.

Gołąb zatoczył koło nad domostwem, wzbił się w chmurne przestworza i zniknął jej z oczu. Dryfował chwilę ciesząc się wolnością, tak jak człowiek, który uwolni się z ciasnego i mrocznego pomieszczenia i teraz swobodnie oddychać  może. Chwilę później Nawoję przeszył ból jakiego jeszcze nie znała. Z trudem ułożyła się na posłaniu i oczekiwała nadejścia pomocy. Sekundy zmieniały się w minuty, a minuty w godziny. Nie przewidziała jednak, że gołąb zbłądzić może i zamiast usiąść na gołębniku poczciwej Paciorkowej trafi prosto do wieży Sędziewoja. Ten przyjrzał się ptaszynie i w lot skojarzył co się dzieje.

***

   Księżnej Jagodzie słów zbrakło, kiedy od nadwornego czarodzieja o porodzie usłyszała. Czasu było niewiele. Wyprawkę biegiem spakowała i tajemnym przejściem, których w zamku było wiele, a które jej do tajemnych schadzek z Sędziwojem służyły, wymknęli się na wrzosowiska.

Widok był opłakany. Pościel cała w krwi umazana, a brzemienna nieomal przytomność z wysiłku straciła. Widząc w jakim jest stanie mag zdecydował się jej pomóc i mimo iż brzydził się położnictwa jak niczego na świecie i sprawy tak przyziemne wolał wiejskim znachorkom zostawić, w przypadku książęcego potomka, musiał mieć pewność, że wszystko pójdzie jak należy.

***

   Gołąb zboża w wieży nie dostał i do Paciorkowej na dach poleciał. Baba na umówiony znak sygnał pieluchy w torbę spakowała i i w te pędy pobiegła na wrzosowiska. Kiedy dotarła na miejsce, księżnej, pierworodnego i czarnoksiężnika nie zastała. Brziemienna w bólach nie wiedziała co się dzieje. Majaczyła coś o dziecku, o chłopcu, którego powiła, ale guślarka uspokajać ją poczęła i do prawdziwego porodu przymuszać. 

Chwilę później chatę na wrzosowiskach ponownie wypełnił płacz. Na świat przyszło kolejne maleństwo - dziewczynka.

-Widzisz? – zwróciła się do Nawoi. – Cała jest i zdrowa. Po czym położyła zawiniątko tuż przy matczynej piersi. Nawoja rozchyliła pieluszki ucałowała mechatą główkę i liczyć paluszki zaczęła, a mała syta i swoim pierwszym dniem zmęczona, mruczała coś zasypiając.

 ***

   W tym samym czasie książę Maksymiliam, jak przystało na męża, warował pod drzwiami czuły na każdy głos dobiegający z sypialni żony. Nie posiadał się ze szczęścia, gdy wziął na ręce syna i nie zwrócił nawet uwagi, że jego połowica olśniewa urodą i nic a nic nie jest umęczona porodem. Za to nalegał, żeby nie wstawała i nie forsowała się nadto, że medycy i służki wszystkim się zajmą. 


freepik.com 

poniedziałek, 9 lutego 2026

Dalsze losy rzezimieszków - Słodko - gorzka tajemnica

Nawoja zdziwiła się trochę, gdy ujrzała księżną w identycznej do swojej sukience. Nie sposób było jej odmówić tak strojnego podarku. Gładka, jasna materia opinała talię i opadała z rozmachem w dół. Na całej powierzchni wiły się liliowo kwitnące pnącza. Dekolt i rękawy wykończone koronkową gipiurą... Była zachwycająca.

- A teraz - rzekła wielka pani - nałożymy maski, bo to nie jest zwykły bal, a maskowy. -Przykryj lico i baw się jak nigdy dotąd! Zaśmiała się.

- Niech żyje bal! Skinęła na pokojówkę, która  podała Nawoi puchar napełniony winem i trąciła swoim. - Do dna!

Na wieliej sali tańczyło już wiele par. Wirowali w takt muzyki. Ośmielona Nawoja trafiła w ramiona nieznajomego. Od tej pory wszystko zaczęło się dziać jak we śnie. -To chyba wino - myślała. I drżała przy każdym dotyku i co raz bardziej śmiałej pieszczocie. Nie wiedzieć kiedy trafiła do wielce szykownej komnaty, w której spędziła swoją pierwszą noc z mężczyzną. 





