Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 sierpnia 2026

Strzyga II

 


         

Jakże skrzy niebiański zwierzyniec;

Płonie księżyc w kolumnadach drzew.

Wśród nich leśnej łąki dziedziniec

I stworzenie, które czuje zew.


Te oczy tak łagodne niegdyś,

Szukają światła w gęstej czerni.

Przeklęte dusze… Gdzie błądzą dziś?

 - Szczękę wypełnia wieniec cierni.


Nagle wyczuła ludzkie  siedliska;

Tam biły serca do pożarcia!

Jakoż ta luna w szpary się  wciska,

błyskają zęby w ceremonii zwarcia.


Trysnęła krew jak zdrój krynicy

Zachłannych pocałunków fale;

 Jak owoc wybornej winnicy,

Pochłonęła w łapczywym szale.


Wielbiąc zdobycz, nim w mękach skona,

Zanim owa na zawsze zaśnie.

A nad wszystkim czuwa ikona;

Kończy żer, gdy robi się jaśniej.


Słonecznym różowym zaciekiem,

spłyneły bezkresne amaranty.

„Przecież ja wciąż jestem człowiekiem...”

- Echo z wieży grało kuranty.


środa, 15 kwietnia 2026

A licho wie VIII











 I stała się rzecz niepojęta, bo kiedy licho w białym welonie, na ślubnym kobiercu dozgonną miłość młodemu księciu przysięgło, a potem prosto w usta Twardostoja ucałowało, buchnęło, huknęło i cały czar naraz prysł. Z łysawej szkarady zmieniło się w nadobną księżniczkę, która, trzeba przyznać nie tylko panu młodemu, ale i innym zebranym bardzo się spodobała. 
Tylko Halszka z daleka wszystkim się odgrażała, że jeszcze ją popamiętają. Niedoszła żona miała rację. Obrośnięta jak u dzika twarz z pewnością wystarczyła, zostaeić w pamięci ślad.
Za to pośród gości pojawiła się nagle nikomu nieznana starowinka. Rozsiadła się nieproszona wśród weselników i taką to historię im opowiedziała:
Za górami, za lasami była sobie raz księżniczka, która wszystkich swych adoratorów nagminnie zwodziła i bex niczego odprawiała. Straszliwie jej ta nieobyczajność rodziców martwiła i nikogo się ona nie słuchała: ni ojca, ni matki i ani żadnego na zamku dostojnika. Nikomu bowiem do siebie dojść nie pozwoliła, jedynie czasem leśnej babie, do której chodziła po zioła i zaklęcia. Jako, że nie w prawicy, a w zamawianiu i w eliksirach się lubowała i wyjścia z każdej opresji upatrywała. 
Jednakże owa leśna baba stara już była, choć ciągle jara. Baba nieco się wyprostowała i  wzorzystą chustkę drżącą ręką wygładziła. - Umysł bystry, acz  zmącony - ciągnęła dalej.  - Wzięła tedy wilczełyko  z jaskółczym zielem sobie pomyliła i zeń ową nieszczęsną polewkę uważyła... 
Jaskółcze ziele dobre na pypcie, za to wilczełyko paskudna trucizna - jakby kto tu z szanownie zgromadzonych nie wiedział.
Baba patrzy, a po spożyciu nalewki panna gaśnie i na podłogę się osuwa. 
 Żadne znane jej odtrudki nie działały. A trzeba wam wiedzieć, że tylko co jej przyszło na myśl, wnet wypróbowaława. W ostateczności doszło do niespodzianej transmutacji w leśne licho, do której Baba w akcie desperacji w załączniku zdjęcie klątwy dodała; "Kiedy licho na ślubnym kobiercu wreszcie stanie, do końca swych dni w ludzkiej postaci zostanie".
Po tej gawędzie, weselnicy zrozumiawszy jak wielkiej przemiany byli świadkami, świętowali nie dzień cały, ani nawet tydzień, lecz ze dwa tygodnie. Aż ich starszy książe Maksymilian - ojciec Twardostoja, kazał grzecznie wyprosić do domów. 
c.d.n.?

środa, 1 kwietnia 2026

A licho wie VII

 




10 czerwca 2013

Ocalony przez Dąbrówkę Twardostój nie posiadał się z radości, że ujść z obławy  mu  się udało. A kiedy się na nim brunatny niedźwiedź usadził, to cały żywot  stanął mu przed oczami. Wtenczas zrozumiał, że ma dość kawalerskiej swawoli, że wstyd to okrutny, ażeby go niewiasta z opresji raz za razem ratowała. Postanowił wrócić na zamek, ożenić się z Halszką i najdalej jak za rok doczekać się potomka.  A tej dziewczynie, co w głuszy mieszka i dobra dla niego była zawsze po stokroć wynagrodzić. Na odchodne wycałował obie dłonie obiecując jej osobę zachować w szczególnej pamięci. Ona jednak w dobre chęci zbója nie bardzo wierzyła.


***


Za to zbójcerz mając na względzie pogoń, tortury i niechybną niewolę, zacisnął zęby i przez najgorszy chruśniak się przedzierał. Dopiero gdy zobaczył na horyzoncie zarysy zamczyska,  poczuł ulgę. Nie mógł jednak przypuszczać, że w ślad za nim, z gałązki na gałązkę skacze leśne licho, które szło tak aż pod bastion okalający Miasteczko i weszło przez główną bramę. Wtedy właśnie znalazło się w okropnych dla siebie okolicznościach. Wpierw wpadło w tłum, który jak rzeka zaniósł cudaka na targ i wypluł między kupieckie stoły. Na ten widok  pies garncarza ze strachu się urwał. Nieboże zaczęło uciekać ile sił w nogach.  Przewróciło się na stragan z naczyniami. Zaczepiło babę z kołaczami.  Potknęło się o nogę cyrulika i straciło równowagę. A kiedy samo upaść już miało, wywinęło się niczym wędrowny kuglarz, chwyciło mazidło na porost włosów i zbiegło między domy.


***


Zmachane i wystraszone licho przycupnęło przy koniach.  Rozmazało się przy tym okropnie. Rozpaczało, że tak niefortunnie straciło mości księcia z oczu. Wiedziało jednak, że szukać go należy nie gdzie indziej jak na dworze. Umyśliło sobie wejść tam  kuchennymi drzwiami. Obeszło więc przybudówki i zapukało do tej, gdzie dym w kominie ochoczo podskakiwał. Otworzyła jej okrągła i rumiana kucharka. Od razu chciała licho przepędzić. Jednak przeszkodziła jej jakaś taka  podejrzanie wychudzona, która nie dość, że wpuściła nieszczęście do środka, to jeszcze własną strawę na dwie części podzieliła i ugościła.  Spotkanie z leśnym lichem nic dobrego jednak dworskiej kuchni nie przyniosło. Na drugi dzień gruba dostała kolki, następnie niestrawności i nie zdążyła na czas do roboty. Z tej to przyczyny kuchmistrz stracił cierpliwość i kazał się jej wynosić. Szczupła za to awansowała  i postanowiła dworskich dostojników skutecznie odchudzić.

***

Jak ja niecierpię tego rodzaju muzyki - myślał Twardostój przysłuchując się próbom do weseliska.

 -A najgorsze jest to, że wpada w ucho! Już się szykował, już wkładał swój strój paradny i nerwy dawały o sobie znać.

*

Korzystając z  zamieszania, a trzeba wam wiedzieć, że to były ostatnie przygotowania do książęcych zaślubin, licho umknęło na pokoje i tułało się po dworskich komnatach szukając ukochanego. Chcąc nie chcąc trafiło w centrum zamieszania, gdzie dworskie służki stroiły pannę młodą. Stały przed lustrem i jedna układała pukle w zmyślne sploty, a druga miała barwić przyszłej księżnej policzki. Ku zdziwieniu straszydła ucieszyły się, kiedy je zobaczyły.  -W samą porę! – zapiszczała ta, co miała malować. Niespodziewanie wyrwała lichu zwinięte z targowiska mazidło i poczęła smarować nim twarz oblubienicy. -Będzie pani wyglądać jak królowa – szczebiotała dwórka. Halszka jednak cudu nie doczekała. Trwało chwilę, a na twarzy pojawiła się bujna jak u dzika szczecina. W jednej chwili krużganki przebiegł jeden pisk. – To jej wina! – wrzasnęła pokojowa  i wskazała na licho. Upiorzycy nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Naraz wzięła nogi za pas, a wybiegając z komnaty, wpadła na białogłowę, która ślubną suknię niosła. Straszydło szamotało się przez chwilę uciekając w najdalsze zamkowe zakątki. Widząc zgromadzenie roztropnie zakryło twarz, ażeby nikt je nie rozpoznał, a oddech i krok  zwolniło. Podeszło do księcia i grzecznie przyrzekało wszystko to, co mu czarodzieje kazali, na co młody książe pospołu lichu przysiągł przy świadkach. Tak oto książe leśne licho poślubił i swój los po kres dni wybrał.

Koniec

sobota, 21 marca 2026

A licho wie V

 3 marca 2013


 Myliłby się jednak, kto by pomyślał, że tak będzie zawsze. Bo kiedy przyszło do podziału łupów, byle nóż wbijał się w stół, a zbójcy za fraki się brali i każden jeden o swych zasługach jeno pamiętał, a zrabowane dobra niedługo w kupie zostawały, albowiem zbójcerze mieli w planach samodzielne inwestycje. 


