I stała się wiosna.
Olśniewająca z wnikliwą słońca przejrzystością, migotliwą nieśmiałością w koronach drzew. Z powietrzem przetkanym feerią barw i dotkliwą tęsknotą, która w głowie się nie mieści. Pojawiającą się to tu, to tam. I całkiem z zaskoczenia. Zlewającą się nagle w fantasmagorie, w obłoki i zapachy z przeszłości. Płoni się, rumieni... Pełna drobnych zachwytów, niezwyczajnych parasolkowatych kształtów oraz z zatroskaniem młodych rodziców. Pewnego ranka wybucha za oknem kaskadami wonnej drobnicy. Znienacka niedościgniona, bez ostrzeżenia rozkwita całymi bukietami bzu. Aż słodko jest w ustach. Od wzruszenia brak lub nadmiar jest słowa. I skrzą się wszędzie skrzydlate uniesienia. Drży powietrze od snu ciepłego popołudnia. Wypełnia się brzękiem rozbudzonych owadów sprytnie uczepionych tych dni. Wydeptane ścieżki prężą się i odbiegają ku rozsianej w zagłębieniach wodzie. Tam dwa brzegi łączą się na moście. Z pluskiem wody spojrzenia podążają w dół. Gdzie wiją się srebrzyście wysadzane kamieniami serpentyny rzek. A w oddali leśne skrawki. Kosmyki mchu obejmują zazdrośnie pnie zdrowych i powalonych drzew. Porzucone przez burzę pokaleczone konary wyciągają ręce do chmur. Nagle wszystko staje się jasne. Zewsząd spełnienie. Zapach rządzy i trwogi.
Szaleńcy!
Już nikt nie zaprzeczy tej wiośnie. Wszędzie rozpięła wnyki i sidła pożądliwej zieleni. Zanosi się na deszcz...


