Nigdy wcześniej nie czuła się tak. I nigdy wcześniej tak nie wstydziła, gdy rano otworzyły się drzwi i do środka wtargnęła jej dobrodziejka. Nie budząc nawet śpiącego, wyrzuciła z pokoju, a dalej wartownicy pochwycili ją w jednej tylko koszuli i wyrzucili z zamku na bruk. 

Szczęściem dopiero co świtało. Rynek solny nie zapełnił się jeszcze kupcami. ani kumoszkami. Strażnicy przy  głównej bramie przepuścili ją uśmiechając się pobłażliwie.

¤¤¤

   Nawoja nieraz opłakiwała noc spędzoną w zamku. Przed oczyma duszy widziała korowód ludzkich masek i dworski przepych; tysiące barw, dźwięków oraz smaków, które dla jednych mogły być spełnieniem marzeń, dla niej stały się przyczyną wstydu. Zdawało jej się, że gdy płacze nad utraconą niewinnością, razem z nią płacze całe niebo. Lato miało się ku końcowi: chmury z dnia na dzień gęstniały, a gdy tylko słońce chyliło się ku zachodowi w dolinach układał się przenikliwy chłód. Wszystko inne odbywało się tak, jak co roku o tej samej porze. I kiedy chłopi zbierali swe plony z ogrodów i sadów, tak i ona pieczołowicie zapełniała swoją spiżarnię rudą marchwią, cebulą i brukwią. Gdy tylko ustały słotne dni, zbierała maliny i kalinę do glinianych garczków i przykrywała je słodką pierzynką. Pełne kosze grzybów nawlekała  na nici jak korale i rozwieszała przy piecu. Odtąd w jej chacie pachniało leśnym runem.  A kiedy tylko pająki zaczęły snuć babie lato, udała się do młynarza w okolice Sobótki, by zdobyć na zimę worek mąki. Po drodze poczuła zapach ogniska i swąd zwęglonych smakołyków. Młode pacholęta utrudzone wykopkami grzebały kijami w żarze i wytaczały zeń osmalone kule.

-Wiedźma! – usłyszała za sobą i zaraz posypały się za nią podgniłe od ulewy ziemniaki. Ledwo uszła z tego cało. Od tej pory omijała wyrostków z daleka. Tylko starej Maciejowej zwierzyła się z tajemnicy, którą pod sercem nosiła. Sekret mierził Maciejową prawie dziewięć dni i byłaby się starowinka udusiła, gdyby nie sąsiadka, która do niej przyszła i od męczydła uwolniła. Tak oto od słowa do słowa zwiedziała się o sekrecie cała wieś. Ba! Wieść krążyła po dziedzińcach jak kraj długi i szeroki i wszyscy już o potomku czarownicy z lasu wiedzieli, prócz samego księcia, który bystrością w rzeczy samej nie grzeszył.

¤¤¤

   Księżna Jagoda czekała rozwiązania sama udając stan błogosławiony. Jak jej się to udawało nie sposób wytłumaczyć. Tak, czy siak, nauki magiczne pobierała u samego Sędziwoja, który rozsiadł się w książęcej wierzy i kamień filozofów produkował. Ale nie o złoto tutaj szło. Uwagę jej książęcej mości przyciągnęła legenda o nieśmiertelności tego, co ów kamień posiądzie. Niespełna trzydziestoletnia już Jagoda chciała więc wydrzeć naturze tajemnicę wiecznego życia.  

c.d.n.

czwartek, 5 lutego 2026

Haiku zimowe III

 cicho cichutko

zagruntowany obraz 

za oknem prószy


***

pobielony brzeg

środkiem bije nurt rzeki

czasem się chowa

 


freepik.com 


***

uwija się wiatr

trwa nasion podniesienie

 sakrament lata


*** 

dzisiaj rudziki

obiecały mi wiosnę

słońca promienie


freepik.com 



czwartek, 29 stycznia 2026

Dalsze losy rzezimieszków - Nawoja

 Nie sposób było jej nie pokochać. Gładka, biała jak mleko skóra jaśniała wśród okalających ją pukli swobodnie opadających na ramiona. Poruszała się z gracją nieznaną chłopkom z Sobótki. W szarej, prostej sukience z naręczem kwiatów wylądała bardzo niewinnie i od razu spodobała się księżnej. 