*


Ale tak naprawdę wszystko zaczęło się od radosnego powrotu z Turkaweczki, kiedy podparli jeden drugiego i tak się wspierając prowadzili w kierunku swej kryjówki przez trzęsawiska wydzierając się przy tym w niebogłosy jak to "Kalina malina w lesie rozkwitała...", wyskoczyło wtenczas na nich z drzewa leśne licho. Paskudna to była szkarada, zdziczała i niebezpieczna, całe życie w dziuplach siedziała, więc trudno było przewidzieć, co uczyni. Z postury podobna kobiecie, bo nagość jej nic nie przysłaniało; piersi miała suche, takież nogi i ręce. Żebra spowite były poszarzałą skórą, na głowie wyleniała, spod włosów łypały rozbiegane ślepia. Spadła na nich niczym zmora i o zlitowanie prosić zaczęła, o dobre słowo i grosza na chleb. Szkoda się tedy Twardostojowi zrobiło i próbując utrafić w oko, rzucił weń brzęczącego miedziaka. Spudłował, czym niestety jeno potworę rozochocił i od tego czasu licho przyczepiło się do zbójów skutecznie. Starczyło, że zaszyło się gdzieś w krzakach i już znacząco popsowało szyki i zamiary rzezimieszków. A to wystraszyło karego konika Pokrzywki, który go aż na Maciejowe Pole poniósł, a to sporządzone przez Kacpra strzały jak nigdy błądziły. Menda natomiast zawiść czuć zaczął o pozycję przywódcy i jako doświadczony złodziejaszek podważał Twardostoja umiejętności. Nadomiar złego listy z podobiznami czerech już zbójców na trakcie powywieszano. Bogowie jeno wiedzieli, co też licho obaczyło w księciu, a czego inni nie mieli. Pewnikiem była to ta chwila słabości, kiedy to pieniądz szkaradzie darował i skutecznie do siebie straszydło przywiązał. Upiorzyca za nic bowiem nie chciała od zbójców odstąpić, aczkolwiek czyniła to skrycie.


*


Co się zaś tyczy dworowania i dworskich fanaberii; Maksymilian i Jagoda nie poprzestawali w zabiegach, ażeby przyszłej synowej dogodzić i zupełnie im nie przeszkadzało, że przyszły mąż się ulotnił. Uznano powszechnie, że młodzieniec musi się wyszumieć i nikt go nie poszukiwał. Halszka razem z teściową zarządziły konkurs na najpiękniejszą suknię. Zjeżdżali zatem na dwór znamienici krawcy, ażeby swoje projekta przedstawić. A kiedy żadno odzienie, przyszłej księżnej się nie spodobało, na dwór wołano zamorskich kupców, którzy materię wszelaką ze sobą mieli: koronki i hafty, adamaszki, jedwab i taftę, perły, tudzież drogie kamienie. Docierali tam również handlarze żądni zemsty, na których to na trakcie napadnięto i którzy domagali się zadośćuczynienia, a przynajmniej wyłapania i nanizania na pal parszywych rzezimieszków.







piątek, 13 marca 2026

A licho wie IV

17 lutego 2013

Nad Sobótką i opłotkami unosił się swojski smrodek kiszonej kapusty, którą wieśniacy na przednówku z beczek wyciągali i warzyli z niej kapuśniak. Twardostój poklepał wierzchowca po szyi i poluzował cugle: Hejta, wiśta, wio koniku! – cmoknął. -Byleby dalej stąd! Im bliżej było bowiem do zaślubin, tym książe częściej z dworu uciekał, bo mu przymiarki i  smakowanie dań do cna już zbrzydły, za to chęć do nowej przygody odejść nigdy nie chciała. Wykoncypował sobie bowiem, że nim dojdzie co do czego, to się może i zły los odmienii i  po jego myśli jeszcze będzie, a nie pani matki. Włóczył się tedy po zalesionych wąwozach i niedźwiedzich śladów szukał. Na próżno. Niedźwiedź u Dąbrówki na zapiecku sobie spał, a ona ludziom nieufna, z zapasów korzystała i czekała wiosny. Gościńce za to roiły się od chołoty. Nietrudno było trafić na zbójców szykujących się w ukryciu na kupieckie zaprzęgi, a do grodziska na wieść o zbliżającym się weselisku całe karawany szły obładowane tkaninami, wonnościami i kosztownościami. 

*

Twardotój dla zabawy twarz szmatą obwiązał, ażeby nikt go nie mógł wśród zbójników rozpoznać i zaczął szabrować. Ciężki, oburęczny miecz bezczynnie na plecach nie wisiał. I kiedy raz mu się zasadzka udała, począł się dziedzic w zbójowaniu wprawiać. Wkrótce jego kompania liczyła czterech zbójów, a każden o innych wiedział niewiele: Kacper szybkim zarobkiem zwabiony od ciesielstwa odstąpił, Pokrzywka od maleńkości zbójcerzem chciał być, toteż  długo nie trzeba było go do złodziejstwa namawiać, tymbardziej, że pospołu z Mendą od jesieni sakiewki na trakcie obrywali. Menda był przynętą - zwykle o trakt przejezdnych wypytywał, tudzież gospodę, a Pokrzywka z tego korzystał rabując ukradkiem co się da. Później zagrabione miedziaki na jarzębinówkę i dziewki wydawali. Tyle, że na przednówku dla nich dwóch wcale o zarobek łatwo nie było. Z przydrożnych słupów ichnie wizerunki zaczęły uczciwych podróżnych straszyć i o wyznaczonej nagrodzie anonsować. Trzeba więc było bardziej się zorganizować, a najlepiej to zmienić otoczenie. Tak to owi zbójcy trafili na Zaciężnego, jak im się książę przedstawił, a że mordy im obu obił, za to sakiewki nie puścił, to zmyślili się z nim ułożyć. No a później doszedł do nich ciesielski czeladnik. Pomieszkiwali w czterech na skraju stuletniego lasu, tam, gdzie się skały w swoisty krąg przez wieki ułożyły, a gdzie, jak mawiali chłopi jeszcze pół wieku temu czarownicy i wiedźmy magię w czas pełni uprawiali.

*

Twardostój wiedział, że kupiecki zapał kończył się tam, gdzie targowanie i żaden z nich nie będzie chciał ryzykować swej przedsiębiorczej głowy na rzecz towaru. Łupieżcy zatem wiele się nie wysilając odbierali handlarzom pokaźne sumy. Podarki, jakie tego czasu ladacznicom rozdawali, były wręcz legendarne, a dziewuchy tak się rozpaskudziły, że nie chciały się z byle kim łajdaczyć.

*

Tak było i tym razem, złupiwszy karawanę kupców Twardostój i jego nowi towarzysze biesiadowali w Turkaweczce. Beztroskie to były chwile: miód z okowitką lał się strumieniami, zalewajki i krupnioki naprędce ze stołów znikały i niejedna dziewka oblewała się pąsem, gdy naraz dostała klapsa od rozochoconego zbójcy. 

cdn. 


poniedziałek, 9 marca 2026

A licho wie III

 Dąbrówka nie mogła zasnąć. Wielki jak bochen chleba księżyc świecił natarczywie. Zawisł nisko, jakby właśnie tej nocy na koronach drzew miał być złożony jak na stole. Ciemne wierzchołki przeszło stuletnich drzew przysłaniały pobielone śniegiem pola oraz węzeł traktu do książęcego zamczyska i do Sobótki. Przez okno ozdobione koronkową firanką przenikał lodowaty ziąb. Okryła się wełnianą chustą i podeszła do pieca, ażeby podrzucić parę drew. Misiek rozłożył się pod nogami rozkosznie jak to zwykł robić w gawrze oseskiem jeszcze będąc. Dąbrówka ominęła bestię i przypomniała sobie, jak go przygarnęła. Dziewczęciem jeszcze była i wybrała się do lasu po grzyby. Wtem usłyszała z krzaków niby dziecięce kwilenie. Podbiegła bliżej i znalazła tam niedźwiadka w sidłach zastawionych przez kłusowników. Szkoda jej się zrobiło zwierzaka, był puchaty i taki słodki. Niechybnie jako maskotka na łańcuchu u cyrkowców by skończył, gdyby nie ona. Początkowo matka nie chciała się zgodzić na nowego chowańca, ale Misiek miał do dziewczyny wielką słabość, więc nie sposób było zabronić im tej zażyłości, tymbardziej, że wielkiej szkody w domu nie czynił, a z czasem stał się dla Dąbrówki osobistym ochroniarzem, tak że Nawoja przestała się się o córkę bać. Ogień lizał osmalone polana. Wrzuciła do pieca kolejne. Łapczywie zajął się i nimi. Potok zimowych dni dłużył jej się w nieskończoność i  dziewczyna miała wrażenie, że zamarzł w niektórych miejscach jak kra. Układając się do snu pomyślała jeszcze o bezczelnym myśliwym, którego Misiek jesienią słusznie łapą potraktował, i jak go guślarz od nieszczęścia ratował, ale odgoniła to wspomnienie od siebie, bo przecież nie przyjdzie im się więcej spotkać.

