Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wiedźmińskie terminatora przypadki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wiedźmińskie terminatora przypadki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 kwietnia 2024

Wiedźmińskiego terminatora przypadki - XIX

Kiedy Żywia uciekła z biesem od swej niedoli u Wodnika z wielkiego jeziora, w górę rzeki się skierowali. Mijali łąki, pola i osady. Rzeka gdzieniegdzie meandrowała, gdzieniegdzie rozlewała się łagodnie, innym razem wartko spadała w dół. Naraz na brzegu zoczyli ludzkie stadło. Kukłę społem topili. Żywia dobrze wiedziała, co się święci i że to  słomiane straszydło to Marzanna -  pani zimy i pomorku. Chłopi rozwścieczeni przeciągającą się zimą bili ją i widłami dźgali, by koniec końców podpalić i resztki tradycyjnie w nurt rzeki wrzucić. 

Z daleka mijając tubylców popłynęli w spokojniejsze okolice, aż głód im w oczy zajrzał i wydrążoną w pniu drzewa łódź w cichym zakątku zacumowali. Kraina ta wydawała się mniej surowa, miejscami niemal płaska, zewsząd otaczały ją upstrzone kaczeńcami rozlewiska. Z nieba słychać było skowronka, w ciepłych kałużach żaby rechotały. Na niewielkim  wzniesieniu stała widać dawno zamieszkała chata. Tam też się udali i zaglądnęli w okna. Zdawało się, że panuje tam półmrok i cisza. Lekko pchnięte drzwi rozwarły się z jękiem. Zdziwili się ogromnie, bo w domu matka przy dwóch oseskach się krzątała.. Jednego tuż przy piersi sobie trzymała: biedny ledwo mleko połykał tyle go miała. Drugiego w  tym czasie w kołysce kolebała i cichutko śpiewała: 

Luli luli luli

moje dzieciąteczka

słońce ziemię tuli,

chłopczyka dzieweczka.


Luli luli luli

uśnijcie oboje,

dajcie żyć matuli

wszak się nie rozdwoje...


Bies zbaraniał kiedy nakazała mu dziecko bujać. Ale robił to tak sprawnie, że srajdek prędko usnął, a i drugiemu oczy się wnet zmrużyły. 

-Patrzcie go jakie ma łapy dobre do dziecków! Jakby co, będziesz u mnie za niańkę robił! - oznajmiła nieznajoma. 

Bies wpierw oczy wybałuszył i pod nosem coś zaczął mamrotać. Ale, że go nikt nie  zrozumiał, to matka dzieciom zwróciła się do Żywii. 

- Co was do mnie sprowadza?

-Zatrzymać się gdzieś musieliśmy. Jeśli pomocy od nas pani chcecie, to pomożemy. - Spoczynku i strawy nam trzeba, a potem odejdziemy w pokoju.

- Wołają na mnie Żywia. Terminującą wiedźmą jestem, a to mój  chowaniec wskazała na biesa.

- Belzebób - niespodzianie ozwał się. - Amator bobu - diablę wyciągnęło swą kosmatą łapę na powitanie nieznajomej pani i dłoń jej ucałował. 

- Toćcie lepiej trafić nie mogli jak do Mokosz w gościnę! - zakomunikowała.


Węże wodne - Gustav Klimt

Mokosza pół roku wędrowała po tej krainie,  a gdziekolwiek się pojawiła, zakwitały kwiaty i drzewa, a pola rodziły plony. Kochliwa przy tym była okrutnie! Wolnych i z żenami mężów lubiała jednako. Czy to bóstwo, czy niebożę swym urokiem opętywała. Dlatego co roku mniej więcej o tej porze  rodziły się najpiękniejsze dzieci z ojców niewiadomych. O wielkich błyszczących oczach, pięknych rysach i budowie, a większość z nich miała moce ludzi ku sobie zjednywać: bo tam i talenty wszelakie i uroda była. Mokosza przygarniała do siebie również wzgardzone kobiety. Wszystkie jej hołd, żertwy i modlitwy składały; Od tych, co z byle pachołkiem na sianie się turlały, po zamożne i wpływowe panie z dworków i zamków. Od dbające po obejście, w tym oborę i chlewik, chłopek, po urzędy piastujące matrony. Jej się wszystkie wypłakiwały. Jej o pomoc i opiekę prosiły. Jedne i drugie: chłopki, czy białogłowy, zwykle przez dziatwę lub jej brak  łzy swe roniły. Nic bowiem wówczas takiej wagi nie miało jak dola i rodu powodzenie.  Jeśli o prostych chłopów zaś  się tyczyło, czy o jaśnie panów, to jednakie skargi słyszała: "Wszystkie jak te wieprze!", "Dobre jeno do bijatyki i pijatyki!", "Jak pod nos nie postawisz, to nie zeżre!" Mokosz była im jak macierz: święta, mokra, płodna ziemia. Od niej dżdżysta ulewa, rzęsiste wstęgi rzek i wszelki urodzaj. Gdziekolwiek się pojawiła, powietrze wypełniał zapach świeżo koszonej trawy i kwiatów. Pszczoły roiły się i barcie opuszczały: same z drogi bartnikom ustępując, tak by mogli bez żadnych przeszkód wydobyć ociekające miodem plastry. Mokoszę wraz z nadchodzącą jesienią zastępowała Marzanna. Sporu ze sobą jednak nie miały i jak siostry dzieliły się ziemią zamiennie i każda po pół roku we władanie ją brała. Wszystko czym zarządzały podlegało bowiem odwiecznemu prawu i mądrości: wszystko, co ma swój początek, posiada swój koniec, a koniec jest początkiem odrodzenia.

sobota, 30 marca 2024

Wiedźmińskiego terminatora przypadki - XVIII

 Nie była ostrożna. Nie skryła się i nie spodziewała się tego, co się stanie. Poszła po prośbie do gospody. Poczęstowali ją kaszą na liściu kapusty. A kiedy wychodziła płócienny worek spadł na nią od tyłu, zasłonił oczy i twarz. Słyszała naglące głosy karczmarza i wieśniaków. Na przegubach sznur związali mocniej, nogi - tak by mogła zrobić krok. Szturchali i ciągneli w nieznane. Kiedy pod stopami wyczuła wodę i miękkie dno, pozwolili jej patrzeć. Z jeziora wynurzył się wodnik. Oczy miał rybie wybałuszone i zimne. Zlepione włosy ociekały wodą i szlamem. Szmer przerażenia przeszedł przez tłum. Kobiety zakrywały dzieciom oczy, mężczyźni trzymali widły i kosy skierowane w stronę jeziora. Przed szereg wyszedł Żerca, który przemawiał potwierdzając nowe przymierze  i przyjaźń z wodnym stworem. W końcu zwrócił się w stronę jeziora.  Ludzie rozstąpili się, kiedy pan jeziora wyległ przed zgromadzonych na brzeg i wziął do ręki przekazany mu sznur. Wodnik pociągnął Żywię za sobą. Chłopi na brzegu jeziora odetchnęli z ulgą 

Słoneczne promienie przenikały wodę i promieniście spadały na dno. Gdzieniegdzie oświetlały muł, z innej strony skały i piach. W wodzie unosiły się i opadały warkocze wodnych traw: rozwidlone gałązki grążela, łodygi grzybienia i strzałki wodnej. Te ostatnie sięgały wysoko tafli wody, zewsząd podpływały drobiny rzęsy wodnej i odgłosy falowania. Bezbronna wiedźma w podwodnym świecie ujrzała kolejne zgromadzenie. Były tam topielice, brodarice i rusałki. 

Na samym dnie, wodne istoty ich otoczyły i zwarły krąg. Żywia widziała w ich obcych oczach pogardę i niechęć, a może nawet zazdorść? Nie rozumiała tej złości. Nie zabiegała o to. Wszystko działo się mimo woli. Zniekształcone sylwetki, sine usta i ciała przerażały ją. Zaciekawiona odwróciła głowę w stronę, w którą spoglądała podwodna brać. Najohydniejsza z  istot w asyście dwóch ogromnych rozmiarów węgorzy przyniosła muszlę, wypełnioną osobliwą cieczą i niemym gestem kazała pić. Na nic zdały się odmowy. Rażona niespotykanie silną magią złożyła wargi na brzegu naczynia. Zawartość pokonała gardło,  przełyk i drogę do żołądka, a także resztki świadomości. Kiedy się ocknęła, nie była już tą samą dziewczyną.  Dzięki magicznej miksturze zmieniła się, aby przetrwać. W tym równoległym podwodnym świecie musiała nauczyć się oddychać, z czasem rozwinęła więc tą umiejętność. Musiała również porozumiewać się z jej mieszkańcami i udało się to za pomocą rozwiniętej u wiedźmy telepatii. Dzięki niej dowiedziała się między innymi, że ma być poślubiona wodnikowi i stać się naczyniem wypełnionym nadzieją dla podwodnego świata. Intuicyjnie wiedziała, że potwory z jeziora czekają na życie, które z jej pomocą zmieni tę krainę. Prócz wodnika, żyjątek i ryb zamieszkujących toń ogromnego jeziora, reszta demonów była martwa.  Kiedy nadszedł czas, Żywia złożyła skrzek.  Setka oczu patrzyła teraz na nią z wyrzutem, a ona patrzyła na te jajeczka i zastanawiała się, jak mogło do tego dojść? Przecież prowadziła się należycie.  Wprawdzie w wieku lat dwudziestu często rozprawiała z kamieniem filozoficznym, kiedy pomieszkiwała kątem u alchemika, ale włożyła jego słowa między bajki. Kamień filozofów zapewnił ją wtedy, że zostanie królową podwodnego świata, a nawet da początek nowej dynastii. Ale kto by tam brał na poważnie słowa kamienia? Śmiała się z tych jego opowieści i źartowała, że będzie wielką panią. Mimo wyraźnych względów i większej swobody, wciąż tęskniła za dawnym życiem: za słońcem,  ziemią, za zielonym pagórkami i lasem, który o tej porze roku budził się do życia. Pod powiekami widziała falujące łąki  z wonnymi kwiatami. Pewnej nocy, kiedy wpatrywała się w lustrzane odbicia księżyca, nie wytrzymała i wypłynęła. 

