cicho cichutko
zagruntowany obraz
za oknem prószy
***
pobielony brzeg
środkiem bije nurt rzeki
czasem się chowa
***
uwija się wiatr
trwa nasion podniesienie
sakrament lata
***
dzisiaj rudziki
obiecały mi wiosnę
słońca promienie
cicho cichutko
zagruntowany obraz
za oknem prószy
***
pobielony brzeg
środkiem bije nurt rzeki
czasem się chowa
***
uwija się wiatr
trwa nasion podniesienie
sakrament lata
***
dzisiaj rudziki
obiecały mi wiosnę
słońca promienie
Nie sposób było jej nie pokochać. Gładka, biała jak mleko skóra jaśniała wśród okalających ją pukli swobodnie opadających na ramiona. Poruszała się z gracją nieznaną chłopkom z Sobótki. W szarej, prostej sukience z naręczem kwiatów wylądała bardzo niewinnie i od razu spodobała się księżnej.
- Na co ci te kwiaty? Powiadają, że nieszczęście przynoszą – zagadnęła.
- Jeśli mogą przynieść to na pewno nie mi – odparła śmiało.
- Hardaś, choć nie wiecie chyba z kim rozprawiacie…
- Nieszczęście to mogą przynieść tym, co w nie wierzą. Mnie już żadne niestraszne. I opowiadać księżnej poczęła, jak to w młodym wieku oboje rodziców straciła, o rzeszy zalotników, co żaden krzty rozumu nie miał i jak to jej dom na pogórzu poborcy księcia Maksymiliana zabrać chcieli i jak sama borykać się z trudem dnia codziennego musiała.
Spodobała się księżnej ta prosta dziewucha, bo nie dość, że z urody, to i w sprycie była do niej podobna. Zapragnęła więc mieć ją przy sobie. Zeszła z kasztanowego ogiera i pociągnęła za uzdę, by zrównać się z dziewczyną.
-Mieszkasz tu na odludziu, sama o wszystko się troszczysz, nie marzyłaś nigdy o innej doli? O pałacu i bujnych ogrodach, w których można się zgubić? Cienistych krużgankach i balach na sto par?
Młoda kobieta zaprzeczyła. -Każdy powinien znać swoje miejsce – odpowiedziała.
- Ale co to za odpowiedź? Powinnaś mieć jakieś porównanie, zobaczyć wielki świat. Na moim dworze byłabyś uwielbiana, bardowie śpiewaliby dla ciebie pieśni, rycerze walczyliby o twe względy.
¤¤¤
Po takich zapewnieniach Nawoja zaczęła rozmyślać. A przy kolejnej wizycie uległa namowom księżnej, która obiecała wprowadzić ją na salony.
I rzeczywiście. Kiedy obie niewiasty dotarły na zamek, pani przedstawiła dziewczynę jako swą krewną.
A Nawoi aż kręciło się w głowie od przepychu, który zewsząd ją otaczał. Na dziedzińcu i pokojach krzątało się mnóstwo osób. Jeszcze więcej spoglądało z portretów i luster.
¤¤¤
-Ładna – stwierdził Sędziwój – ale czy, aby nie nazbyt bystra? – spytał zwracając się do księżnej. - Musiała mieć jaką wiedźmę w rodzinie – zawyrokował mag, a na jego twarzy pojawił się brzydki grymas. - Chłopki nie patrzą w taki sposób. Ich twarz nie zdradza oznak zamyślenia.
-Prędko, musimy działać. Zdaje się, że nie zechce długo tu pozostać – odparła zaniepokojona. Wkrótce po tajnej naradzie w wieży czarodzieja i dzięki usilnym zabiegom księżnej, miał się odbyć na dworze bal.
Na progu Nowego
samoistnie rachujemy
bilans zysków i strat.
Gdy wskazówka opadnie
a noc zapłonie zorzą,
bieżące traci na wartości,
wymawiamy wzajemnie życzenia
- satysfskcji z współistnienia...
Skrycie przy tym wypatrując
łaskawszego dla siebie przesłania:
jakiejś złotolicej wróżby,
jakichś roześmianych oczu
dla niepewnych czasów.
I choć każdy ma swe racje,
nieustannie trwają eliminacje.
- Ludzi co odeszli,
przyszli lub nadchodzą.
Pomysłów i zmian,
znów pracy nad sobą...
Na progu Nowego
bywa, że jesteśmy odarci ze złudzeń.
Na przekór wszystkiemu
na cześć i chwałę tym,
co nas wybiorą,
zostańmy w zgodzie z sobą.