***

Na zamek zdążyli powrócić posłowie. Każden z nich przywiózł z podróży wizerunki zamorskich księżniczek, które kandydatkami na żonę dla księcia Twardostoja miały być. Jagoda i Maksymilian posunęli się w latach i wnuki chcieli już bawić, a nie martwić się że ich jedyny potomek w pojedynku o honor jakiej panny zginie. Chcieli mieć pewność, że księstwem będzie prawowicie władać, a nie uganiać się za służebnymi, jakkolwiek byłyby one urodziwe. Wszak wyższym był stanem, a takiemu nie przystoi. Zatroskani rodzice z zaciekawieniem obserwowali reakcje na potrety kandydatek. Jedna odpadła w przedbiegach. Księżna stwierdziła, że w biodrach jest zbyt wąska i nie urodzi, że figura chłopięca, a rysy jakieś takie ptasie. Drugą odrzucił książe i choć wydawała się do tej roli wyjątkowo pasować, to sam zainteresowany określił ją mianem „tłusta”. Trzecia pofatygowała się zjechać na książęcy dwór sama. Prędko swoje wiano przedstawiła, sporządziła kontrakt, a taka była w obrachunkach skrupulatna, że się Twardostój jej gospodarności przeraził. Jagoda radziła odczekać i dać uczuciom szansę, ale czas nic nie zmieniał, za to nękać zaczęły młodego dziedzica rozmaite boleści, także medyka na ten czas wezwano. Ten młodego opukał, osłuchał, wypytał, wszerz i wzdłuż obadał i na koniec ręce w znaczącym geście rozłożył, minę ważną zrobił oznajmiając wszem i wobec, że albo to jaka nieznana mu zaraza, albo dotknęła młodego księcia melancholia. Zima dla Twardostoja była odkąd pamięta udręką. Siedział wtedy na dworze i tęskno mu było za kompanią, ciągnęło ku nowej przygodzie, męczył się wtedy niemożebnie.

cdn.



wtorek, 3 marca 2026

A licho wie II

 (8 stycznia 2013)


-Zabierzcie go do uzdrowiciela! – zarządziła dziewka. -Piorunem!

-Misiek, coś ty zrobił? Niedźwiedź zajęczał gardłowo i spuścił łeb.

 Druhowie wartko zabrali nieprzytomnego we wskazanym przez nią kieruku.

W ruinach zamczyska przebywał wędrowny guślarz. Zaadaptował przy tym rumowisko na swoje potrzeby. Na łąkach i w lesie zbierał niezbędne rośliny i grzyby, które poddawał obróbce i leczył nimi ludzi, odczyniał też uroki, a w zamian za to chłopi znosili mu produkty rolne. Stworzył się przy tym niepisany cennik:

- wyleczone kurzajki – tuzin jajek,

-dolegliwości żołądkowe – dwie piaskowe baby,

-na ból głowy u żony – oprawiony królik albo worek mąki,

- eliksir na chłopską potencję – pęto kiełbasy.

 Wymieniła jednym tchem Dąbrówka. Kiedy dotarli na miejsce, guślarz obejrzał młodego księcia, który zaczynał już dochodzić do siebie i pokręcił głową.

-Niektóre historie mogą napisać jedynie łzy – powiedział wstając i opierając się o swój kostur. Westchnął przy tym głośno, postawił kija krok dalej od siebie i pochylając ciężar sędziwego ciała, znów usiadł na kamieniu. Już myśleli, że zacznie leczyć, bajać, strofować ich, albo napominać i skłaniać do naprawy, ale on zwiesił nagle głos jakby nagle wszedł w jaki trans i jak gdyby każdo wypowiedziane słowo sprawiało mu ból wycedził: - Ale żem wczoraj mikstur namieszał! Chrząknął, mlasnął, splunął na ziemię i począł opowiadać dalej. 

-Dawno, dawno temu, na mglistych wrzosowiskach żyła sobie niewinna dziewczyna. Niewinność – jak każdy guślarz wie, to stan początkowy i przejściowy zmierzający do utraty niewinności – wyjaśnił, jednakże ta dziewczyna była naprawdę niczemu winna. Miała jednak to nieszczęście, że była podobna do pięknej i możnej kobiety w królestwie: zgrabna, ciemnooka, długowłosa, ech… – rozmarzył się ukazując rękoma kształty kobiety, skupiając na opowieści uwagę słuchających.

- A tamta była przebiegła jak ta lisica podczas rui - ciągnął dalej.- Nie tylko męża, ale i doświadczonego magika omotała swymi niewieścimi sztuczkami tak, że czarodziejstwo rozczyniał podle jej zachcianek, nie zważając na to, że wszystko co zrodzone z magii przynosi pomieszanie i chaos w życiu codziennym. Ale co ja wam będę rozprawiał o magicznych prawidłach? To zadanie myślicieli. Otóż ta niewinna dziewczyna padła w sidła intrygi urodziwej jędzy. Pod wpływem mikstury, której jej zmyślnie podano, dziewczyna z wrzosowisk ukochała męża wiedźmy tak bardzo, że po upływie dziewięciu miesięcy powiła mu bliźnięta. Jegomość był jednak wyjątkowo gamoniowaty i nie zauważył zamiany. A żeby tego było mało, bliźnięta: chłopiec i dziewczynka, zostali rozdzieleni przez tą piękną, wpływową wiedźmę zaraz po urodzeniu, co jest oczywiście niedopuszczalne w ezoterycznym środowisku. I dlatego też od tamtej pory maga, który do tego dopuścił prześladuje nomen omen zły omen. Zapadła cisza i nikt nie wiedział co myśleć.

Guślarz wyjął z sukmany bukłak z miksturą niewiadomego pochodzenia i zdrowo pociągnął. Następnie przetarł otwór rękawem i chciał młodych częstować.

-Już dobrze, już wystarczy – przerwała mu zakłopotana Dąbrówka odmawiając poczęstunku, po który sięgnął chętnie Witek spod karczmy Wyrwigrosz i podał zaraz napitek Twardostojowi, który w międzyczasie cudownie do życia powrócił. A ten z niego jak gdyby nigdy nic pociągnął i wcale na chorego już nie wyglądał, bo też umyślnie onego zgrywał, by na jaką czułość od dziewki zasłużyć, jako że był,  bądź co bądź, przez Miśka poszkodowany.

-No to komu w drogę, temu czas! Nie będziemy znachora kłopotać, kiedy chory szczęśliwie ozdrowiał  – dziewczyna popatrzyła znaczącą w kierunku księcia i jego trzech kompanów.

-Jak się spieszysz, to se siądź – uśmiechnął się Twardostój pozorując maniery nieokrzesanego najemnika. Podsunął jej jakiś sękaty zydelek, ale dziewczyna ani śmiała skorzystać. 

Udawał martwego, tylko w jakim celu? - pomyślała. A to nikczemnik! Spojrzała mu wymownie w oczy i pomyślała, że z takim niewdzięcznym i zadufanym w sobie człekiem, to ona nie chce mieć nic wspólnego! 

Wzruszyła ramionami i zawołała Miśka. Niedźwiedź usłuchał i poczłapał za dziewczcyną do ich leśnej chaty.

-Wie jak bestię obłaskawić – szepnął Witek i mrugnął do pozostałych.

-Twarda sztuka – ocenił guślarz spoglądając w ślad za dziewczyną. 

Śmieli się przy tym żartując, ale Twardostój był zbity z tropu. Nie przyzwyczajony był bowiem, że dziewka stawia jakikolwiek opór.


***


Tymczasem na dwór książęcej pary: Jagody i Maksymiliana dotarli pierwsi posłowie z wymalowanymi wizerunkami kandydatek na żonę dla młodego księcia.








środa, 25 lutego 2026

A licho wie I

 


(Tekst powstał 18 grudnia 2012 i opiewa dalsze dzieje bliźniąt, które w poprzednim moim wpisie przyszły na świat. )




Młody książę, któremu na cześć dziada i pradziada dano na imię Twardostój,  poszedł niechybnie w ślady ojca, gdyż  z przeróżnych wymyślnych w świecie uciech najbardziej cenił sobie łowy, łamanie niewieścich serc i łajdaczenie się. Wymienione rozrywki stały się znakomitym powodem, aby w ogóle na dworze nie bywać. Za to Jagoda, która była mu jak matka załamywała ręce nad niepohamowaną chucią, bo młodemu ciągle było mało i mało. Jakaś nieznana wszechpotężna siła popychała go w kierunku zdecydowanie dlań nieodpowiednim: do piastunek, praczek, koronkarek, szykownych modystek, lub gorseciarek, pokojówek, urodziwych, acz naiwnych gęsiarek, dojarek i specjalistek od byśków. Aż tolerancja księżnej zaczeła topnieć i  synowskie wybryki poczęły jej poważnie doskwierać. Myślała ciągle, jakby tu gagatka usadzić? -Czym? -Ano ożenkiem z zacną, posażną, ale niekoniecznie rozgarniętą arystokratką w rzeczy samej! Tak, ażeby teściowa miała jeszcze co do powiedzenia, gdyby trzeba było reagować. Toteż z inicjatywy księżnej matki wysłano poselstwa do okolicznych dworów, a nawet na zamek królewski, aby nadobną pannę księciu przysposobić i szacher-macher prędko młodzież zaślubić, ażeby biedy jakowej z pospólstwem nie zdążyli wcześniej uczynić.

Zanim jednak wrócą – myślał Twardostój – trzeba mi ostatni raz  swawoli zakosztować, a potem… Potem to się zobaczy. Wybrał się tedy młody książe z druhami swemi wiernemi trzema: Janem z Janowic, Bartoszem z Kołomyi i Witkiem spod karczmy „Wyrwigrosz” zapolować w borze na niedźwiedzia.