Niespodziewanie kosmata dłoń chwyciła ją i wciągnęła na łódkę. To bies przybył jej na ratunek! Skąd wiedział, że potrzebuje pomocy?

c.d.n.



czwartek, 4 stycznia 2024

Wiedźmińskiego terminatora przypadki - XVII

 Wędrowanie od wschodu do zachodu słońca mocno Żywię utrudziło. Blisko wieczora zaczęła więc szukać miejsca, gdzie by mogła bezpiecznie przenocować.  Zwykle było to legowisko złożone z suchej trawy na leśnej polanie. Kiedy padało, musiała postarać się bardziej. Wówczas  szczelina w skale lub naprędce zbudowany szałas stawał się jej pałacem. Nie przywiązywała się jednak do tych wytworności, porzucała je bez żalu i szła dalej. Bywało, że krajobraz był jednostajny, a niekiedy zmieniał się wraz z porą dnia. Innym razem musiała zboczyć z drogi omijając zawalony przez osuwisko szlak lub przedostać się na drugi brzeg rzeki. Czasem przez cały dzień nie widziała żywej duszy, innym razem przedzierała się przez zatłoczone gościńce.  Mijała lasy, pola, pastwiska. A za nią, nie wiedzieć czemu i po co, wędrował również kosmaty bies - wielki smakosz i koneser bobu - Belzebób.  Żywia jakby to przeczuwała, lecz nie odganiała go wcale. Wydawało jej się nawet, że czarci pomiot się jej lęka. No bo niby czemu tak się  skrada ukradkiem, miast zdradzić: o co mu właściwie się rozchodzi? A i w towarzystwie się przecie lepiej podróżuje.

 Przekraczając rzekę, zobaczyła młyn i osadę nad ogromnym jeziorem, którego brzegi porastała pałka wodna i tatarak. Od razu poznała, że mieszkańcom wioski dobrze się powodzi. Pokryte trzcinową strzechą chaty zdobiły malowane wzory przedstawiające podwodne stworzenia i rośliny, a okiennice pokrywała rybia łuska. Między jedną, a drugą zagrodą, na ścianach domów, opłotkach oraz przeznaczonych do tego skrzyżowanych tyczkach, suszyły się rybackie sieci. Wiedźma weszła w ten labirynt i ruszyła ku karczmie, ażeby tam się za robotą i noclegiem rozpatrzeć.

 W tym czasie gdzieś na środku jeziora pojawił się mroczny cień, a w głębinie coś się zakotłowało. 

W wiosce było wielkie poruszenie. W tę najkrótszą z nocy wszyscy wylegli nad jezioro. Byli tam drobni rzemieślnicy, w tym kowal, okoliczni chłopi i rybacy z rodzinami, poławiacze bursztynów i pereł, oraz flisacy. Wszyscy z pochodniami z przejętymi twarzami spoglądali na pomost, na którym żerca szykował ofiarę przebłagalną. 

- Co tu się odbywa? - myślała gorączkowo Żywia dołączając do reszty.

Tymczasem z jeziora wynurzył się olbrzymi i oślizgły, półnagi wodnik. Przez zgromadzonych przeszedł szmer i trwoga. Oczy miał wielgachne, zimne i rybie, włosy długie i niechlujne, skórę zielonkawą na niej wypustki, błony pławne między palcami.

Żerca podszedł bliżej trzymając w jednej ręce koguta, w drugiej postronek z młodym koziołkiem na jego końcu. Zwierzę zapierało się kopytkami o deski pomostu najwyraźniej przeczuwając fatum jakie nad nim wisi. 

Ale wodny potwór nie zamierzał przyjąć przygotowanych dla niego darów. Wzburzył tylko wodę i odgrażając się zapowiedział, że powróci nazajutrz wziąść sobie dobrowolnie lub pod przymusem kobietę za żonę. Po czym zapadł się w szlam, a woda za nim złowieszczo zabulgotała.

Ludziska zlękli się okrutnie. Nikt bowiem nie chciał oddać swej baby, ani córki temu potworowi za żonę.

c.d.n.



Iwan Biblin - Wodnik 

rycina z netu.

niedziela, 24 grudnia 2023

Wiedźminskiego terminatora przypadki XVI

 Zaiste dziwne było to królestwo. I nikt nie wiedział, jakim cudem ono właściwie funkcjonuje? Królowa w nocy spać nie mogła, bo co rusz spazmów i migren dostawała, między posiłkami - globusa, a duszności męczyły ją na  samą myśl, kiedy tylko skarbnik królewski do jej komnaty miał zapukać. Sam mistrz prowadzenia ksiąg przychodów i odchodów, dostawał nerwicy natręctw, kiedy tylko miesięczne sprawozdanie, czy zaplanowany budżet państwa do podpisania miał dać. Albowiem jej miłość wielce nie lubiała rachować i koronny skarbiec na zbytki trwoniła: wszelkie pozory i utrzymanie dworu kosztowało bowiem krocie, nie wspominając o innych państwowych wydatkach: przyjmowaniu zagranicznych poselstw, wspieraniu kuglarzy (zwłaszcza mało komu znanych wędrownych celebrytów) i dbaniu o oprawę artystyczną podejmowanych przez jaśnie państwa gości. Bo trzeba wam wiedzieć, że biesiadować w tym królestwie lubieli wszyscy: od stajennych i pastuchów, poprzez pomywaczki i pokojowe, kończąc na jaśnie państwu właśnie. Król Ferdynand  bez Zęba na Przedzie wielkim był "patriotą" i lubiał się otaczać podobnymi sobie "patriotami". A każdego, kto mu się w chwili słabości, to znaczy odwagi, sprzeciwił, bez ceregieli między oczy bił, nie bacząc na argumenty. Król na zagranicznych wyprawach zbrojenno-łupieżczych zęby swoje zjadł. Od maleńkości jednak żywił okrótny wstręt do nadwornego kowala, który jako wyrwiząb pokątnie sobie dorabiał, toteż odwiedzać go nie zamierzał. Owa historia odrazy sięga czasów odległych, kiedy jako pacholę  przyłapał rzeczonego kowala z rodzoną matką - królową Błoną na intymnej schadzce w królewskiej łożnicy. Ten widok tak zapadł młodemu Ferdkowi w pamięci, iż przestał o higienę jamy ustnej dbać.  Incydent ten uczynił więc w królewskim uzębieniu straszliwe spustoszenie. Stał się też powodem od krórego król dostał swój przydomek - Ferdynand bez Zęba na Przedzie.


***

Żywia popatrzyła jeszcze raz na rubieże tego cudacznego państwa i postanowiła pójść dalej. Jako znajda, nie była przynależna żadnemu stanowi, ani jako chłopi - ziemi, ani jak rzemieślnicy do swego warsztatu, toteż nie było jej żal zostawiać miejsca, które choć znała, do końca jej nie było. Zanim opuściła chatę alchemika obiecała mu, że będzie do niego zaglądać,  ilekroć tylko będzie w okolicy i poszła dalej. Za nią od drzewa do drzewa poczłapał nieszczęsny bies. Nie było mu łatwo gdziekolwiek się skryć, bo poroże urosło mu ogromne i często nim o gałęzie w lesie  zawadzał. Przestał też odwiedzać przydrożne karczmy, bo nie dawał rady przez podwoje wejść, no ale robił co mógł, by pozostać niezauważonym.

cdn.



piątek, 15 grudnia 2023

Wiedźmińskiego terminatora przypadki XV

 Dni mijały, Żywia spędzała je zwykle w otoczeniu zwojów i starodruków. I kiedy tylko jakieś zaklęcie sobie chciała przyswoić, zaraz je ćwiczyła, by lepiej zapamiętać. Prowadziła przy tym księgę, gdzie spisywała swoje obserwacje, przyczyny i skutki zamawiania, wpływ na otoczenie, tudzież na pogodę. Praktykowanie kończyło się zwykle długimi  wędrówkami w głąb siebie i po drzewie życia; czasem w dół i  na zewnątrz przez portal, którego przekraczanie nie sprawiało jej teraz większych trudności. Chyba, że Leszy ją przy tym zoczył i zaraz na kraj lasu chciał odprowadzić. Żywia dobrze wiedziała do kogo ów głąb kniei należy, ale i tak tam ciągle wracała. Podczas tych  wiedźmińskich podróży odnajdywała swoją siłę. Nikomu nigdy nie zdradzała, gdzie szuka swego światła. Źródło mogłoby stracić moc i ona o tym wiedziała. Chroniła je więc swym milczeniem. 