Wyprowadzając myśli na spacer,
pokazuje sercu niezmierzone piękno;
Za oknem rozpierzchła się zima,
rosną wydmy ze śniegu,
na mroźnej pustyni
dmie i zawiewa wiatr.
Z obręczy nocy prześwituje świt:
każdego dnia wydłuża swe promienie.
Gdzieś niebieskie wyroki są łaskawsze;
Na bezchmurnym niebie toczy się słońce,
wzgórza pokrył sad
kwiatów pomarańczy.
Mikołaj po nieudanym stłumieniu powstania wrócił na stepy obiecując sobie, że nigdy, ale to nigdy, do ościennego państwa na żadną interwencję już się nie wybierze, choćby go kuzynostwo na kolanach błagało. Ot co!
Włodarze przystać musieli na warunki buntowników. Represje wobec dywersantów zniesiono, podatków nie podniesiono, także książęca para uszczuplić musiała swe wydatki. Przynajmniej na jakiś czas dla niepoznaki.
Maksymilian spochmurniał, przygarbił się nieco, od łożnicy stronić zaczął, na połowinę swą jakoś inaczej patrzał, a i ona w ten czas szczebiotać mu jak onegdaj nie chciała. Jagoda innego zajęcia sobie szukać zaczęła. Szacowne panie dworu od plotek nie stroniły i nudzić ją wkrótce zaczęły, podobnie jak ogród, pawie i daniele. Widywano ją często w ustroniu nad wodnym oczkiem, po którym pływały liście nenufarów lub pod płaczącą wierzbą, której wiotkie gałązki łaskotały przezroczystą taflę wody. Z tego to miejsca spoglądała w siną dal na zielone pastwiska, gdzie pasterze wypasali swe stada i zazrościła im ich prostego, choć ubogiego życia.
Księżna wiedziała, że poddani jej nie szanują, a dworzanie śmieją się i obgadują za jej plecami. Wszelkie zbytki i fanaberie mogliby jej jeszcze wybaczyć, ale braku potomstwa – nigdy!
W tym czasie zaczęła więc odwiedzać magów, ażeby się ich poradzić w tej kwestii. Niektórzy zalecali jej pić przeróżne medykamenty, inni czynili zaklęcia i okłady z błota w wielkich cedrowych baliach, bywało nawet, że ten, czy ów osobiście próbował księżnej dopomóc w jej niedoli. Na nic to się zdało. Straciwszy nadzieję trafiła do komnat Sędziwoja – nadwornego czarodzieja Rocha, który był kolejnym władyką na Sobótce.
Chytre oczka maga zaszkliły się ze wzruszenia, kiedy ją ujrzał. Miał on bowiem ambicję, aby wyżej w hierachi czarodzicielstwa zajść, niźli na kasztelańskim dworze i włościach mieszać.
Krótko po tym jak zapoznał się z problemem, zaczął knuć misterny plan, wedle którego księżna miała znaleźć chłopkę do siebie podobną. Dziewka miała dostać miksturę, któraby jej pamięć odebrała i zostać sam na sam na całą noc z księciem w alkowie. Po wszystkim miałaby nastąpić kolejna podmiana, a uzurpatorka miała trafić w bezpieczne miejsce, gdzie doczekałaby rozwiązania, wtedy miałaby to otrzymać sowite wynagrodzenie za swe poświęcenie i za urodzone dziecko.
Plan wydawał się być bez zastrzeżeń i księżna Jagoda zaczęła zapuszczać się w rejony książęcych stajni, skąd konno udawała się na poszukiwanie do siebie podobnej dziewczyny.
Długo nie mogła takowej znaleźć. I już miała zaprzestać poszukiwań, gdy na liliowych od kwiecia kobiercach, które pokrywały pogórze, zobaczyła dziewczynę tej samej fizjonomii z bujnym, swobodnie puszczonym warkoczem.
***
jak srebry gronostaj
w złej mroku godzinie
przemknęła postać
w jasnej krynolinie
zabrzmiał ton molowy
opadł śnieżny kurz
napomnienie sowy
w furcie zazgrzytał klucz
naraz wiatr w gałązkach
rzewne melodie gra
aż po śniących głowach
przechodzi jeżem strach
***
spotkali się przypadkiem
zeszłej zimy
w chmurach oddechów
rozgrzewając dłonie
zmieniając łuski śniegu
w wielkie ważne słowa
czas zmieniał właściwości
rozciągały się momenty
aby razem z sobą być
byli nierozłączni
byli jak powietrze
dziś nie widzą się