Rosa drżała wdzięcznie w pierwszych promieniach słońca, kiedy kompania zasadzała się na drapieżnika. Upatrzyli stanowisko nieopodal barci umocowanych w leciwych dębach. Ze sprzętem mieli nieco ambarasu, ale pszczoły zajęte zbieraniem nektaru nie zważały na żadne ludzkie  zasadzki. Przechadzały się cierpliwie po kosmatych pręcikach kwiatów pilnie zapylając to, co trzeba. I nagle w oddali usłyszeli wyraźny ryk i jakby tętent dzikiego zwierza. Powietrze ponownie rozdarł przeraźliwy dźwięk, blisko barci zaroiło się nagle od pasiastych owadów, które przyuważyły agresora. Niedźwiedź zwęszył miód i już był blisko. Naraz począł wspinać się do plastrów ukrytych w konarach drzew, kiedy młody książę wyskoczył na niego z włócznią, cisnął, ale chybił. Zwierzę machnęło łapą, zeskoczyło z drzewa i mało co nie rozłupało młodzikowi czaszki. Na ten czas rzucił się mu nawet do gardła, ale niespodziewanie zatrzymał go dziewczęcy głos.

-Misiek! Misiek, w tej chwili przestań! Nie wolno! Misiek!

Rzeczony misiek zamruczał pod nosem i odstąpił od ofiary. Tymczasem Twardostój  osunął się na posłanie z leśnych paproci, lecz nim stracił całkiem  przytomność, zdążył jeszcze zoczyć zwiewną nad nim postać, która uratowała go od zguby i swoich towarzyszy, którzy właśnie szli mu na ratunek.

cdn.

piątek, 20 lutego 2026

Dalsze losy rzezimieszków - Narodziny bliźniąt

 Kiedy z drzew opadły już ostatnie liście, a gałązki wrzosów pokryły się kryształkami szadzi, przyszedł na Nawoję czas rozwiązania. Wyjęła tedy z klatki białopiórego gołębia, otworzyła okno i posłała go do starej Paciorkowej, która to we wsi gusła odczyniała, a która miała przyjść jej z pomocą, kiedy przyjdzie na nią pora.

Gołąb zatoczył koło nad domostwem, wzbił się w chmurne przestworza i zniknął jej z oczu. Dryfował chwilę ciesząc się wolnością, tak jak człowiek, który uwolni się z ciasnego i mrocznego pomieszczenia i teraz swobodnie oddychać  może. Chwilę później Nawoję przeszył ból jakiego jeszcze nie znała. Z trudem ułożyła się na posłaniu i oczekiwała nadejścia pomocy. Sekundy zmieniały się w minuty, a minuty w godziny. Nie przewidziała jednak, że gołąb zbłądzić może i zamiast usiąść na gołębniku poczciwej Paciorkowej trafi prosto do wieży Sędziewoja. Ten przyjrzał się ptaszynie i w lot skojarzył co się dzieje.

***

   Księżnej Jagodzie słów zbrakło, kiedy od nadwornego czarodzieja o porodzie usłyszała. Czasu było niewiele. Wyprawkę biegiem spakowała i tajemnym przejściem, których w zamku było wiele, a które jej do tajemnych schadzek z Sędziwojem służyły, wymknęli się na wrzosowiska.

Widok był opłakany. Pościel cała w krwi umazana, a brzemienna nieomal przytomność z wysiłku straciła. Widząc w jakim jest stanie mag zdecydował się jej pomóc i mimo iż brzydził się położnictwa jak niczego na świecie i sprawy tak przyziemne wolał wiejskim znachorkom zostawić, w przypadku książęcego potomka, musiał mieć pewność, że wszystko pójdzie jak należy.

***

   Gołąb zboża w wieży nie dostał i do Paciorkowej na dach poleciał. Baba na umówiony znak sygnał pieluchy w torbę spakowała i i w te pędy pobiegła na wrzosowiska. Kiedy dotarła na miejsce, księżnej, pierworodnego i czarnoksiężnika nie zastała. Brziemienna w bólach nie wiedziała co się dzieje. Majaczyła coś o dziecku, o chłopcu, którego powiła, ale guślarka uspokajać ją poczęła i do prawdziwego porodu przymuszać. 

Chwilę później chatę na wrzosowiskach ponownie wypełnił płacz. Na świat przyszło kolejne maleństwo - dziewczynka.

-Widzisz? – zwróciła się do Nawoi. – Cała jest i zdrowa. Po czym położyła zawiniątko tuż przy matczynej piersi. Nawoja rozchyliła pieluszki ucałowała mechatą główkę i liczyć paluszki zaczęła, a mała syta i swoim pierwszym dniem zmęczona, mruczała coś zasypiając.

 ***

   W tym samym czasie książę Maksymiliam, jak przystało na męża, warował pod drzwiami czuły na każdy głos dobiegający z sypialni żony. Nie posiadał się ze szczęścia, gdy wziął na ręce syna i nie zwrócił nawet uwagi, że jego połowica olśniewa urodą i nic a nic nie jest umęczona porodem. Za to nalegał, żeby nie wstawała i nie forsowała się nadto, że medycy i służki wszystkim się zajmą. 


freepik.com 

poniedziałek, 9 lutego 2026

Dalsze losy rzezimieszków - Słodko - gorzka tajemnica

Nawoja zdziwiła się trochę, gdy ujrzała księżną w identycznej do swojej sukience. Nie sposób było jej odmówić tak strojnego podarku. Gładka, jasna materia opinała talię i opadała z rozmachem w dół. Na całej powierzchni wiły się liliowo kwitnące pnącza. Dekolt i rękawy wykończone koronkową gipiurą... Była zachwycająca.

- A teraz - rzekła wielka pani - nałożymy maski, bo to nie jest zwykły bal, a maskowy. -Przykryj lico i baw się jak nigdy dotąd! Zaśmiała się.

- Niech żyje bal! Skinęła na pokojówkę, która  podała Nawoi puchar napełniony winem i trąciła swoim. - Do dna!

Na wieliej sali tańczyło już wiele par. Wirowali w takt muzyki. Ośmielona Nawoja trafiła w ramiona nieznajomego. Od tej pory wszystko zaczęło się dziać jak we śnie. -To chyba wino - myślała. I drżała przy każdym dotyku i co raz bardziej śmiałej pieszczocie. Nie wiedzieć kiedy trafiła do wielce szykownej komnaty, w której spędziła swoją pierwszą noc z mężczyzną. 





Nigdy wcześniej nie czuła się tak. I nigdy wcześniej tak nie wstydziła, gdy rano otworzyły się drzwi i do środka wtargnęła jej dobrodziejka. Nie budząc nawet śpiącego, wyrzuciła z pokoju, a dalej wartownicy pochwycili ją w jednej tylko koszuli i wyrzucili z zamku na bruk. 

Szczęściem dopiero co świtało. Rynek solny nie zapełnił się jeszcze kupcami. ani kumoszkami. Strażnicy przy  głównej bramie przepuścili ją uśmiechając się pobłażliwie.

¤¤¤

   Nawoja nieraz opłakiwała noc spędzoną w zamku. Przed oczyma duszy widziała korowód ludzkich masek i dworski przepych; tysiące barw, dźwięków oraz smaków, które dla jednych mogły być spełnieniem marzeń, dla niej stały się przyczyną wstydu. Zdawało jej się, że gdy płacze nad utraconą niewinnością, razem z nią płacze całe niebo. Lato miało się ku końcowi: chmury z dnia na dzień gęstniały, a gdy tylko słońce chyliło się ku zachodowi w dolinach układał się przenikliwy chłód. Wszystko inne odbywało się tak, jak co roku o tej samej porze. I kiedy chłopi zbierali swe plony z ogrodów i sadów, tak i ona pieczołowicie zapełniała swoją spiżarnię rudą marchwią, cebulą i brukwią. Gdy tylko ustały słotne dni, zbierała maliny i kalinę do glinianych garczków i przykrywała je słodką pierzynką. Pełne kosze grzybów nawlekała  na nici jak korale i rozwieszała przy piecu. Odtąd w jej chacie pachniało leśnym runem.  A kiedy tylko pająki zaczęły snuć babie lato, udała się do młynarza w okolice Sobótki, by zdobyć na zimę worek mąki. Po drodze poczuła zapach ogniska i swąd zwęglonych smakołyków. Młode pacholęta utrudzone wykopkami grzebały kijami w żarze i wytaczały zeń osmalone kule.

-Wiedźma! – usłyszała za sobą i zaraz posypały się za nią podgniłe od ulewy ziemniaki. Ledwo uszła z tego cało. Od tej pory omijała wyrostków z daleka. Tylko starej Maciejowej zwierzyła się z tajemnicy, którą pod sercem nosiła. Sekret mierził Maciejową prawie dziewięć dni i byłaby się starowinka udusiła, gdyby nie sąsiadka, która do niej przyszła i od męczydła uwolniła. Tak oto od słowa do słowa zwiedziała się o sekrecie cała wieś. Ba! Wieść krążyła po dziedzińcach jak kraj długi i szeroki i wszyscy już o potomku czarownicy z lasu wiedzieli, prócz samego księcia, który bystrością w rzeczy samej nie grzeszył.

¤¤¤

   Księżna Jagoda czekała rozwiązania sama udając stan błogosławiony. Jak jej się to udawało nie sposób wytłumaczyć. Tak, czy siak, nauki magiczne pobierała u samego Sędziwoja, który rozsiadł się w książęcej wierzy i kamień filozofów produkował. Ale nie o złoto tutaj szło. Uwagę jej książęcej mości przyciągnęła legenda o nieśmiertelności tego, co ów kamień posiądzie. Niespełna trzydziestoletnia już Jagoda chciała więc wydrzeć naturze tajemnicę wiecznego życia.  

c.d.n.

czwartek, 29 stycznia 2026

Dalsze losy rzezimieszków - Nawoja

 Nie sposób było jej nie pokochać. Gładka, biała jak mleko skóra jaśniała wśród okalających ją pukli swobodnie opadających na ramiona. Poruszała się z gracją nieznaną chłopkom z Sobótki. W szarej, prostej sukience z naręczem kwiatów wylądała bardzo niewinnie i od razu spodobała się księżnej. 