Portal jasnym błyskiem otworzył się automatycznie wśród drzew i zamyślona Żywia przekroczyła próg, by wrócić do komnaty, gdzie ostatnimi czasy pomieszkiwała. Nagle pojawił się w niej gospodarz.

-Tynktura niegotowa, a ty sobie wycieczki urządzasz?! -okrzyczał ją alchemik – zaraz mi tu wracać do roboty! Tyle mamy zamówień przed nowym  rokiem! Żartowanie z czeladnika było bowiem w dobrym tonie, a tradycję, jak wiadomo, należy przekazywać z pokolenia na pokolenie, tak jak wianki rzucane przez dziewczęta na wodę w Małą Nockę , jesienne dziady , czy dekorowanie wiecznie zielonego drzewka.

- Szukałam w lesie drzewka - odparła  zaskoczona. Chciałam ci chatę do świąt igliwiem przybrać, jemiołę zebrać i siankiem kąty powyścielać. Przyszłam się u ciebie schronić, a tyś mnie diabłu za parę miedziaków sprzedał! - nie wytrzymała.

 I widać było dobrze, że Żywia nie żartowała. Alchemik chciał jakoś zmienić temat i do zbioru ziół natchnąć i  zachęcić zanim całkiem co żywe przymarznie, ale Żywia nie odpuszczała.

- Już więcej pod ziemię do diabłów nie wrócę! Ten któregoś nasłał, niepotrzebnie tu przychodzi i w okna zagląda. Niech sobie diablice w ich alkowach odwiedza, ja nie mam nic do tego.  

Po tej rozmowie Żywia nie na żarty zaczęła myśleć o odejściu. Miała wszystko, co trzeba, żeby zacząć własną praktykę.

cdn.



piątek, 10 listopada 2023

Wiedźmińskiego terminatora przypadki XIV

   Wy psubraty, psiesyny zapchlone, tfu! -Niedoczekanie wasze! - szumiało Żywii w głowie. Z natury spokojna dziewczyna rozsierdziła się. Nie będzie nikt mną dysponować, ni do niczego zmuszać, basta!

I kiedy nieświadomie alchemik z żercą targu dobijali, nieoczekiwanie obruciła się na pięcie i wyszła.  Mimochodem otworzyła portal i tyle ją widzieli.

A ona dziarsko minęła opłotki i śmiejąc się do siebie głaskała pierzaste trawy. Uśmiechem witała znajome ogródki i późne kwiaty. Pod dorodną jabłonią odnalazła słodko - kwaśne owoce - jej ulubione.



-Bąki zbijać? - usłyszała przez okno. -Każden jeden mądry, więcej rozpowiada, niżli robi! - usłyszała piskliwy kobiecy głos. 

 Takich przytyków okrótnie nie lubiała. Ale koniec końców sama przyznać  musiała, iż nauki nijakiej u alchemika nie zdobyła i prawie nic nie czarowała. Tyle co w księgach się rozczytała i zaklęcia nowe przejrzała. Tyle przez te półtora miesiączka skorzystała. Żaden to dla niej mistrz, czeladnik zaledwie być może  i to średni. Po co mnie tam siedzieć kiedym świata ciekawa? 

***

Za siołem na uboczu stała chatka, do której podążała. Czuła, że Konwent szykuje się do zabiegów magicznych na Dziady.

***

Słuch jej się wyostrzył i znów głosy słyszała. -Próżno jej zabraniać – stwierdziła Haścowa. -Przyroda w rozmaity sposób przygotowuje niedojrzałe pędy do tego, by wydały plon. I wcale nie pławią się ciągle w słońcu; obmywa je deszcz, gwiżdże w nich wiatr. 

-To dlaczego ty jesteś sama? – Burknęła babka.

Haścowa westchnęła i odpowiedziała jej spokojnie: 

-Z tego samego powodu co i ty! - wypaliła. -Sama wiesz, opuściłaby mnie cała magia, gdybym przestała być. Znów ci wyłuszczyć jakim utrapieniem jest chłop w chałupie?

-  Pierwsze i najważniejsz - psuje ezoteryczny porządek,

 - Drugie utrapienie - to nieustanne marudzenie,

 -Trzecie, regularne kulinarne żądania,

 -Czwarte, wydzieliny oraz wyziewy poranne - wymieniała  Haścowa.

- I nie ckni ci się za ciepłą pierzyną? - spytała babka rozbawiona.

 -Daj spokój! W moim wieku? Zwyczajnie idę, biorę co chcę i kiedy chcę - zaśmiała i machnęła ręką.

Żywia posłyszała to wszystko, poszła pod drzewa i zerwała wierzbową witkę i naprędce splątała ją z dębową – w ten sposób zamierzała spętać czarodziejską formułą  istotę przeznaczenia.    

-Nie wolno ci! – zaskoczyła ją Jewka. Dłoń Żywii zawisła nad kociołkiem z halucynogennym wywarem. -Nie wolno ci wiązać ponownie ich losów Żywia! Póki sami się na to nie zdobędą, nie wolno ci w to ingerować – kręciła przecząco głową na znak, że zakazu w żaden sposób nie można obejść.

-Ale w księgach stoi, że można a nawet powinno się wpływać na rzeczywistość… – nie dokończyła, bo przerwała jej babka, która dopiero co przyszła.

-Wiedźmy żyją odrobinę inaczej. Nie mieszają się w przebieg zdarzeń naturalnych, bo wierzą, że tylko Matka Natura może zachować porządek i są temu prawu posłuszne. W zgodzie z naturą, co znaczy, że akceptują, iż istnieją drapieżniki i ich ofiary. Nic ponad to – zakończyła.

-A te wszystkie zaklęcia i uroki, eliksiry i medykamenty? Czy one też nie zmieniają osnowy rzeczywistości? – dopytywała się Żywia. 

-Zmieniają, ale nie mogą zmienić praw rządzących przyrodą – odpowiedziała Borowikowa – dlatego to takie ważne. Kiedy zechciałabyś odwrócić bieg zdarzeń dla swojego kaprysu, to twój zamiar mógłby przynieść nieprzewidywalne skutki dla wszystkich żyjących stworzeń.

Wiedźma spojrzała jeszcze raz do baniaka z brunatną cieczą. Na powierzchni tworzyły się i pękały pęcherzyki powietrza, chwilę później pojawiły się coraz większe i większe koła tak, jakby ktoś powrzucał do spokojnego stawu kamień i… Żywia znów zapadła w trans i ocknęła się ... w chacie alchemika.

To jakieś fatum - przeszło jej przez myśl. I zaczęła szukać hasła pod literą F.

-Kiedy przyjdzie czas, wszystko to się nieuchronnie wydarzy. Jest to opisane w gwiazdach.


niedziela, 15 października 2023

Wiedźmińskiego terminatora przypadki XIII

     

   Wędrowiec wkroczył do miasta, odnalazł pracownię alchemiczną i przekroczył jej podwoje. Dzwonki zaczepione u drzwi zagrały przeciągając wysokie tony jakby to był trel skowronka. W środku jakaś młoda dziewczyna przelewała do menzurek aqua vitae. Nieco dalej stary znajomy rozparł się na krześle i dyskutował z kamieniem. Przygodnego wędrowca mógłby zadziwić, a nawet zaniepokoić, taki widok, ale nasz znajomy niejedno już w życiu widział i wiedział, że alchemik rozmawia z kamieniem filozoficznym. Każdy szanujący się alchemik miał taki kamień w swej pracowni i w wielu znaczących zagadnieniach się z nim konsultował. 

Pytał więc go alchemik o pneuma, o to jak przemienić wszystko co podłe w szlachetne? Pytał wreszcie o sens ludzkiego istnienia?  Na końcu spytał o prognozę pogody i kiedy popielata gruda mu odpowiedziała, zoczył wreszcie swego druha.

-Witaj! – zawołał uradowany. Chodź tu do nas i mów, co w dalekim świecie słychać?  Gość spokojnie odstawił kostur, zdjął kaptur, podszedł i usiadł przy zawalonym pergaminami stole. Alchemik przywołał dziewkę i kazał sobie przynieść okowitki. Dziewczyna wydała się być bez charakteru, znaczy nieśmiała, ale za to ładna i co najważniejsze posłuszna. Zgodnie z wielowiekową tradycją, wartko  przyniosła antałek z gorzałką i garczek kwaszonych. Gospodarz przesunął zwoje pergaminów i zmieścił na upapranym odczynnikami blacie dodatkowe dwa blaszane kubełki na trunek.

-Mocna! – sapnął żerca wycierając rękawem brodę. Spiesznie zagryzł ogórka i dalej z pełną buzią  chwalić poczęstunek – Przednie warzycie w tym domu wiktuały! Mam tu dla was zamówione ingrediencje: majową rosę, jajo bazyliszka, świecący w ciemności kamień, przyprawy oraz barwniki: E 100 i 120, konserwanty i stabilizatory od E 240 do 470  - wymieniał wykładając je z worka i układając w rządku przed alchemikiem. 

-O zapłacie porozmawiamy później, zgoda? – zmieszał się nieco alchemik. 

