Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 23 kwietnia 2026

Myślokształty

 I stała się wiosna. 

Olśniewająca z wnikliwą słońca przejrzystością, migotliwą nieśmiałością w koronach drzew. Z powietrzem przetkanym feerią barw i dotkliwą tęsknotą, która w głowie się nie mieści. Pojawiającą się to tu, to tam. I całkiem z zaskoczenia. Zlewającą się nagle w fantasmagorie, w obłoki i  zapachy z przeszłości. Płoni się, rumieni... Pełna drobnych zachwytów,  niezwyczajnych parasolkowatych kształtów oraz z zatroskaniem młodych rodziców. Pewnego ranka wybucha za oknem kaskadami wonnej drobnicy. Znienacka niedościgniona, bez ostrzeżenia rozkwita całymi bukietami bzu. Aż słodko jest w ustach. Od wzruszenia brak lub nadmiar jest słowa. I skrzą się wszędzie skrzydlate uniesienia. Drży powietrze od snu ciepłego popołudnia. Wypełnia się brzękiem rozbudzonych owadów sprytnie uczepionych tych  dni. Wydeptane ścieżki prężą się i odbiegają  ku rozsianej w zagłębieniach wodzie. Tam dwa brzegi łączą się na moście. Z  pluskiem wody spojrzenia podążają w dół.  Gdzie wiją się srebrzyście wysadzane kamieniami serpentyny rzek. A w oddali leśne skrawki. Kosmyki mchu obejmują zazdrośnie pnie zdrowych i powalonych drzew.  Porzucone przez burzę pokaleczone konary wyciągają ręce do chmur. Nagle wszystko staje się jasne. Zewsząd spełnienie. Zapach rządzy i trwogi. 

Szaleńcy! 

Już nikt nie zaprzeczy tej wiośnie. Wszędzie rozpięła wnyki i sidła pożądliwej zieleni. Zanosi się na deszcz...


                    





                    



środa, 15 kwietnia 2026

A licho wie VIII











 I stała się rzecz niepojęta, bo kiedy licho w białym welonie, na ślubnym kobiercu dozgonną miłość młodemu księciu przysięgło, a potem prosto w usta Twardostoja ucałowało, buchnęło, huknęło i cały czar naraz prysł. Z łysawej szkarady zmieniło się w nadobną księżniczkę, która, trzeba przyznać nie tylko panu młodemu, ale i innym zebranym bardzo się spodobała. 
Tylko Halszka z daleka wszystkim się odgrażała, że jeszcze ją popamiętają. Niedoszła żona miała rację. Obrośnięta jak u dzika twarz z pewnością wystarczyła, zostaeić w pamięci ślad.
Za to pośród gości pojawiła się nagle nikomu nieznana starowinka. Rozsiadła się nieproszona wśród weselników i taką to historię im opowiedziała:
Za górami, za lasami była sobie raz księżniczka, która wszystkich swych adoratorów nagminnie zwodziła i bex niczego odprawiała. Straszliwie jej ta nieobyczajność rodziców martwiła i nikogo się ona nie słuchała: ni ojca, ni matki i ani żadnego na zamku dostojnika. Nikomu bowiem do siebie dojść nie pozwoliła, jedynie czasem leśnej babie, do której chodziła po zioła i zaklęcia. Jako, że nie w prawicy, a w zamawianiu i w eliksirach się lubowała i wyjścia z każdej opresji upatrywała. 
Jednakże owa leśna baba stara już była, choć ciągle jara. Baba nieco się wyprostowała i  wzorzystą chustkę drżącą ręką wygładziła. - Umysł bystry, acz  zmącony - ciągnęła dalej.  - Wzięła tedy wilczełyko  z jaskółczym zielem sobie pomyliła i zeń ową nieszczęsną polewkę uważyła... 
Jaskółcze ziele dobre na pypcie, za to wilczełyko paskudna trucizna - jakby kto tu z szanownie zgromadzonych nie wiedział.
Baba patrzy, a po spożyciu nalewki panna gaśnie i na podłogę się osuwa. 
 Żadne znane jej odtrudki nie działały. A trzeba wam wiedzieć, że tylko co jej przyszło na myśl, wnet wypróbowaława. W ostateczności doszło do niespodzianej transmutacji w leśne licho, do której Baba w akcie desperacji w załączniku zdjęcie klątwy dodała; "Kiedy licho na ślubnym kobiercu wreszcie stanie, do końca swych dni w ludzkiej postaci zostanie".
Po tej gawędzie, weselnicy zrozumiawszy jak wielkiej przemiany byli świadkami, świętowali nie dzień cały, ani nawet tydzień, lecz ze dwa tygodnie. Aż ich starszy książe Maksymilian - ojciec Twardostoja, kazał grzecznie wyprosić do domów. 
c.d.n.?

wtorek, 7 kwietnia 2026

Dzień przed końcem świata

  

Ktoś miał lub umiał zbyt wiele,

inny mu tego pozazdrościł.

Kiedy trzeba było się ułożyć,

 wyzwał od głupców,

zapominając przy tym jak

porywczy potrafił być ktoś...

Na to pierwszy obraził się na Amen,

nie chciał już słuchać,

bo takie było jego prawo

 i miał wszystkiego serdecznie dość.


***

W zasadzie tego dnia było chłodno, 

to był wtorek lub czyjaś środa.

Słońce nie zdołało rozgrzać atmosfery,

 już niebo przeciął z hukiem samolot na pół.

Gdzieś zaśpiewał kos do porannej kawy,

a sierpówka zaniosła słomkę do gniazda. 

