tak mi dziś pstro w głowie
jak za zielonych lat
klatka po klatce mknie
podwórkowa brać
struga łuki dzidy i proce
na polowanie na niby
połowy w rzece
by w kąpieli wiaderka zawrzeć
srebrne ryby nieme małże
gdzie sięgniesz wzrokiem las
pola bezbrzeżne trawy
zgodne statków dryfowanie
o nie to piracka bandera
zielone liście jak pieniądze
wystarczało z drzewa rwać
po coś i żeby mieć
uczyliśmy się na nich grać
na moment i mimowolnie
przerywając dzikie gonitwy
gubiące pościg co na ogonie
poprzez prerie dżungle kaniony
by ukryć skarby świata
muszle szkiełka kamyki
odebrane potworom z głębin
złote grudy i złote myśli
jak wydrążone ziemi pędraki
tam gdzie rechotanie błotnych żab
umykające pasikoniki
kluczem do gwiazd i nieba
skreślony szlak
w swojej obecności
z przeszłością się mierzę
i na nic mi te przymiarki
buty nie do pary
ubrania nie pasują
nie pozwalają dalej iść
przyglądam się chwili
przyglądam się sobie
na cyferblacie
kolejny wyrzut zegara