Ale żerca pokręcił głową na znak, że nie bardzo jest mu to na rękę. - Dobrze wiesz przyjacielu, że wydatki rosną jak te no, grzyby po deszczu, inflacja na pstrym koniu jeździ, a budżet na wyrost ustanowiony... -Tym razem mam nadzieję, że przystaniecie na moją skromną propozycję - ciągnął dalej. -W drodze do waszej pracowni napotkałem jegomościa, który wielkim afektem twoją alchemiku podopieczną obdarzył. Schowana w kącie dziewka drgnęła, ale nic po sobie nie dała poznać, dalej czytaniem zajęta.

 – Gotów byłbym uregulować nawet wasze rachunki, byleby tylko umożliwić młodych spotkanie. 

-Alchemik klasnął w ręce.  Odnalazł wzrokiem wiedźminkę i poraz pierwszy docenił jej wartość. 

A wiedźma, choć zajęta tynkturą i destylacją, całą rozmowę usłyszała i niezbyt jej się kwapiły jakiekolwiek schadzki. Myślała więc jak tu się zręcznie z sytuacji wykręcić?

cdn.







czwartek, 12 października 2023

Wiedźmińskiego terminatora przypadki XII


  Dymy z wiejskich kominów unosiły się z wolna i umykał do nieba jak duchy przodków. Małe, kolorowe chatki przykryte strzechą, a następnie prześcieradłem ze szronu  zdawały się drzemać w najlepsze. Wśród dolin i pagórków migotał pierwszy mróz, a między nimi drogą, nie wiedzieć czemu i po co, szedł sobie żerca. Skulony, zakapturzony, z sękatym kosturem, hojnie obdarzony przez Rodzanice długą, bo do samej ziemi, brodą - symbolem nabytej mądrości. Bujne owłosienie regularnie przydeptywał. Wreszcie postawił nogę tak niefortunnie, że się przewrócił i narobił przy tym takiego rabanu, że zaklął siarczyście próbując się podnieść ze śliskiej powierzchni. Pikantne słownictwo rozbudziło zamieszkałe pod powierzchnią ziemi czarnookie diablęta. Pandemonium składało się z licznych zastępów, na czele których stał jeden najważniejszy rogacz - Lucyper, który pod sobą miał jeszcze dziewięciu, a tamci swoich, a wszystkie znudzone były okrutnie. Każden jeden czekał niecierpliwie okazji, aby się swą złośliwością wykazać, oraz aby innych zaskoczyć coraz to przebieglejszym psikusem. Więc kiedykolwiek przeklete dusze posłyszały, że ich kto wzywa, gromadnie wyruszały na spotkanie. Tym razem  najszybszy był Belzebób ( imię w starożytnych językach oznacza namiętnego smakosza bobu). Wyskoczył z czeluści i zagadał:

-Gdzie idziecie dziadku o tak wczesnej porze? Wędrowiec z lekka zaskoczony rozpromienił się na widok czorta, który na tę okoliczność przybrał postać przystojnego żolnierza. (Wszystkie pododdziały z armii Lucypera mogły zmieniać fizjonomię na zawołanie).

Starzec wyciągnął rękę, którą wojak naraz chwycił i pociągnął  ku sobie.

-Zmierzam do Swornej. Rzekł niepewnie stając na nogi i otrzepując odzienie. - Ingrediencje dla tego dusigrosza alchemika ze sobą niesę. 

-O! -zawołałał diabeł.  -Interesa prowadzicie w grodzie? A dałoby się tak zamówić prawdziwą dziewicę?

-No nie wiem… Wiem! Zamyślony wskazał niebo palcem. -Nie, jednak nie wiem –  zrezygnował. -Jeszcze za moich czasów się takie zdarzały, ale teraz…

-Dobrze zapłacę – potrząsnął sakiewką zły duch.

-Nie, raczej nie – odmówił starzec.

-Na pewno jest coś, o czym marzy żerca – zachęcał dalej czort.

Wędrowiec potarł ręką czoło, zmieszał się odrobinę, wreszcie przemówił:

-No jest… To złoty sierp! -Legenda głosi – opowiadał dalej- że kto tego sierpa mieć będzie, do końca życia cieszyć się będzie. Szczęście i ogromne powodzeniem mu pisane. Będzie umiał przemienić noc w dzień, lato w zimę, a nawet ludzi w zwierzęta!

-Nie może to być! – parsknął czort – to ty mnie taką dziewicę wskaż, a ja tobie sowicie wynagrodzę. A jako bonus do sierpa  gromowładny młot dorzucę! Po tych słowach młodzieniec zniknął w zaułkach podgrodzia. Żerca przetarł oczy, pomyślał, że dręczą go zmory, trzy razy splunął przez lewe ramię i stukając kosturem poczłapał dalej do pracowni alchemika, gdzie mieszkała Żywia.

cdn.



wtorek, 10 października 2023

Wiedźmińskiego terminatora przypadki XI

   Tak mógłby wyglądać portal :)


albo tak!



   Babka nie wytrzymała, wzięła i siłą przytuliła dziewkę, która zrazu się ocknęła. Wygłaskała ją porządnie po włosach, tak by się uspokoiła i kazała mówić. -Co też i Żywia rychło uczyniła.
- Ty się nic nie bój, my tu społem zaraz wszystkiemu zaradzim - odezwała się Kowalowa.
Po nitce do kłębka zlokalizowały jaskinię, i strumień, i Jaryłkę, po czym za pomocą magicznego portalu wartko przeniosły się w  miejsce, które Żywia w wizji obaczyła. 
Jaryłka ledwo dychała. Sama pewno już by  dawno z wycieńczenia pomarła i do pałacu Śmierci dotarła, ale przecie wiedźmą była, a wiedźmy, jak świat światem, łatwo nie ubijesz. A tu na dodatek jeszcze niespodziewana pomoc nadeszła.
Bo jak już ją czarownice na wpół żywą znalazły, to dalej stosować maści przeróżne, eliksirami poić, zaklinać, przywoływać... Harmider był przy tym i zamęt, a głośno było i tłoczno - wszak wiedzący wiedzą, że magija z chaosu przybywa, a zamysł w jawę przemienia.  W dodatku Babka sięgnęła po nowe techniki zwane szumnie homeopatyją, także Jaryłka prędko siłą wiary i tychże zabiegów ozdrowiała. I... ogromnie zgłodniała. A że wiedźmy wielce hojne przy tym były (szczególnie dla członkiń swej profesji),  takież jako Koło Gospodyń Wiejskich w tych samych osobach, to i nakarmić Jaryłkę, jak nic, musiały. Za to wyratowanej z opresji dobrota taka się w sercu rozlała,  iż szczęśliwie o gąsiorku młodego wina sobie nagle przypomniała i do zgromadzenia razem z nim dołączyła. Tedy wszystkie jak jeden mąż do sabatu  przez wspomniany portal powróciły i za trzydniowy bigos i winko się wzięły. Tak oto Żywia częścią konwentu Nieprawych i Niesprawiedliwych została i Jaryłkę od zguby wyratowała.

  ***
Tymczasem strzyga, wielce swym występkiem podbudowana, postanowiła zmienić otoczenie. A ponieważ sioło znacznie jej zbrzydło i zmęczyło, to pofrunęła prosto ku stolicy, rozpocząć nową, artystyczną karierę. Wiadomo, w królewskim grodzie, ludzie obyci są i światli, to i na wielkiej poezyi się prędzej poznają. Odwiedzała zatem karczmy i zajazdy. Siadała zwykle w kącie i ukradkiem suche wersy skrobała, a smutne ślepia przy tym takie robiła, a tak wzdychała, że się zawżdy jakiś samotny do niej przysiadł. Tak czy siak, w stolicy nigdy głodem nie przymierała...

cdn.

poniedziałek, 9 października 2023

Wiedźmińskie terminatora przypadki X

 Wiedźmy stanęły wokół kociołka, który wesoło bulgotał wśród płomieni. Babka Kurza Łapka urwała z kolczastego krzewu kilka niebieskich paciorków i wrzuciła do środka. Wzięła drewnianą łyżkę, zamieszałai wskazała na swoją podopieczną. 

-Spróbuj pierwsza na znak, żeś do naszego grona przynależna - rzekła. Żywia pochyliła się i odgarnęła dłonią warstwę oparów. Bigos pachniał lasem, grzybami i dziczyzną. Wnętrze zawirowało i wypluło przepowiednię; Zraniona w walce z wilkami strzyga uderzała skrzydłami powietrze, ale pocharatane skrzydła i wątłe ciało nie mogło wznieść się w górę. Nawet światło księżyca nie było w stanie jej pomóc. W końcu spadła  w głąb kniei, gdzie słabła z każdą minutą. Minęła chwila, może dwie. Na horyzoncie pojawiła się drżąca kula słońca. Z natury blada skóra demona zaczęła się czerwienić i piec. W tym momencie nadeszła leśna wiedźma. Widząc potrzebującą, zaciągnęła strzygę do jaskini.