W oddali i z bliska zielenił się las. 

Formowały się arterie mrówczego miasta

i sąsiedzkie życie w przedogródkach.

Z cicha na drzewach  pękały pąki

i wodę na rzece głaskał wiatr...

A drobne kwiaty... 

Były jak pierwsze pocałunki,

które tak dobrze pamięta stary świat...

I tak nastał koniec i nowy porządek.

 Wszystkim nam przecież kogoś brak.












środa, 1 kwietnia 2026

A licho wie VII

 




10 czerwca 2013

Ocalony przez Dąbrówkę Twardostój nie posiadał się z radości, że ujść z obławy  mu  się udało. A kiedy się na nim brunatny niedźwiedź usadził, to cały żywot  stanął mu przed oczami. Wtenczas zrozumiał, że ma dość kawalerskiej swawoli, że wstyd to okrutny, ażeby go niewiasta z opresji raz za razem ratowała. Postanowił wrócić na zamek, ożenić się z Halszką i najdalej jak za rok doczekać się potomka.  A tej dziewczynie, co w głuszy mieszka i dobra dla niego była zawsze po stokroć wynagrodzić. Na odchodne wycałował obie dłonie obiecując jej osobę zachować w szczególnej pamięci. Ona jednak w dobre chęci zbója nie bardzo wierzyła.


***


Za to zbójcerz mając na względzie pogoń, tortury i niechybną niewolę, zacisnął zęby i przez najgorszy chruśniak się przedzierał. Dopiero gdy zobaczył na horyzoncie zarysy zamczyska,  poczuł ulgę. Nie mógł jednak przypuszczać, że w ślad za nim, z gałązki na gałązkę skacze leśne licho, które szło tak aż pod bastion okalający Miasteczko i weszło przez główną bramę. Wtedy właśnie znalazło się w okropnych dla siebie okolicznościach. Wpierw wpadło w tłum, który jak rzeka zaniósł cudaka na targ i wypluł między kupieckie stoły. Na ten widok  pies garncarza ze strachu się urwał. Nieboże zaczęło uciekać ile sił w nogach.  Przewróciło się na stragan z naczyniami. Zaczepiło babę z kołaczami.  Potknęło się o nogę cyrulika i straciło równowagę. A kiedy samo upaść już miało, wywinęło się niczym wędrowny kuglarz, chwyciło mazidło na porost włosów i zbiegło między domy.


***


Zmachane i wystraszone licho przycupnęło przy koniach.  Rozmazało się przy tym okropnie. Rozpaczało, że tak niefortunnie straciło mości księcia z oczu. Wiedziało jednak, że szukać go należy nie gdzie indziej jak na dworze. Umyśliło sobie wejść tam  kuchennymi drzwiami. Obeszło więc przybudówki i zapukało do tej, gdzie dym w kominie ochoczo podskakiwał. Otworzyła jej okrągła i rumiana kucharka. Od razu chciała licho przepędzić. Jednak przeszkodziła jej jakaś taka  podejrzanie wychudzona, która nie dość, że wpuściła nieszczęście do środka, to jeszcze własną strawę na dwie części podzieliła i ugościła.  Spotkanie z leśnym lichem nic dobrego jednak dworskiej kuchni nie przyniosło. Na drugi dzień gruba dostała kolki, następnie niestrawności i nie zdążyła na czas do roboty. Z tej to przyczyny kuchmistrz stracił cierpliwość i kazał się jej wynosić. Szczupła za to awansowała  i postanowiła dworskich dostojników skutecznie odchudzić.

***

Jak ja niecierpię tego rodzaju muzyki - myślał Twardostój przysłuchując się próbom do weseliska.

 -A najgorsze jest to, że wpada w ucho! Już się szykował, już wkładał swój strój paradny i nerwy dawały o sobie znać.

*

Korzystając z  zamieszania, a trzeba wam wiedzieć, że to były ostatnie przygotowania do książęcych zaślubin, licho umknęło na pokoje i tułało się po dworskich komnatach szukając ukochanego. Chcąc nie chcąc trafiło w centrum zamieszania, gdzie dworskie służki stroiły pannę młodą. Stały przed lustrem i jedna układała pukle w zmyślne sploty, a druga miała barwić przyszłej księżnej policzki. Ku zdziwieniu straszydła ucieszyły się, kiedy je zobaczyły.  -W samą porę! – zapiszczała ta, co miała malować. Niespodziewanie wyrwała lichu zwinięte z targowiska mazidło i poczęła smarować nim twarz oblubienicy. -Będzie pani wyglądać jak królowa – szczebiotała dwórka. Halszka jednak cudu nie doczekała. Trwało chwilę, a na twarzy pojawiła się bujna jak u dzika szczecina. W jednej chwili krużganki przebiegł jeden pisk. – To jej wina! – wrzasnęła pokojowa  i wskazała na licho. Upiorzycy nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Naraz wzięła nogi za pas, a wybiegając z komnaty, wpadła na białogłowę, która ślubną suknię niosła. Straszydło szamotało się przez chwilę uciekając w najdalsze zamkowe zakątki. Widząc zgromadzenie roztropnie zakryło twarz, ażeby nikt je nie rozpoznał, a oddech i krok  zwolniło. Podeszło do księcia i grzecznie przyrzekało wszystko to, co mu czarodzieje kazali, na co młody książe pospołu lichu przysiągł przy świadkach. Tak oto książe leśne licho poślubił i swój los po kres dni wybrał.

Koniec