- Na co ci te kwiaty? Powiadają, że   nieszczęście przynoszą – zagadnęła.

- Jeśli  mogą przynieść to na pewno nie mi – odparła śmiało.

- Hardaś, choć nie wiecie chyba z kim rozprawiacie… 

- Nieszczęście to mogą przynieść tym, co w nie wierzą. Mnie już żadne niestraszne. I opowiadać księżnej poczęła, jak to w młodym wieku oboje rodziców straciła, o rzeszy zalotników, co żaden krzty rozumu nie miał i jak to jej dom na pogórzu poborcy księcia Maksymiliana zabrać chcieli i jak sama borykać się z trudem dnia codziennego musiała. 

Spodobała się księżnej ta prosta dziewucha, bo nie dość, że z urody, to i w sprycie była do niej podobna. Zapragnęła więc mieć ją przy sobie. Zeszła z kasztanowego ogiera i pociągnęła za uzdę, by zrównać się z dziewczyną. 

-Mieszkasz tu na odludziu, sama o wszystko się troszczysz, nie marzyłaś nigdy o innej doli?   O pałacu i bujnych ogrodach, w których można się zgubić? Cienistych krużgankach i balach na sto par? 

Młoda kobieta zaprzeczyła. -Każdy powinien znać swoje miejsce – odpowiedziała.

- Ale co to za odpowiedź? Powinnaś mieć jakieś porównanie, zobaczyć wielki świat. Na moim dworze byłabyś uwielbiana, bardowie śpiewaliby dla ciebie pieśni, rycerze walczyliby o twe względy. 

¤¤¤

   Po takich zapewnieniach Nawoja zaczęła rozmyślać. A przy kolejnej wizycie uległa namowom księżnej, która obiecała  wprowadzić ją na salony. 

I rzeczywiście. Kiedy obie niewiasty dotarły na zamek, pani przedstawiła dziewczynę jako swą  krewną. 

A Nawoi aż kręciło się w głowie od przepychu, który zewsząd ją otaczał. Na dziedzińcu i  pokojach krzątało się mnóstwo osób. Jeszcze więcej spoglądało z portretów i luster. 

 

¤¤¤

-Ładna – stwierdził Sędziwój – ale czy, aby nie nazbyt bystra? – spytał zwracając się do księżnej. - Musiała mieć jaką wiedźmę w rodzinie – zawyrokował mag, a na jego twarzy pojawił się brzydki grymas. - Chłopki nie patrzą w taki sposób. Ich twarz nie zdradza oznak zamyślenia.

 -Prędko, musimy działać. Zdaje się, że nie zechce długo tu pozostać – odparła zaniepokojona. Wkrótce po tajnej naradzie w wieży czarodzieja i dzięki usilnym zabiegom księżnej, miał się odbyć na dworze bal. 

cdn.

freepik.com 


wtorek, 25 listopada 2025

Dalsze losy rzezimieszków – Przygotowania do zasadzki

   Oddział Mikołaja liczył kopę – to jest sześćdziesięciu chłopa. Wśród rosłych, zarośniętych, wiecznie niedomytych wojaków od blisko trzech roków szerzyła się epidemia, ażeby łeb swój po bokach ogolić zostawiając na czubku głowy garść rozwianego włosa. I ani nie był to kamuflaż, ani nie było z tego nijakiego pożytku, lecz  im się taki sposób fryzowania na podobieństwo koguciego grzebienia  szczególnie podobał. Najemnicy lubieli nosić kolczugi, ćwiekowane metalowe naramienniki, baranie czapy lub ozdabiane wedle własnego uznania hełmy. A słyneli z tego, że w bój szli w taborze – to znaczy tworząc ruchomą twierdzę na kształt trójkąta lub kwadratu skutecznie odpierającego wroga. 

Dumni, bo każden z nich miał się za rycerza, choć nijakich włości, ni honoru nie sprawował, a za żołd robił. Hardzi i waleczni cel swój osiągali jak nie gwałtem, to podstępem. Przy każdym zleceniu tubylcy napatrzeć się nie mogli na to cudaczne widowisko. Kilkuletnie pacholęta, które ośmielone przez tego, czy owego czochraniem płowej czupryny, podchodziły bliżej i wypytawszy się o stoczone walki i rynsztunek, łapały kije i próbowały naśladować zachowanie wojskowych. Za to oni rozpytywali dzieci głównie o ich starsze siostry. Żadna to była bowiem tajemnica, że sama księżna Jagoda z tychże ziem pochodziła, a smaczku historii dodawały krążące po wsi opowieści, że w owych czasach obyczajna taka  wcale nie była i zażyłość swą nie ograniczała jeno do wielce urodzonych, ale że słodycz ust dziewczęcia niejeden parobek pokosztował. Aż się sam kniaź Mikołaj dziwował,  jak to Księżna Jagoda  małżonka swego za nos wodzi i że to za jej przyczyną horendalne rachunki oraz zlecenie stłumienia powstania.  Dłubiąc w zębie wykałaczką składał w myślach fakty i najśmielsze teoryje. W końcu stwierdził, że największym dla kraju nieszczęściem jest uczciwy głupiec na tronie…

***   

   Po tym jak Kaśka przybiegła do młyna ostrzec elfich buntowników, nie miała już po co do wioski wracać i została w młynie na noc całą. Cichutko na sianku sobie legła i zasnęła, lecz spała niespokojnie. Ciągle przez sen słyszała podniecone szepty w nieznanym jej jęzku. Wiedziała, że od tygodni zbroili się, a w puszczy zakładali wnyki oraz kopali doły, które najeżali ostrymi palami i przykrywali ściółką. W tej chwili radzili pewno jakby to uczynić, ażeby oddział Mikołaja na zasieki podprowadzić i wojsko porządnie uszczuplić. Dobrze po północy już było, a jej się zdawało, że ciszej się zrobiło i zmęczona nasłuchiwaniem, snem kamiennym wreszcie usnęła. Gdy się nagle skoro świt obudziła wtulona była w Gniewka. I dawaj z jego ramion się wyplątywać, które ją zewsząd obłapiały. Daremny to był trud. Żywa pułapka można by rzec, z której uciec chciała, a która ją jak na złość do siebie tak przygarnęła, że aż pisnęła. Wtedy wiara się pobudziła i ujrzała Kaśkę i Gniewka w objęciach i żadnego między nimi nagiego miecza, ni nic, nie było. Dziewczyna spąsowiała, a gdy tylko uścisk zelżał, pobiegła prosto do Frill, która do pieca podkładała drewno, pod kołacze. Elfka ucieszyła się na jej widok, bo każda para rąk była im pomocna. Chwilę później zbrojni wymaszerowali z młyna do lasu. Wraz z nimi Gniewko, który odwrócił się jeszcze szukając Kaśki w oknie, ale że Kaśka przekorna z natury była, to jej nie mógł przecież tam zobaczyć.

Jej szybka reakcja sprawiła, że powstańcy mieli czas, aby przygotować zasadzkę – niespodziankę. 

   Zasadzki były dwie, a może nawet trzy licząc nagłą, nieprzewidzianą awarię latryny. Pierwszą z nich okazała się skuteczna, choć nieświadoma, dywersja oberżysty. A było tak: stacjonujący nieopodal oddział Mikołaja chętnie do Turkaweczki zaglądał, bo tam i zjeść było co i wypić, nie wspominając już o dziewczętach. Szynkarz nie narzekał. Utarg mu się podwoił, ale nowi klienci wyczyścili mu komorę do cna. W wigilię chwarnego dnia, kiedy to wojsko miało powstańców zmieść z powierzchni ziemi, zostały mu się jeno resztki, a że właściciel z gospodarności słynął, to wkroił im do żuru zleżałą kiełbasę. Jadło, mimo iż okowitką sowicie skropione, wielkie uczyniło spustoszenie w szeregach najemników. Nazajutrz latryna im się zapadła i każden musiał saperkę w las zabierać, żeby własnoręcznie swój wychodek w lesie zorganizować. 

 ***

   Druga zasadzka przy wodopoju ich zaskoczyła. Cała była wielka jak chłopska chałupa; zielonkawą łuską pokryta, w pazury i zęby uzbrojona, a na grzbiecie dwa skórzaste skrzydła jak u nietoperza miała, tyle że wielokroć większe. Ogromną paszczę w strumień opuściła i jak gdyby nigdy nic chłeptała sobie niespiesznie wodę. Kiedy tego potwora schorowani żołnierze obaczyli,  w te pędy uciekać poczęli gwiżdżąc na żołd, wikt i opierunek Mikołaja.  I tak to przed samą bitwą szeregi najemników przerzedziły się jeszcze bardziej.

c.d.n.k



Grafika: Freepik.com 




poniedziałek, 17 listopada 2025

Dalsze losy rzezimieszków - Armia najemników

 Kniaź Mikołaj to był chłop na schwał: zwykł w przeręblu kąpieli zażywać, bez nijakiej asekuracji z niedźwiedziem za bary się brać, a białogłowy to się nie mogły od niego opędzić taki był jurny. Czy to prosta dziewucha, czy gładka jak len bojarówna zaraz w jednym, czy drugim kącie lądowała, gdzie obłapiał ją w pół i prosto w oczy się wpatrując przemawiał doń rzewnym wierszem. Po takich zalotach dziewka sama bez oporów do dalszej procedury przechodziła. Jednak żaden nadworny skryba nie śmiał o tych praktykach w kronikach wypominać, za to każden jak jeden mąż barwnie opisywał, jako prawdziwym kniazia powołaniem była służba wojskowa. Już jako kilkuletnie pacholę strugał kozikiem szable i piki, z ołowianych żołnierzy ustawiał testudo i falangi, a najbardziej narywiste konie ujeżdżał na pastwisku tak, iż wracały z manowców gorzej umordowane, niźliby do objuczonego woza były zaprzężone.