 Żywia rozpoznała w niej towarzyszkę swych dziecięcych zabaw – Jaryłkę, która rozczulona widokiem konającej postanowiła jej pomóc. W ciemnicy wzięła pocharataną rękę strzygi i przycisnęła do piersi, gdzie oszalałe serce tłukło się jak gołąb zamkniętym w gołębniku. Z dnia na dzień wąpierzyca dobrzała. Z czasem zaczęła nawet wychodzić z kryjówki i polować; wpierw na małe zwierzęta - króliki i kuropatwy, ale z czasem była w stanie upolować nawet sarnę. Głód był jednak nieokiełznany. Nie mogła znieść niewinności jaką epatowała Jaryłka. Któregoś pochmurnego ranka zaczaiła się więc i na nią. Znienacka przewróciła wiedźmę na wilgotne runo i z rozmysłem otworzyła siedem ran na upiętych cienką skórą koralach kręgosłupa. Rany zatruła trucizną, po czym odleciała, by dalej krzywdzić i łajdaczyć się.

Dalej wizja była niejasna, a kończyła się widokiem krwiawiącej dziewczyny, która leżała u podnóża źródła. Długie karminowe wtęgi spływały w dół wiążąc się i rozplatając w  nurcie strumienia. Oczy wiedźmy przepełniał ból, ale Żywia wiedziała, że ona cierpi nie tyle z upływu krwi, co z bólu serca, do którego przytulała każde żywe i potrzebujące stworzenia. 

-Żywia, co z tobą? – spytała żona kowala. Ocknij się, dziewczyno! – wołała tarmosząc ją za rękaw.  

Młoda upadła na kolana i zaczęła płakać. Płakała tak rozpaczliwie, że czarownice zlękły się tej nagłej przykrości, spodziewając się raczej radosnych wieści: ożenku, ukończenia akademii, a może niemowlęcia w ramionach?  

-Nie mogłam jej uchronić – łkała. Darła resztki pożółkłej jesienią trawy i deklamowała inkantację: 

-Przyzywam siły potężniejsze ode mnie. Moce, które położą kres tej fali nieszczęść! Na cztery wiatry wołam i o pomstę proszę matkę Mokosz, Swaroga w niebie!

cdn.



środa, 4 października 2023

Wiedźmińskie terminatora przypadki IX

 Kiedy tylko Żywia zmrużyła oczy, wnętrze starego, zatęchłego sklepiku, gdzie urzędował alchemik, zaczęło się zmieniać; ściany przemieniły się w szpaler drzew, bogato zdobione kobierce w leśną ściółkę, a meble w krąg wielkich kamieni. Uroczysko otaczały bagna. Pośród kikutów drzew i trzcin pojawiały się gorejące oczy dzikich zwierząt, błyskały widma błędnych ogników, a księżyc jak żuraw brodził wśród sitowia goniąc łuski gwiazd, które spłoszone próbowały dobić do brzegu. 

Zwinięta jak gronostaj w gnieździe wiedźma przeciągnęła się i obejrzała okolicę. Rozpoznała miejsce swoich wcześniejszych, dziewczęcych jeszcze wędrówek. Tyle, że alchemik nie zostawił jej żadnych wskazówek, żadnej tajnej broni, zaklęcia, ni nic. I chcąc nie chcąc wylądowała sama w lesie sakzana na poniewierkę. Wówczas przypomniała jej się złota myśl  wydrapana gwoździem w babcinej wygódce: „Jeśli sam tego nie zrobiszsz, nikt za ciebie tego nie uczyni. A jeśli nawet zrobi, to bądź pewien, że spartaczy.” 

W krzakach usłyszała szmer. Nie była sama, jak jej się wcześniej wydawało. Nagle nad jej głową pojawił się krąg zafrasowanych czymś kobiet. Pewno nietutejsze – pomyślała w pierwszej chwili - w tej sprawie myliła się również. Chociaż jedne faktycznie przybyły z daleka, to inne pochodziy z tej samej wioski co młoda wiedźma, zmienione jednak były odrobinę: wszystkie przywdziały odświętne stroje, wymalowały oczy i usta, a młode, niezamężne na głowy włożyły wieńce i barwne przepaski. Naliczyła wszystkich dziesięć: była tam: kowalowa, młynarzowa, żona kołodzieja i piwowara, ich trzy córki: Jewka, Sława i Bogdanka, babka Kurza Łapka i jeszcze dwie inne seniorki: stara Haścowa i Borowikowa.

-Wreszcie cię tu ściągnęłyśmy – rozpoczęła babka. -Ciężko było znaleźć  w Swornej portal, ale intuicja nas jednak nie zawiodła. U prestidigitatora żeśmy odnalazły stary i dawno używany, toteż i trudności  były, ażeby uruchomić. Toteż szukałyśmy dalej i otworzył się jeden u tego zdziadziałego alchemika.Wprzódy jednak trzeba było się nagłowić, ażebyś do niego do zakładu trafiła. Mamy tu jednak swoje znajomości - mrugnęła do starszyzny.

-Ale wróćmy do sprawy – przerwała babciną przemowę kowalowa  - zadecydowałyśmy społem, to znaczy konwent zadecydował, żeś gotowa do nas przystąpić.

- A czym się zajmuje taki konwent? – spytała Żywia tuląc się do swej babki.

-Jakby to ci wyjaśnić? – zabrała głos Borowikowa.  - To jest takie jakby kółko zainteresowań. – Wiesz jak to jest przecie: jedni lubią grać na fujarce, drudzy haftować lub pielić grządki, a jeszcze  inni, gdy miesiączek na niebie w pełni, lubią ganiać na golasa po lesie. Organizujemy sobie takie zloty kilka razy do roku, jeśli chcesz, to zapoznam cię z programem – uśmiechnęła się podając dziewczynie zwinięty pergamin. Tylko nikomu ani pary z ust. Chłopstwo się denerwuje, gdy im baby w noc znikają. Jak się zwiedzą, to skończą się balangi.

cdn.  












poniedziałek, 2 października 2023

Wiedźmińskie terminatora przypadki VIII


   -Ktoś ty? Wiedźma? A wracaj skąd żeś przyszła! Pełno tu takich jak ty! Nakładają na głowy cudaczne kapelusze, długie kiecki i peleryny. No i ten nieodzowny kawał drewna na kształt miotły, różdżki i łaszące się do nóg chowańce! Kładą prostym ludziom do głów różne różności, głównie nieprawdę, nie dbając o porządek Czwartego Wymiaru. Nie skreślam ich, nie mówię, że nie… Przychodzi czas, że i przydać się mogą; gdy trzeba będzie rozczynić urok, kiedy zwierzyniec dajmy na to parchów dostanie, albo jałówka zaprzestanie dawać mleka. Lecz magija, którą parają się kobiety jest organiczna, jest intuicyjna i żadnej nie ma w niej logiki. Ma więcej wspólnego z siłą natury i potęgą żywiołów, niż z aktywnym kształtowaniem rzeczywistości według swego zamysłu – taką magiję uprawiają jedynie słuszni czarodzieje! Nie znające  sprzeciwu spojrzenie skupiło się na sylwetce dziewczyny wyczekując jakiejś jej słabości, choćby kroku w tył.  

-Trudno tobie pojąć te prawidła, co? -Wobec tego powiedz, co przeszywa wszystko co żyje? – nieoczekiwanie spytał alchemik. Żywia wyciągnęła przed siebie dwie ręce. Wnętrze jednej skierowała ku dołowi, drugiej ku górze. Skupiła się zmrużywszy oczy i nagle między dłońmi przemknęła smużka bladoniebieskiej energii. Starzec zamilkł. -Niewiarygodne! – zdumiał się. -Kto cię tego uczył? 

-Nikt – odparła –  tylko sobie wiązkę mocy umyśliłam – odpowiedziała zgodnie z prawdą dziewczyna - a ona się zmaterializowała.

W powietrzu czuć było napięcie. Alchemik poczuł podniecenie i zaciekawienie:

-Może to i lepiej? Nad tą siłą trzeba  koniecznie zapanować! Dobrze, żeś uczyniła, żeś do mnie przybyła! Jako prawy obywatel i patriota oraz na wzgląd i dla dobra populacji Swornej, pomogę ci! Bowiem nie chciałbym być w skórze chłopa, który wziąłby cię za żonę – odparł zgryźliwie. Zrazu poszedł na zaplecze i po krótkiej chwili przyniósł ze sobą kawałek zjedzonego przez mole, brunatnego koca. -Pościel sobie, gdzie tam uważasz. Rano wrócę i sporządzisz swoją pierwszą tynkturę – uśmiechnął się wychodząc, a dzwonek u drzwi zaśpiewał mu radośnie na pożegnanie.

Żywia podeszła do okna i odprowadziła wzrokiem postać alchemika. Na parapecie obok różnobarwnych, szklanych flakonów wypełnionych przeróżnymi  miksturami oraz zwojów pergaminu wisiała podobna do zeschniętego liścia poczwarka. Jest tak ciepło, zdąrzy jeszcze polecieć. Przez szybę zauważyła, że uliczki stopniowo pustoszeją, a zarysy budynków niczym zamki z piasku rozmywa chmurna fala snu. Młoda wiedźma poczuła się znużona. Naciągnęła na siebie koc i zasnęła na wzorzystym kobiercu. Wiedziała, że jutro wstanie nowy, lepszy dzień.

cdn.  





niedziela, 1 października 2023

Wiedźmińskie terminatora przypadki VI i VII

    Kiedy Żywia dotarła do chaty Kurzej Łapki, wiedźma była wyraźnie zaniepokojona. No i znów się zaczęło! A to, że ziemniaków nie pokopała i nie przyniesła, a to że tyle czasu przecie minęło...