- Na co ci te kwiaty? Powiadają, że   nieszczęście przynoszą – zagadnęła.

- Jeśli  mogą przynieść to na pewno nie mi – odparła śmiało.

- Hardaś, choć nie wiecie chyba z kim rozprawiacie… 

- Nieszczęście to mogą przynieść tym, co w nie wierzą. Mnie już żadne niestraszne. I opowiadać księżnej poczęła, jak to w młodym wieku oboje rodziców straciła, o rzeszy zalotników, co żaden krzty rozumu nie miał i jak to jej dom na pogórzu poborcy księcia Maksymiliana zabrać chcieli i jak sama borykać się z trudem dnia codziennego musiała. 

Spodobała się księżnej ta prosta dziewucha, bo nie dość, że z urody, to i w sprycie była do niej podobna. Zapragnęła więc mieć ją przy sobie. Zeszła z kasztanowego ogiera i pociągnęła za uzdę, by zrównać się z dziewczyną. 

-Mieszkasz tu na odludziu, sama o wszystko się troszczysz, nie marzyłaś nigdy o innej doli?   O pałacu i bujnych ogrodach, w których można się zgubić? Cienistych krużgankach i balach na sto par? 

Młoda kobieta zaprzeczyła. -Każdy powinien znać swoje miejsce – odpowiedziała.

- Ale co to za odpowiedź? Powinnaś mieć jakieś porównanie, zobaczyć wielki świat. Na moim dworze byłabyś uwielbiana, bardowie śpiewaliby dla ciebie pieśni, rycerze walczyliby o twe względy. 

¤¤¤

   Po takich zapewnieniach Nawoja zaczęła rozmyślać. A przy kolejnej wizycie uległa namowom księżnej, która obiecała  wprowadzić ją na salony. 

I rzeczywiście. Kiedy obie niewiasty dotarły na zamek, pani przedstawiła dziewczynę jako swą  krewną. 

A Nawoi aż kręciło się w głowie od przepychu, który zewsząd ją otaczał. Na dziedzińcu i  pokojach krzątało się mnóstwo osób. Jeszcze więcej spoglądało z portretów i luster. 

 

¤¤¤

-Ładna – stwierdził Sędziwój – ale czy, aby nie nazbyt bystra? – spytał zwracając się do księżnej. - Musiała mieć jaką wiedźmę w rodzinie – zawyrokował mag, a na jego twarzy pojawił się brzydki grymas. - Chłopki nie patrzą w taki sposób. Ich twarz nie zdradza oznak zamyślenia.

 -Prędko, musimy działać. Zdaje się, że nie zechce długo tu pozostać – odparła zaniepokojona. Wkrótce po tajnej naradzie w wieży czarodzieja i dzięki usilnym zabiegom księżnej, miał się odbyć na dworze bal. 

cdn.

freepik.com 


wtorek, 13 stycznia 2026

Kalendarze

 Na progu Nowego

samoistnie rachujemy

bilans zysków i strat.

Gdy wskazówka opadnie

a noc zapłonie zorzą,

bieżące traci na wartości,

 wymawiamy wzajemnie życzenia

- satysfskcji z współistnienia...


Skrycie przy tym wypatrując

łaskawszego  dla siebie przesłania:

jakiejś złotolicej wróżby,

jakichś roześmianych oczu  

dla niepewnych czasów.


I choć każdy ma swe racje,

nieustannie trwają eliminacje.

- Ludzi co odeszli, 

przyszli lub nadchodzą.

Pomysłów i zmian, 

znów pracy nad sobą...


Na progu Nowego

bywa, że jesteśmy odarci ze złudzeń.

Na przekór wszystkiemu

na cześć i chwałę tym, 

co nas wybiorą, 

 zostańmy w zgodzie z sobą.



freepik.com