Nikogo więc nie dziwowało, że gdy tylko wąs na licu Mikołaja się posypał, to na czele najemnego oddziału stanął, zdobywając u wojaków posłuch i poważanie. Jednostka kniazia Mikołaja złożona była z podobnych jemu siekaczy, rębajłów i pijaków. A on sam trzymał ich wszystkich krótko, bo tylko tak można było rządzić krajem, gdzie główną gałęzią gospodarki był nierząd i gorzelnictwo. 

Kiedy kniaź otrzymał od pociotka zza granicznej miedzy  zlecenie, ażeby stłumić  pośrednich ludów powstanie, żachnął się uradowany, bo żadnej idei nie był tak wierny jako temu, by oczyścić świat z wszelkich dziwolągów – tj.: kurduplowatych, brodatych krasnoludów, z elfich odmieńców, od wszelkich szkaradnych stworów, które lasy, polanki i bagniska zamieszkiwały, a nade wszystko od trolowej zarazy.

Zwołał tedy dworskich ciurów i kazał ogłosić na swoich włościach stan wyjątkowy.  

***

   Kiedy dojarka Kaśka wychyliła się przez cembrowinę, ażeby cebrzyk z wodą przelać do konwi, zobaczyła wnet na skraju maciejowych zagonów chmarę odzianych w skóry, uzbrojonych konnych. Drgnęła tedy pomna swych przepowiedni.  Cebrzyk na powrót do studni poleciał, a ona cichcem, opłotkami i nikomu nic nie mówiąc do młyna przez  las pognała nowych przyjaciół od zguby ratować.

***

Wódz najemników nie docenił bowiem natury i niebezpieczeństw owego lasu za uroczyskiem i przewidzieć nijak nie mógł, że ludzie zechcą  bronić swoich i nieswoich dziwactw.   

c.d.n.


Freepik.com




środa, 5 listopada 2025

Dalsze losy rzezimieszków - Jak Kaśka dojarka prorokinią została

 Czarno-biała Krasula, która między opłotkami się pasła, z lubością wgryzła się w buraka, którego wypatrzyła na drodze. Był to bowiem czas, kiedy chłopi po wykopkach swoje zapasy do lochów zwozili, a nieumyślnie strącony z furmanki korzeń był dla jałówki nie lada gratką. Posiłek smaczny, w pośpiechu spożywany, utkwił jednak w przełyku tak haniebnie, że powietrza w mechate chrapy chwycić nijak nie potrafiła. 

-A co to tak łapczywie bydlątko połyka? – krzyknęła przerażona Kaśka, która wyszła właśnie na łąki przyprowadzić swoje podopieczne.   Kaśka, siostrą przyrodnią Jaśka i faworytną dojarką  była.

Krowa bezradnie zwróciła głowę w kierunku dziewki, a ta widząc co się święci, ręką zamachnęła i po grzbiecie zwierzę sumiennie złoiła, aż się krowie odechciało przypadkowej strawy. Nawet nie spojrzała na wyplute resztki i witką brzozową przez Kaśkę poganiana grzecznie do obory obok innych wracała.

W domu dziewczyna miejsca sobe znaleźć jednak nijak nie mogła. Ciepłe koty z zapiecka poprzeganiała, zadzwoniła pokrywkami nad kaszą, ale głodna też nie była, cniło jej się za to za przygodą okrutnie. Wreszcie nie mogąc sobie zajęcia i miejsca znaleźć, do nóg matce upadła i dalej prosić, by ją do młyna, do buntowników puściła. Wprzódy macierz ani myślała jej na to pozwolić, ale kiedy dziewczątko wyjawiło jej, że we śnie duchy obaczyło i dla  powstańców ma wieści, matka uległa.










***   

   Gniewko jednak niechętnie następnego darmozjada w drzwiach przywitał. Można powiedzieć, że jej młyńskie podwoje przed samym nosem chciał zatrzasnąć, ale Kaśka nie była w ciemię bita. Lewą nóżkę przed drzwi prędko wyrzuciła zatrzymując je skutecznie i  swoje wizje poczęła niedowiarkowi przedstawiać:

-Potop będzie młynarzu – rzekła, a wzrok jej na tę okoliczność jakoś dzwinie się zmienił – rogate hordy z bezwzględną bestią na czele nadciągają i pożoga wojny będzie, zamki i starostwa będą upadać, a nowe grody powstawać; elfy, krasnoludy i inne rasy wreszcie na równi będą... Ale póki  co, grozi wam niebezpieczeństwo. Oj biada, biada, biada…

- W żadnym wypadku! – zagrodził wejście Gniewko. Mimo to Kaśka przez drzwi jak salamandra w skalną szczelinę  się wślizneła i do elfów przystała.

Wiejska dziewucha nie mogła przecież przepuścić okazji, by od krów się uwolnić i na zawżdy wyrwać. Wyobraźnia jej dopisywała, a widok, który zastała w młynie nie rozczarował wcale. Toć nadziwić się nie mogła przedziwnym istotom strojnym w koraliki i hafty, smukłym o szlachetnych rysach, które na zdobionych rogach i fujarkach przygrywały, dłoniom, które sprawnie na smyczkach i strunach pląsały, a inne swobodnie jak te liście z jesiennym wiatrem tańczyły.  

c.d.n.



wtorek, 21 października 2025

Dalsze losy rzezimieszków – Siła małego na poborcę podatkowego

   Jagoda z łatwością i naturalnym wdziękiem przejęła obowiązki księżnej. Była dość bystra jak na prostą dziewkę i mimo swych pospolitych korzeni, podkreślała swój status wyszukanym gustem. Przejechała opuszkiem palca po atłasowym rękawie płaszcza i obszytym srebrną nicią gorsecie. Dłoń zatrzymała się przy sobolach, aby raz jeszcze je pogłaskać. Chwyciła rąbek sukni z najprzedniejszego adamaszku, ale szybko go puściła. Stroje wisiały w potężnej, inkrustowanej szafie u wejścia do książęcej alkowy, w której przebywali nowopoślubieni.

-Nie mam się w co ubrać! – skwitowała i zaczęła szlochać przeglądając się w lustrze spowitym na brzegach złoconym winoroślem. Nawet w chwili rozpaczy wyglądała rozkosznie:  rozpuszczony warkocz opadał na koronkową halkę, a niesforne ramiączko co rusz spadało odsłaniając jej nadobne krągłości.

-Ależ duszko! – zareagował na te słowa książe Maksymilian, któremu na ten widok zmiękły trzewia, w przeciwieństwie do zewnętrznej fizjonomii. – Zeszłej niedzieli dostarczono suknię z zamorskiego altambasu - ciągnął dalej. - Nie przywdziałaś jej ani razu jeszcze! 

Niewiasta ukradkiem przewróciła oczami i umyślnie zaczęła  skradać się do łożnicy niczym kot do ptasiego gniazda. Delikatnie i spokojnie zbliżając się do męża przekonywała dalej:

-Otwarcie książęcej woliery to podniosłe wydarzenie. Przydałaby się bardziej strojna suknia – odparła wtapiając się w ramiona mężczyzny niczym gronostaj między konary drzewa. 

Książe kompletnie oszalał na punkcie uszczęśliwiania damy swego serca, a wybranka na punkcie poznawania wymiarów tego szczęścia. Hojność małżonka była bowiem wprost proporcjonalna do afektu jakim ją darzył. Miał ci on też cichą nadzieję, że Jagoda zmieni się, gdy tylko powije mu dziedzica. Estyma księżnej w stosunku do męża przejawiała się jednak poprzez gromadzenie rzeczy pięknych – niekoniecznie niezbędnych. I tak dziewka, która została panią na zamku, poczyniła dalekosiężne plany rozbudowy krużganków i przyległego ogrodu. Wykoncypowała sobie bowiem, że dobry smak w ogrodach, polega na tworzeniu przestronnych, zielonych pokojów i wpuszczenie między rabaty, altanki i labirynt, dumnie kroczących pawi lub nakrapianych danieli.

Wprawdzie pałac od kawalerskich czasów Jaśnie Pana, czasów wojennej zawieruchy oraz myśliwskiej nagonki, znacznie wypiękniał, to roznące z tego powodu koszta pustoszyły książęcy skarbiec. Nadworny trefniś nieraz próbował ratować sytuację wyszukanym żartem, pozorowanym upadkiem lub ciętą ripostą, jednakże na niewiele się to zdało. Szambelan z kolei znajdował innego rodzaju problemu tego rozwiązanie: podwyżki danin, stóp procentowych od lichwy, stawek celnych na zamorskie towary oraz innych podatków...