- Kocmołuch i przybłęda! - wołała wiedźma. - W dodatku niewdzięcznica. 

-A co ty tam zasłaniasz? Co tak się chowasz?- dopytywała się Kurza Łapka.

I nie było rady, jak wszystko babce ze szczegółami opowiedzieć. Strapiła się wiedźma okrutnie po Żywii niewiarygodnej przemowie. Zerwała się z taborka, by  magiczne księgi wertować. Zrazu przerwała i jakby ton na czulszy zmieniła. Od tej pory insze było Żywii  traktowanie. A to dziewka widziała, jak jej mentorka łzę fartuchem starła, a to ją znienacka przytuliła. Wreszcie się w sobie zebrała  i oznajmiła:

 - Wiedziałam od zawsze, że ów dzień nadejdzie i upomną się o to, co je nie moje i ze względu na twe pochodzenie, już ty bezpieczna nigdy nie będziesz ani u mnie, ani ... Ale nie czas na wyjaśnienia, ani mądralów gdybanie, lecz na podróżowanie! I wyboru jakby nie ma wcale. Niewiele trwało, a Żywia tobołek swój zarzuciła na ramię, po czym niedbale i szybko się pożegnała, gdyż tego  ani ona, ani babka wyjątkowo nie lubiały. Wiedźmy bardzo były przeczulone nad swym wizerunkiem: "nieprawych i niesprawiedliwych" i by prezencji swej nie nadszarpnąć, żegnały się niechętnie i niedbale.

***

   Kamienny trakt ciągnął się wytrwale pomiędzy sennymi wzgórzami, by wreszcie zawrzeć swój koniec przy zwodzonej bramie miasteczka. Mężczyzna chrząknął,  splunął i zeskoczył z kozła. 

-Panienko – zwrócił się do śpiącej Żywii - panienko jesteśmy na miejscu! Wiedźminka ocknęła się zdziwiona z głębokiego snu. Wysupłała z sakiewki zapłatę i wręczyła woźnicy. Brodaty pokręcił głową. Dołożyła kolejną monetę, potem jeszcze jedną, aż złoty uśmiech przednich zębów zakończył  negocjacje.

 Pozostawiona samej sobie dziewczyna, ruszyła ku zwodzonej bramie. Co ją może tam czekać? – nie wiedziała, ale po tym co przeszła, nie było innego wyjścia jak dalej pobierać nauki. Właściwe magiczne wykształcenie wiązało się bowiem z przyjęciem do Akademii Czarostwa i terminowaniem u prawdziwego maga. 

Sworna otoczona była fosą, systemem murów i baszt. Strażnicy w srebrnych kolczugach i hełmach ze stali pilnowali wejścia do grodu i przepuszczali przejezdnych pojedynczo. Kiedy opuściła najeżoną wieżyczkami bramę zobaczyła szachownicę brukowanych dróg oświetlonych lampionami na kształt łąkowych dzwonków. Wieniec wielobarwnych kamieniczek okalał rynek.  Pośrodku stał ratusz z kogucikiem i różą wiatrów na szczycie, a przed nim dyby i szubienica – „co by pospólstwo znało mores”. Mimo widocznych straszaków, Żywia wypatrzyła, jak miejscowy moczymorda podszedł sobie pod obrośnięty pokrzywami mur, wyciągnął przyrodzenie i z gromkim: ”ooooch i aaaaaach” załatwiał potrzebę kreśląc biodrami koła.

Zawstydzona prędko odwróciła głowę, do takich widoków bowiem nie przywykła, choć przecie w siole, a nie w wielkim grodzie chowana była. Co to będzie? – myślała – tam ludziska proste, a jednak swe wychodki mają… Wyjęła z kieszeni  otrzymany od babki zwitek papieru, na którym był adres znajomej prowadzącej bursę dla przyszłych czarownic. Rozwinęła rulonik i próbowała odczytać poplamiony inkaustem fragment almanachu, gdy jakiś pędrak podbiegł, wyrwał z dłoni zawiniątko i uciekł w stronę baszty. Żywia rzuciła się między stragany w pogoni za chłopcem, ale malec był szybszy. Zrezygnowana przycupnęła na kamieniu próbując znaleźć wyjście z kłopotliwej sytuacji. Obserwowała chwilę przeszklone witryny i szyldy cechów: szewc miał zawieszony ażurowy zarys buta, piekarz – chleb, a złotnik – pierścień. W oddali chybotała na wietrze menzurka – atrybut alchemika. Tam też niezwłocznie się udała. Skrzypnęły drzwi. Z okurzonych woluminów wychylił się starszy człek. -Co panienkę sprowadza o tak nieprzyzwoitej porze? – spytał i zaraz zoczył w czym rzecz. -O nie! Nie ma mowy – odmówił – zanim jeszcze zdołała cokolwiek powiedzieć. -Nie szukam uczennicy. W ogłoszeniu wyraźnie zaznaczyłem, że adeptem winien być mężczyzna! 

cdn.








czwartek, 28 września 2023

Wiedźmińskiego Terminatora Przypadki V

 Jedynym wyjściem było rozpalić ogień wokół siebie. Gorące płomienie zlizywały łakomie suche gałązki i trzaskały radośnie. Teraz czuła się dużo bezpieczniej. Baboki w cień czmychały, a ogniste koło, nie pozwalało im zanurzyć kłów w jej bladą skórę, ni splątać włosów, ni porwać sukienki… Żywia obeszła swoją jaskinię i zwinęła się w kłębek jak dzikie zwierzę. Nasłuchiwała odgłosów puszczy, aż przyszedł do niej nerwowy sen, potem drugi równie niespokojny, a po przebudzeniu kolejny koszmar. Przy bosych stopach wił się ogromny, jadowity wąż. Łypnął na dziewczynę zimnym okiem i zasyczał zaskoczony jej obecnością.

Podniosła się ostrożnie i drżąc ze strachu bardziej jak z chłodu chwyciła rozżarzoną gałązkę. Trzymając ją tuż przed sobą, by w razie ataku móc się nią obronić pomyślała: Jak u licha się tu dostał? –Wtedy wąż, a był to jak się okazało czarodziejski wąż Eskulap, wysunął podwójny język i przemówił:

-Ssss... A jak Ty się tu dostałaś gołąbeczko? 

No to pięknie, rozpaczała Żywia. - Nie dość, że po ludzku gada, to w głowie jak w księdze czyta. Na Peruna! Mocy przybywaj! Mocy moja wróć! Ale Eskulap niczym się nie przejmując, ciągnął dalej:

-Musiałem się na własne oczy przekonać sssss... - syczał przeciągle w odpowiedzi - Jak to może być, że prosta dziewka światy przemierza, transakcje z diabłami przeprowadza, a z pałacu Kosiarza niczym zjawa pośmiertna w niebiosa uchodzi, a potem znów  na ziemię spada? - Byłem ciekaw, co to za sztuka i czego ona szuka? Ssssss...

-Niczego! Wiedźma ziemniaków kazała nakopać. Za głęboko, zbyt żarliwie się do tego przyłożyła i żem diabłym wykopała – odpowiedziała zgodnie z prawdą Żywia. -Kiedy byłam całkiem maleńka znalazła mnie na tym polu babka – Kurza Łapka. Żywia przełknęła ślinę dotykając drżącą dłonią mokrego od łez policzka ciągnęła dalej: -Babka przygarnęła do siebie i jak swoją nauczyła zaklęć oraz magicznych mikstur wytwarzania. Wpierw wędrowałam po światach zawartych w woluminach, potem zwiedzałam lasy, groty, bagna i uroczyska w poszukiwaniu ziół i składników do czarostwa. Teraz z łatwością przenoszę się w garbate pagóry i tak jak ptak przemierzam podniebne krainy. To moja droga, moja nauka, innej nie znam… - skończyła swą opowieść.

- Bodaj bym się ugryzł w język! Ssssss... Już Ty miejsca nigdzie dziewko nie zagrzejesz, a i chłop będzie miał z tobą jeno kłopot. 

- Wiem – spuściła mokre oczy. - Od zawsze to wiedziałam. Dlatego nawet nic szukać nie zamierzam. -Tylko tego pacholęcia, co go zawżdy pragnęłam, mi szkoda. Tego, co go nigdy mieć nie będę…

Wąż wysunął rozdwojony język i ponownie zasyczał - Ssssss..., nie tak prędko moja panno! Mam dla ciebie pewną propozycję: – Znajdziesz w tej grocie czarodziejski kryształ. Będzie się on mienił wszystkimi kolorami tęczy.  Zawiesisz go na szyi, tuż przy sercu, a kiedy przyjdzie czas i zachwycisz się kimś prawdziwie, kamień ten przyciągnie do ciebie ową ludzką postać.  Wtedy powijesz dziecko i wychowasz je jak swoje. Kiedy przyjdzie czas, nie wcześniej i nie później. A kiedy ono dojrzeje, wrócę po swą zapłatę. Po tych słowach Eskulap znikł.

cdn.







wtorek, 26 września 2023

Wiedźmińskiego Terminatora Przypadki IV



   Z nekropolii Żywia trafiła prosto do nieba. I chyba z dwa tygodnie siedziała sobie błogo na puchatej chmurce, płosząc nadlatujące ptaki. Siedziała i patrzała z ciekawością w dół. Z wysoka wszystko wyglądało odrobinę inaczej; krowy na pastwisku przypominały boże krówki, konie - pasikoniki, a chłopi na kartoflisku uwijali się niczym mrówki usypujące ziemniaczane mrowiska. Siedziała, patrzała i ckniło jej się straszliwie do Kurzej Łapki i do jej kwiczącego dobytku.

-A co tam! - mruknęła do siebie znudzona, fiknęła koziołka i poleciała w dół.

Nie wiedziała już sama ile obrazów przed oczami jej się przewinęło, nie wiedziała również jak spadała i jak długo leżała pośrodku bagna. Gdy się przebudziła nad uroczyskiem unosiła się sina mgła. Kłaczki pnączy dotykały jej stóp, ostatnie liście łaskotały ramiona. Bezwiednie brała udział w niezwykłej ceremonii ustronnego matecznika. Spowita w zieleń i przesycona mgłą zapragnęła wyprostować splątane myśli i nogi. Okoliczne źródło bulgotało złowrogo wśród oparów unoszących się nad mokradłem. Przenikał ją złowieszczy chłód, pod językiem napotkała słodki posmak trucizny. Babka uczyła ją jak stawiać czoło prawdzie. Prawdzie tak niewiarygodnej, że każda nieprawda miałaby większy sens… -Umarła i wróciła do żywych! – na myśl o trupich wyziewach świata umarłych zjeżył jej się włos na skroni. Poskromiła swój gniew i strach, i poczuła, że trzeba jej wracać do babki. Póki co musiała przetrwać noc. Nasłuchała się o lokalnych demonach i o Leszym od wiedźm i  żerców dość, toteż wiedziała, że o tej porze dnia i  roku nie może czuć się  tu bezpiecznie. Szczęśliwie zbierając chrust odnalazła leśną polanę, a także mały wodospad oraz grotę ukrytą pośród drzew. Rozpaliła ogień i rozpoczęła pieśń, aby wywabić zeń złe duchy.

Z wnęki wyszedł… tchórz. Wąchał nerwowo powietrze, najwyraźniej wyczuł dym, albo strwożyło go zawodzenie wiedźminki - nie wiadomo. Tak czy siak dziewczyna weszła w szczelinę bardzo powoli i z najwyższą ostrożnością. Z drobnych gałązek i porostów uwiła sobie legowisko. Przeniosła ogień do środka i pomyślała, że wspaniale byłoby rozpocząć swoją własną praktykę, zostać tu w lesie na zawsze, nie rzucać się nikomu w oczy, przywdziać szarą suknię i robić to, co zawsze chciała robić, czyli czarować. Przy każdym wdechu widmo myśli robiło się bielsze i bledsze, wnękę wypełniał zapach mchu i wilgotnej ziemi, a Żywii zdawało się, że świat rozmywa się przy trzasku olchowych polan… Już myślała, że zapadnie w sen, już znużone oczy odmawiały posłuszeństwa, kiedy z mroku zaczęły się wykluwać kosmate baboki i dalej barczeć na nią i zdmuchiwać ogień poczęły. Żadne zaklęcia, żadne prośby i groźby, które Żywia w straszydła ciskała, nie miały większego skutku. Broniła więc żaru usilnie, albowiem na samą myśl, że może się ze straszydłami w ciemnicy sam na sam ostać, przechodził ją lęk.
cdn.



 

piątek, 22 września 2023

Wiedźmińskiego Terminatora Przypadki III


    Huknęło, buchnęło i nieznana siła przeniosła niczego nieświadomą  Żywię  wysoko, wysoko w góry, w zupełnie inny wymiar. Kiedy mgły opadły, okazało się, że jest przeraźliwie zimno, a ona sama w kusej letniej sukience zaczęła dygotać. Otuliła się swoimi własnymi ramionami.  Niewiele to  pomogło. Zimno przenikało do szpiku kości. Przez gościniec przewijały się przedziwne postacie. Byli tam nieomal wszyscy. Zbieranina ze wszystkich znanych i nieznanych Żywii światów, obecnych i przeszłych czasów. 

Szeroka arteria prowadziła prosto do zamczyska. Fala wędrowców zmierzała w jedynym, słusznym kierunku. Nie sposób było się jej oprzeć. Im była bliżej strzelistych wież i gzymsów, tym muzyka stawała się głośniejsza.

-Ojej, kolejna impreza… - Żywia przeraziła się, że znów ją gorzałką zechcą poić. W centrum grupka pijanych psotników organizowała konkurs na najbardziej wyszukaną gębę. Prześcigali się w pomysłach: jednemu udało się dotknąć językiem ucha, drugiemu kiprawego oka, a trzeci, najwyraźniej najbardziej z nich światły, włożył kilka wstążek makaronu do nosa i ku uciesze zgromadzonych strzelał nimi  w zaskoczonych piechurów. Zakamarki oblegały nawie, mary i ubożęta Byli tam pochyleni nad swą dolą starcy oraz pomarszczone, jak pozostawione na zimę na  drzewie: gruszki - staruszki; mężczyźni w sile wieku, oraz przepiękne dziewice. Dziewczynki tuliły szmaciane lale, chłopcy bawili się w wojnę. Wysocy stanem rozprawiali ze sobą, o tym jakie zamczysko potrzebuje ducha za ciecia, gdzie warto się osiedlić, jakiej parceli wartość spadła poprzez złego ducha zasiedzenie... Ostrzegali się i informowali nawzajem: którego wiedźmaka powinno się unikać? Która panna na wydaniu, a która niechybnie wdową  zostanie?

A jednak niewiele się zmieniło… - pomyślała Żywia. Nie ma nigdzie równości i pokoju.  Wszędzie, wpływy i porachunki. Nawet w nekropolii, widać, kto ile na sarkofag za życia oszczędził? Kto wielkich czynów dokonał, a którego jakby nie było…

W basenie przed pałacem pluskały się półnagie topielice. Z brzegu przesiadywały znudzone strzygi i strzygonie. W pałacu w głębi sali balowej przechadzał się złotopióry Raróg, za którym spływała po posadzce lśniąca smuga ognia. Dalej, w odosobnieniu, stał obleczony w przejrzystą szatę Kosiarz. Wyglądał zamyślony przez okno i wzdychał głęboko, a każdy jego oddech malował na szybach srebrzyste paprocie.

- Robota jak robota - odparł, gdy podeszła. Najwyraźniej ją oczekiwał. - Jakoś trzeba na utrzymanie zarobić - zaczął. - Co roku obowiązkowe szkolenia zawodowe, wyjazdy integracyjne, kurs techniki skutecznego przekonywania. -Szczęśliwie zawsze byłem pracoholikiem, to i problemu wielkiego nie było, gdy nadgodziny, ale wszystko to kosztem prywatności... żalił się. - A i ludzie się rozpaskudzili i wcale umierać nie chcą - pokręcił przeczącą zakapturzoną głową, jakby na potwierdzenie swoich słów. Trzeba ich sposobem, znienacka… 

- Nie szkoda ci ich? – spytała dziewczyna.

- Tutaj nie ma miejsca na sentymenty… -rzekła Kostucha. Układ jest taki: dostajesz szansę, że jedną, jedyną, to chyba nie muszę ci przypominać? No a potem... Potem  pojawiam się ja.  Jestem profesjonalistą! - Śmierć wyszczerzyła zęby. Żywia nie wiedziała do jakiego zbioru ją czy jego  przypisać: do miecza, czy kądzieli? 

-Aha! I powiedz swoim  diabłom, że ja tylko zbieram żniwo tego, co zasieją. Władca zaświatów wziął do ręki kosę i  począł przeciągać osełką po ostrzu. Tak oto skończyła się Żywii  ze Śmiercią rozmowa. 

cdn.





 


czwartek, 21 września 2023

Wiedźmińskiego Terminatora Przypadki II


26 października 2010

   I nagle ciemność zapadła, ale nie taka pospolita, co ją Żywia, co noc widziała, kiedy pod wieczór od zagajnika szła. Ta ciemność była duszna, siarką i spalenizną nozdrza wypełniała, aż się w głowie kręciło. -Do chałupy mnie wracać - rzekła sama do się – Babka skórę przetrzepie, jak na czas mnie nie będzie. Nazbierała prawie pełne wiadro ziemniaków. Niepotrzebnie na sam dół po schodach zeszła. Ale coś ją podkusiło, jeszcze raz dziabnęła, a motyka na coś twardego natrafiła. I dziewczyna nazad kopać bez opamiętania zaczęła. Musi to skarb jakowyś? – zgadywała. Niepomna, że na kartoflisku jeno głupi bogactwa ukrywa, wszak każdy rozumny wie, że co jesień wykopki będą. Narzędzie nazad zarzęziło, deski zatrzeszczały. -Może to jakie stare wyrobisko?  i jak pomyślała, tak też w tym samym momencie runęła sześć łokci w dół.