***

  Krasnoludy, najserdeczniej jak tylko umieli, a mianowicie z kijami, sztachetami i z tym, co który miał pod ręką wylegli z chać przywitać poborcę podatkowego.  Poborca, skrupulatny i spokojny z natury człek, w znoszonym płaszczu, binoklem na nosie i z plikiem dokumentów zajechał do osady przyległej kopalni srebra. Konny powóz turkocząc o bruk przejechał główną arterią bez żadnej eskorty. Długo tam nie zabawił...

***

Kiedy do księcia doszły słuchy o kolejnym buncie na włościach, postanowiono wysłać poselstwo do knezia Mikołaja o pomoc przy jego stłumieniu.


Źródło: Freepic.com 

czwartek, 14 sierpnia 2025

Dalsze losy rzezimieszków – Jak Gniewko, leśny Ćmak i Oreszko mało co topielcami nie zostali

W tym samym czasie Gniewko wracał od ćmaków przez chłodny las, a później pierzaste wiechcie traw. Srebrzyste pasma babiego lata rozwieszał wiatr, a skowronki wysoko na niebie dźwięczne kaskady. Gdy chwat z osłabionym I wychudzonym ćmakiem na plecach dziarsko przecinał błonie pod Sobótką, napatoczył się na nich Oreszko. Zatrzymali się pod cienistym jaworem by odsapnąć  na chwilę. Ścisneli na powitanie prawice i  zaczeli rozmowę:

-A bodajbyś sczezł! – zawołał  radośnie Oreszko. -  A gdzie to cię licho nosi? Kogo ty tam dźwigasz? Patrzaj no, toć niewiele wody w Czarnym Potoku upłynęło, jak my się widzieli, a tu tyle zmian, tyle zmian! Wieści nowe ci przynoszę i to nie byle jakie! 

-Nie błaznuj, tylko gadaj, co nowego – burknął zafrasowany rzezimieszek.

-Pamiętasz Jagodę? – spytał. -No tę, co wtedy zapoznałeś, kiedy rozróba w Turkaweczce z trolami była.

-Co mam nie pamiętać?… – mruknął rzezimieszek i już miał rzec kąśliwą uwagę, lecz Oreszko zmacał pod pazuchą okowitkę i na światło dzienne wyciągnął. Złodziejaszka nie trzeba było specjalnie namawiać. 

-A co z nią? - spytał. 

-Ta to się tera wywianowała powiadam ci, że ho ho! – ciągnął Oreszko. 

Gniewko łypnął okiem ciekawie. - Jak to - spytał.

- A tak! Pospolita dziewka z karczmy tera księżną na zamku zostanie! – dokończył Oreszko.  

Na te słowa Gniewko zakrztusił się zawartością antałka, który mu kompan podsunął.

- Wielmożnego pana pomogła z jeziora wyłowić i tak ze wszech sił go cuciła, aż się biedaczek zakochał.

-Po wszystkiemu okazało się, czemu książę był wyraźnie kontent, że ona wcale nie taka zwyczajna i że koligacje rodzinne ma  - wyjaśniał dalej rozmówca.

-Miejże litość z Jagodą? – spytał filozoficznie Gniewko i splunął z ukosa. - Skoro takie rzeczy się wydarzają i byle dureń naszą ziemią  włada, to może być jeszcze, że najgorszy łotr najwyższym kapłanem zostanie? - dodał oburzony rzezimieszek, lecz widać było, że nowinki zbiły go najwyraźniej z pantałyku. 

-Trza modlić się do bogów, by w opiece nas mieli - zatoczył się Oreszko, po czym rozlał nieco okowitki na ziemię jako ofiarę  przebłagalną. A resztę podsunął ćmakowi lecz ten się skrzywił.

- No co ty! Najlepsza w okolicy i dalej począł go namawiać wedle swojskiego obyczaju.

   I tam właśnie nedaleko drzewa, gdzie się Oreszko z Gniewkiem i ćmakiem spotkali, a potem serdecznie gawędzili i we trzech gorzałką raczyli, a gdzie się koniec końców pospijali i na posłaniu z traw legli, w dole za pagórkiem była sadzawka. Taflę wody pokrywał bielutki grzybień, brzeg – szeleszcząca z każdym ruchem wiatru trzcina. W dzień w wodnych zaroślach czaił się żuraw, w duszne noce – żaby dawały huczny koncert. Z okolicznych lasów i łąk schodziły do wodopoju łanie, dziki i łosie, drżące o swoją skórę zające oraz zlatywało wszelkiego  rodzaju ptactwo wodne.  Ale jakby tego było mało, od przeszło trzech lat pomieszkiwały tam trzy urocze topielice. Wszystkie co do jednej młode i zgrabne: jedna ruda i piegata, druga ciemne włosy miała, a trzecia koloru dojrzałego zboża. W długie mokre kosmyki wplątywały sobie źdźbła traw,  zostawione przez ptaki barwne piórka i wodne kwiaty. Do połowy były nagie, a tam gdzie się kończyła kibić, zaczynała rybia łuska. Wodnice, kiedy tylko się ściemniało wychodziły ze swych głębin i zagubionych do siebie wołały. Tego dnia tuż po zachodzie słońca wypatrzyły, że w pobliżu stawu trzech nowych kawalerów przybyło i dalej śpiewem przejmującym wabić ich do siebie zaczęły.
Wybudzony Oreszko kaprawe oczy przetarł, lecz widok wydał mu się tak cudny, że uznał, iż nie zaprzestał śnić jeszcze. Trącił Gniewka, a ten ćmaka, który wstawał niechętnie, tylko oparł się na łokciach i przez chwilę próbował zrozumieć co się dzieje.
-Czy ty widzisz to, co ja widzę? Czy mi się tylko zdaje, czy te panny do wspólnych igraszek nas zachęcają? - spytał Oreszko.  Czy nam wszystkim śnić może się to samo? – przerwał mu złodziejaszek.
-Obawiam się, że tak… – odparł ćmak.
I jak na zawołanie wszyscy trzej ściągać odzienie poczęli i jeden prędzej przez drugiego i trzeciego do bajorka pobiegli. Wodniste koła porobili, gdy na wyścigi wśród tysięcy kropel w toń wskoczyli, a nimfy chichotały i szeptały im do ucha ich potrójne marzenie: powić w szuwarach małe wodniki lub wodnice. I dalej zabawiać się z przybyszami, dotykać  i całować wszędy, wciągając ich coraz głębiej i głębiej pod wodę, aż się panowie zlękli wielkiej tej pieszczoty i do odwrotu szykować zaczęli. Wodne panny przestać jednak nie zamierzały. Przez chwilę Gniewko tracąc grunt pod nogami kosę księżyca na niebie wypatrzył i kolejny raz pomyślał, że nadmiar okowitki i woda to jednak nie najlepsze jest połączenie. 
Złapał korzeń, który wśród szuwarów odnalazł i wołając Oreszka i  ćmaka zaczął pełznąć na suchy ląd. Towarzysze jednak wokół panien i w roślinność zaplątani nie myśleli na brzeg wracać i trzeba było zastosować nieco silniejsze środki.  Pięść Gniewka bowiem już z niejednej opresji go wyratowała.  Szczęśliwie kiedy tchu zbrakło, oprzytomnieli wreszcie. Rozochocony leśny ćmak i Oreszko pomocną dłoń Gniewka w końcu uchwycili i na brzeg z trudem wylegli. A potem dalej w kierunku młyna poszli. Po latach czasem podkładając w zimie do pieca, czy na wachcie przy obozowym ognisku, albo kiedy czuwać trzeba było i nie spać lub kiedy towarzystwo gawędy się domagało, każden jeden z osobna opowiadał jak to przyśnił mu się dziwny, wspólny sen, jeden z tych mokrych...
c.d.n.




Freepic.com 

wtorek, 5 sierpnia 2025

Dalsze losy rzezimieszków - Istne dziwowiska

 

***

     Jaśko wzdrygnął się, bo spodziewał się, że w młynie zastanie co najwyżej młynarza, a nie dziecię starszej krwi. Wydawało mu się, że  długoucha wie, że nic jej tam nie grozi, a mimo to wciąż była czujna i niespokojna. Wrażliwa na każdy szmer i odgłos, bzyczenie muchy, czy jakiego komara. Widział jak srebrne promienie księżyca sączą się przez okno i giną wewnątrz rozproszone. Dzięki nim mógł dojrzeć jaka jest drobna i że pod jej chłopięcym odzieniem cała drży. Pochłonięty niezwykłym tym widokiem, nie zorientował się nawet, że elfka  chwyciła cep i nie tracąc ani chwili, walnęła pachołka prosto w płową czuprynę. Jaśko padł jak długi. Związany, zakneblowany, wylądował w przeciwległym kącie.

- To na wszelki wypadek - usłyszał jak przez mgłę.

Ale Fril długo nie mogła ochłonąć. Jak majaki w gorączce wracały do niej wspomnienia zimowego pogromu sprzed lat. Była mała, nie rozumiała do końca, co się wokół dzieje, lecz czuła instynktownie, że objawiło się żywe zło. Dwie dekady temu, zaraz po tym jak wojewodą na Sobótce został Onufry, zima była bardzo sroga, a na traktach pełno maruderów. Głód i bieda sprawiły, że szabrownicy szukali pożywienia w okolicznych wsiach, a na gościńcach łatwego zarobku. I mimo, iż  najstarszą z ras chronił wieczny glejt, nikt nie był w stanie  uchronić ich od łupieżców. 