Kiedy kurz już opadł i kiedy spod rumowiska się wydostała, zobaczyła nad sobą rogate towarzystwo. Zbiegły się ino czorty niższej rangi za to same ino kanalie. Wierchuszka za stołem w oparach dymu siedziała. Było ich bodajże z trzynastu chłopa, a każden do rosłego capa podobny, bo i ogon, i racice miał. Samogon sobie polewali i skręcone liście tytoniu do pysków przytykali, wielkie przy tym dymne koła w powietrze puszczając. Z lewego skrzydła któryś zaintonował: „Hej sokoły”, drugiemu to się nie spodobało, to go grzmotnął pucharkiem między rogi. Co chwila, któryś któregoś szturchnął zaczepnie, albo ze stołka chciał strącić, byleby wyżej i bliżej zgromadzenia być… Bo na stole, trzeba wam wiedzieć, że różne różności były: prosięta pieczone wianeczkiem antonówek obłożone, a to bażanty po senatorsku, sarni udziec w myśliwskim sosie, potrawka z królika w glinianych garcach i kapusta parzybroda oraz polane grzybowym sosem gołąbki. I Żywia nie wiedziała nawet co jeszcze, tyle tego było wszystkiego, że aż stół pod ciężarem się uginał. Wokół wiły się też zalotne i zadziorne diablice. Im ino jedno było w głowie i bynajmniej nie była to strawa. Do stadła podszedł czarzasty kurdupel i ździwiony kopa w zadek od drugiego zarobił i wszyskie prócz Żywii, gromko się zaśmiali. Nieborak na plecach pergamin miał przyklejony z pięknie wykaligrafowanym: „Kopnij Mnie”.

Alem wpadła! – westchnęła Żywia. Uciekać? Ale jak? Sposobności ni ma, przecie  mnie już zoczyli – o ja nieboga! Co mnie podkusiło? Co ja tera pocznę? Co ze mną będzie? – kłopotała się. A tu jeden: ten, co to w samym centrum na największym stolcu siedział i kozią brodę rozmyślając skubał, gębę do niej rozwiera. Pewnikiem Lucyper? - pomyślała. -A juści! Na przednówku w księdze tajemnej diabelskiego księcia raz widziała. Nawet do onego był podobny: włosy i brodę najdłuższą miał z całego zgromadzenia, zapewne nie bez przyczyny - rogi z nich najokazalsze - jak jakowyś jeleń, albo łoś.

-"Gadaj dziewko, skądżeś? I po coś do nas wpadła?"– spytał z sarkazmem.

-"Ja tylko kartofli chciała nakopać…" - odpowiedziała dziewczyna zgodnie z prawdą. Kompanija śmiać się zaczęła.

-"Kartofli"?… Łe hłehłehłe – odpowiedział jej śmiech czortów. -"Już my znamy takie, co to niby dobrze chciały, a do piekła trafiły." I dawaj boki zrywać i głupie miny do siebie stroić.  

Przyszłej wiedźmince oczy łzami zaszły. Myśli sobie - trza sposobności szukać i umykać jak najdalej, jak najprędzej! Już miała diabli pomiot o łaskę prosić, już zgrzebną mowę obmyślała i  nawet krok w ich kierunku zrobiła, kiedy piekielny książe harmider ręką zawiesił i zarządził:

-"Panienka siędzie, sprawa jest." Migiem  zwołał lokajczyka i kazał przed Żywią kielich przedniego wina postawić, a i talerz napełnić wedle jej życzenia. Kiedy wszystko było gotowe, zaczął:

-"Ze Śmiercią mamy na pieńku. Dyplomacji okrutnie potrzebujem i negocjacji w imieniu piekielnych zastępów."

-"Śmierć jakieś wojenne niedobitki nam co rusz przysyła" – ciągnął czart. -"Uparł się i po jakichś bitwach jak szaleniec gania i wybielonym uśmiechem na mordzie rozprawia wszem i wobec, że na prostaczków kosy mu tera szkoda. A nam na co w piekle tyle rycerzy? No?! No powiedzże sama!" Żywia nie wiedziała, co odrzec, więc widelcem w talerzu gmerała.

-"Nudzim się okrutnie, to i skaczem sobie do gardeł. Bezrobocie rośnie, a prognozy mamy fatalne, fatalne… Dobrze, żeśmy opału na zimę pokupili"…- na litość dziewkę brał.

cdn.






wtorek, 19 września 2023

Wiedźmińskiego Terminatora Przypadki - A to było tak... cz.I



-Rózeczką dupsko przetrzepie! Ty znajdo parchata! - wrzeszczała babka. -Ino byś w woluminach siedziała! – gestykulowała gniewnie.  – Maciorka od rana głodna! Kartofli miałaś nakopać, kiedym w Gródku bawiła! Czekaj no! - dziewka zerwała się z taborka blada jak młynarczyk po krzepkiej robocie. Rozwścieczona stara chwyciła mietłe i dawaj za własną terminatorką ganiać. – To ja cię pod dach przygarnęła, do zawodu przysposobić  chciała… -Schedę zostawić… - sapała. -Czekaj no! I dawaj ździeliła młódkę po głowie – Zaraz cię nauczę szacunku do starszego pokolenia! -Ty darmozjadzie! Ty iluminowanych stronic latawico! Oniemiałe z przerażenia chuchro ledwo z chałupy zwiało i pędem wiedźmińskie imperatywy wykonywać .  -„Dziwne” – pomyślałby obserwujący zdarzenie powsinoga.  – „Dziewka na pierwszy rzut oka, bez problemu dałaby babci radę, a się posłuchała...”. – O jakżeś naiwny! Zezowate szczęście miałbyś, jeślibyś z życiem uszedł! Babka była największym wiedźmakiem o jakim okoliczny gmin od wiek wieków słyszał. Nawet najstarsi w siole nie mogli wiedzieć, ile ona może mieć właściwie lat? -Samorodek – można by rzec. -Czarny diament na zwykłym klepisku znaleziony. Co ciekawe, babka nie tylko sterowała z ukrycia losem prostego ludu, ale siedziała nie gdzie indziej jak w jednej  z najznamienitszych ze znamienitych lóż - w Wiedźmińskiej Loży Szyderców: "Bezprawie i Niesprawiedliwość". I to jeszcze było nic! Piastowała tam zaszczytne stanowisko - jaśnie prezesa nad prezesami, być może dlatego, że wredna była za dwie, ale może i dlatego, że jak kto ją bliżej poznał, to wiedział, że niesprawiedliwa była jednako.  Cichaczem nazywali ją ”Kurzą Łapką” i wcale nie bez przyczyny.  Prawda to była powszechnie znana, że drób lubiała w zamian za usługę przyjąć, jednakże z inszego powodu przydomek  ten się wzion. Stara wyhodowała na swych pokurczonych od warzenia tajemnych mikstur rękach okazałą kolekcyję kurzajek. - Trudno, swoje muszę ścierpieć - zadumała się Żywia. -Nijakich przypadków ni ma, a jak się uczyć, to ino od mistrza, a nie od jakiejś skośnookiej podróbki zza siedmiu mórz. Żywia, przekroczyła z pełnym cebrzykiem próg chlewika, a do jej nozdrzy dobiegł zapach trzody. -Masz tu, podjedz sobie – odezwała się do, bądź co bądź obrażonej, bo głodnej, maciorki. – Prosięta skakały radośnie. I kwiku było co niemiara. - Sianka wam pościele – dodała, jakby chciała zwierzyniec udobruchać. I chcąc umilić sobie żmudne obrządki  recytowała z pamięci recepturę:

-Sproszkowane ucho gacka, ptasie mleko, wilczełyko…

Bała się, że babka w afekcie jaki czar na nią rzuci, toteż prędko z maciorką się uwinęła, wzięła wiadro i polazła z motyką na poletko za stodołę nakopać ziemniaków. Widziała już babkę w akcji nie raz... Na wiejskim festynie w Gródku wpierw kibić wyszczupliła, a pstrykając w palce naraz włosy przyczerniła, lico wygładziła, a na koniec oczy - kocim błyskiem zapaliła…  I tak se chłopów wokół palca zakręciła, że nie dość, że darmowych drinków ilebądź popiła, to i z kufla choćby łyka każdemu uchyliła, śpiewając przy tym i siadając chłopom na kolana. Ponoć użyła tej nocy nie z jednym, a taka wesolutka wróciła, że  Żywia myślała, że z samym księdzem pogodzona, ale gdzie tam…

Och chciałaby  Żywia taki tupet mieć, chciała! Nie tyle o piwo tu chodziło, ani o tych chłopów nawet, gdzie tam… Chodziło o to, że babka robiła ino to, co za słuszne uważała i nikt jej w tym przeszkodzić nie potrafił. Nikt. Nawet miejscowy kaznodzieja.

Tak się Żywia znowu zamyśliła, że kopała, i kopała, i miast kartofli, wielką drewnianą skrzynię wykopała. Zaciekawiona gmerać przy niej zaczęła. I bach! - wieko odskoczyło. Kufer wcale zamknięty nie był! -O rety! - wyrwało się dziewce. - Wewnątrz są schody! Zrobiła krok, potem jeszcze jeden, i zeszła niżej, i jeszcze niżej… Musi to zejście do jakiej tajemnej piwniczki prowadzi? Wokół pełno było omszałych gąsiorków, okurzonych kompotów, ogórków kiszonych i inszych różności, ale ona niczego nie kosztowała, tylko jeszcze niżej poszła.

cdn.