Pamięta jak dziś. Ten, który dowodził, kazał wywlec ich na środek, przy czym spiął karego konia i przejechał między dwoma kolumnami elfich niedobitków. Krzyczał coś, lecz Fril nie znała wówczas  ludzkiej mowy. W powietrzu jątrzył się zapach dymu z ich spalonej osady oraz słodkawy zapach krwi zabitych i rannych. W górze nad ciałami krążyły już gawrony. Nakazano im złożyć broń i wszelkie kosztowności, których dawno przecie nie mieli. Widziała, jak tamten zamaskowany, a z nim trzech troli i gnom ze świńskimi oczkami wypatrują młodych i zgrabnych, jak się do nich ślinią, jak je obmacują i ciągną gdzieś w krzaki. Wracały stamtąd stłamszone, spuchnięte od płaczu.  Jak starały się zasłonić podarte sukienki i posiniaczone ciało. Zrobiło jej się niedobrze, oparła rękę o ścianę, pochyliła głowę i zwymiotowała. Czas jak młyńskie koło zatoczył krąg.

***

  Wszystko wskazywało na to, że nie był to uczęszczany trakt – gałęzie drzew i leśne jeżyny kłuły nogi, zaczepiały płócienne rękawy i próbowały choć na chwilę przy sobie zatrzymać. Kiedy Gniewko umknął ćmakom zabierając niespodziewanie jednego z nich, z serca  głębokiej puszczy, poszedł drogą wzdłóż strumienia, by przy świetle księżyca odnaleźć zarys swojego młyna. A Ćmak zwieszony na ukos przez ramię niby złowiona na wnyki rogacizna, wiercił się i psioczył na zbawcę. Może nawet i spróbowałby ucieczki, ale rzezimieszek trzymał go twardą ręką. Gniewko, jak wiadomo był przecie więcej niż porywczy i ostatkiem sił się powstrzymywał, by marudy nie ździelić po łbie. Nie mógł się przy tym nadziwić, bo niezdarne ćmaki w istocie były sprytne niczym lisie plemię, a żałość swą traktowały jako przynętę. Zasmuceniem swym bowiem rozczulali napotkanych prostaczków, a kiedy udało im się którego litościwego na to złapać, to żerowali na nim, dopóty ofiara się na to godziła. Do roboty bowiem żadnej się nie nadawali, nie uprawiali ziemi, ni rzemiosła. Nawet do cyrku nie pasowali. Wszak taki ćmak publiki choćby pekł, to nie rozbawi. Po co on tego cudaka ze sobą wziął? - zastanawiał się przez chwilę, czy aby nie wrzucić go z powrotem w zarośla mijanej leszczyny.


***

Niemal w tym samym czasie na brzegu jeziora odbywało się zgoła inne widowisko.
Kiedy mości książę, ledwo żywy, przez swą służbę jak jakowyś szczupak ułowiony, na brzegu wśród niezapominajek spoczął, Jagoda doń wartko podbiegła, białą zapaskę jak welon na głowę zarzuciła i wszem i światu ogłosiła: „Mój ci on! Mój ci jest!”. Wprawdzie rycerz skazańcem nie był i od zguby panna go ratować nie musiała, ale zgromadzenie uznało, że wyratowany z topieli, to tak jak od śmierci ułaskawiony. Nikt nic powiedzieć nie śmiał, wiejska dziatwa jeno krzyczeć poczęła - ”Panna młoda ładnie skroń dziś swoją kwieci, minie roczek jeden powije mu dzieci” A później darły się jak na weselu: - ”Gorzko! Gorzko!” A młodzi się wtenczas całowali. Na to babki zaczęły biadolić o rychłym zamążpójściu Jagódki i to za samiuśkiego księcia Maksymiliana. Weselili się jednak wszyscy, a wiwatów nie było końca. Chcieli choćby zaraz gody im urządzić, ale książę umyślił sobie truchło smoka wypchać i na pamiątkę nad łożem małżonków zawiesić, to i na powrót zebrali się rozsiani w okolicy zbrojni, by społem iść wiwernę bić. Okazało się jednak, że przez to całe zamieszanie gadzina uciekła zostawiwszy po sobie schajcowane snopki i wystraszonych parobków. 
c.d.n.

poniedziałek, 28 lipca 2025

Dalsze losy rzezimieszków - Ćmaki

 Szedł miedzą w kierunku zagajnika. Kopał kamyk, ssał źdźbło i podziwiał bursztynowy zachód słońca rozlewający się nad łęgami. Nagle usłyszał wśród zarośli ciche mamrotanie:

-Noc, noc idzie. Zara wyjdą ćmaki, porwą pacholęta, zjedzą na wieczerzę…

-Wyłaź no, bo portki  zara przetrzepie! - zagroził Gniewko i aż ścisnął pięści na wspomnienie wydarzeń w Turkaweczce. Głos w zaroślach zamilkł. Podbiegł bliżej, wyciągnął rękę i wyrwał  z krzaków cudaka. Było to szare, smutne stworzenie, które skurczyło się w sobie i drżało z przerażenia. 

-Ktoś ty?  Gadaj, a wartko, bo czas ucieka! 

-Jestem ćmak… – smutas ściągnął gębę w podkówkę na znak, że nie będzie i nie chce mu się z wędrowcem gadać.

-Czego bez powodu ludzi niepokoisz? – spytał złodziejaszek.

-Bom ćmak – cudak odrzekł zdawkowo.

-Nie znam – mruknął Gniewko – a skądżeś? Jest więcej takich jak ty?

-Są, tam w borze w norach w ziemi  kopanych siedzą i smutne opowieści snują.

-Prowadź! – rozkazał Gniewko zapominając o tym, że młyn na gospodarza czeka.


***

   Siedzieli w kręgu, przy pniu ściętego dębu. Polewkę z muchomorów z cebrzyka polewali do naczyń w kształcie hubki i społem pili. Mieli szare jak proch, zmęczone lica, ażeby nikt ich nie obaczył i z nory nie wykurzył. Niektórzy odwracali głowy w stronę nowoprzybyłych, inni byli tak pochłonięci swoją rozpaczą, że kolebali się w przód i w tył, w tył i przód, jak żywe kołyski. Powtarzali przy tym sobie tylko znane zaklęcia i stare, nieskładne, zapomniane pieśni. 

-Oni tak cały czas? – spytał Gniewko poruszony ich żałością. Pochwycony ćmak kiwnął głową. - Kiedyś babka opowiadała mi, że gdy kto ćmaka zdoła rozśmieszyć, to on przemieni się w nocnego motyla i poleci w kierunku światła, żeby się z nim pojednać i w nim zatracić. Ale ona była stara, coś jej się pewnie pomieszało od tej naszej polewki. Głupia opowieść, którą się dziatwie do poduszki baja. Wtedy Gniewko przypomniał sobie najstarszy żart świata i zaczął zgromadzonym opowidać, jak to wraz z Bździsławem uczestniczyli w wytwornej biesiadzie i jak ten spytał gospodarzy, czy można u nich przy stole pożartować. A kiedy tamci się zgodzili, Bździsław podniósł kuper i puścił gromkiego bąka. - Chwila konsternacji wystarczyła, by jeden z ćmaków wyleciał w powietrze prosto do gwiazd. Chyba babka miała rację pomyśleli obaj.


***


Jaśko gnał ile sił w nogach do młyna, nie bacząc na zmęczenie, na kamienie, które kaleczyły stopy i chłód, który od jeziora szedł. Tuż przy Sowiej Skale zatrzymał się i zaczerpnął wody ze strumienia. Młyńskie koło wciąż przetaczało rzeczny nurt, choć sam budynek wyglądał na opuszczony. Nikt nie otworzył, kiedy zapukał do wrót. Pchnął podwoje i ostrożnie wszedł do środka, prosto w mrok. Grobową ciszę przerywało jedynie sporadyczne popiskiwanie myszy. 

-Panie młynarzu,  z prośbą przychodzę – odezwał się nieśmiało. Zaskrzypiała podłoga. Echo powtórzyło za nim jego własne słowa, lecz zamiast rosłego, umączonego jegomościa, stanęła przed nim drobna, zwiewna istota o kobiecych kształtach i wielkich mądrych oczach, wpatrzonych prosto w niego.  

- Gdzie młynarz? - zapytał Jaśko.

- Też na niego czekam - odpowiedziała elfka.


***

- Uciekaj – wyszeptał młody ćmak. - Uciekaj, póki jest w tobie radość i wola życia. Uciekaj, bo jak ci tego zabraknie, to będziesz się bujać w tym lesie, tak jak i oni – zniżył głos, oglądając się na boki, czy nikt nie patrzy. Ale tamci zamroczeni trucizną widzieli wokół tylko cienie. - Starszyzna nie pozwoli, by więcej naszych stąd uciekło – wyszeptał.

Gniewko spojrzał jeszcze raz na ćmaki: na ich szare jak popiół twarze i dłonie. Przyjrzał się ich mamroczącym spękanym ustom, nieprzytomnym oczom i połamanym od ciągłej walki o nalewkę z muchomorów paznokciom. Zawahał się chwilę, wreszcie zaproponował:

- Ty też tu nie pasujesz. Chodź ze mną młody ćmaku. Zaciągniesz się do elfickiej partyzantki.

-Eeee nie, nie godzi się. Ćmaki przynoszą nieszczęście - wymamrotał, ale Gniewko nie słuchał jego biadolenia, tylko złapał go w pół, zarzucił na ramię i odszedł w kierunku młyna przez nikogo nie zatrzymywany.

cdn.


Freepic.com