Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 29 grudnia 2025

Północ południe



Wyprowadzając myśli na spacer,

 pokazuje sercu niezmierzone piękno;

Za oknem rozpierzchła się zima,

rosną wydmy ze śniegu,

 na mroźnej  pustyni

dmie i zawiewa wiatr.


Z obręczy nocy prześwituje  świt:

każdego dnia wydłuża swe promienie.

 Gdzieś niebieskie wyroki są łaskawsze;

  Na bezchmurnym niebie toczy  się słońce, 

wzgórza pokrył sad

  kwiatów pomarańczy. 






niedziela, 21 grudnia 2025

Dalsze losy rzezimieszków


   Mikołaj po nieudanym stłumieniu powstania wrócił na stepy obiecując sobie, że nigdy, ale to nigdy, do ościennego państwa na żadną interwencję już się nie wybierze, choćby go kuzynostwo na kolanach  błagało. Ot co!

Włodarze przystać musieli na warunki buntowników. Represje wobec dywersantów zniesiono, podatków nie podniesiono, także książęca para uszczuplić musiała swe wydatki. Przynajmniej na jakiś czas dla niepoznaki.

Maksymilian spochmurniał, przygarbił się nieco, od łożnicy stronić zaczął, na połowinę swą jakoś inaczej patrzał, a i ona w ten czas szczebiotać mu jak onegdaj nie chciała. Jagoda innego zajęcia sobie szukać zaczęła. Szacowne panie dworu od plotek nie stroniły i nudzić ją wkrótce zaczęły, podobnie jak ogród, pawie i daniele. Widywano ją często w ustroniu nad wodnym oczkiem, po którym pływały liście nenufarów lub pod płaczącą wierzbą, której wiotkie gałązki łaskotały przezroczystą taflę wody.  Z tego to miejsca spoglądała w siną dal na zielone pastwiska, gdzie pasterze wypasali swe stada i zazrościła im ich prostego,  choć ubogiego życia. 

Księżna wiedziała, że poddani jej nie szanują, a dworzanie śmieją się i obgadują za jej plecami. Wszelkie zbytki i fanaberie mogliby jej jeszcze wybaczyć, ale braku potomstwa – nigdy!

W tym czasie zaczęła więc odwiedzać magów, ażeby się ich poradzić w tej kwestii. Niektórzy zalecali jej pić przeróżne medykamenty, inni czynili zaklęcia i okłady z błota w wielkich cedrowych baliach, bywało nawet, że ten, czy ów osobiście próbował księżnej dopomóc w jej niedoli. Na nic to się zdało. Straciwszy nadzieję  trafiła do komnat Sędziwoja – nadwornego czarodzieja Rocha, który był kolejnym władyką na Sobótce. 

Chytre oczka maga zaszkliły się ze wzruszenia, kiedy ją ujrzał. Miał on bowiem ambicję, aby wyżej w hierachi czarodzicielstwa zajść, niźli na kasztelańskim dworze i włościach mieszać. 

Krótko po tym jak zapoznał się z problemem, zaczął knuć misterny plan, wedle którego księżna miała znaleźć chłopkę do siebie podobną. Dziewka miała dostać miksturę, któraby jej pamięć odebrała i zostać sam na sam na całą noc z księciem w alkowie. Po wszystkim miałaby nastąpić kolejna podmiana, a uzurpatorka miała trafić w bezpieczne miejsce, gdzie doczekałaby rozwiązania, wtedy miałaby to otrzymać sowite wynagrodzenie za swe poświęcenie i za urodzone dziecko.

Plan wydawał się być bez zastrzeżeń i księżna Jagoda zaczęła zapuszczać się w rejony książęcych stajni, skąd konno udawała się na poszukiwanie do siebie podobnej dziewczyny. 

Długo nie mogła takowej znaleźć. I już miała zaprzestać poszukiwań, gdy na liliowych od kwiecia kobiercach, które pokrywały pogórze, zobaczyła dziewczynę tej samej fizjonomii z bujnym, swobodnie puszczonym warkoczem.



freepik.com 

piątek, 12 grudnia 2025

Zimny Księżyc

***


jak srebry gronostaj


w złej mroku godzinie


przemknęła postać


w jasnej krynolinie



zabrzmiał ton molowy


opadł śnieżny kurz


napomnienie sowy


w furcie zazgrzytał klucz



naraz wiatr w gałązkach


rzewne melodie gra


aż po śniących głowach


przechodzi jeżem strach




***



*Zimny księżyc to nazwa grudniowej pełni księżyca.




czwartek, 4 grudnia 2025

Erotyk niezapomniany



spotkali się przypadkiem

zeszłej zimy

w chmurach oddechów

rozgrzewając dłonie

zmieniając łuski śniegu

 w wielkie ważne słowa

czas zmieniał właściwości

rozciągały się momenty

aby razem z sobą być

byli nierozłączni

byli jak powietrze

dziś nie widzą się








wtorek, 25 listopada 2025

Dalsze losy rzezimieszków – Przygotowania do zasadzki

   Oddział Mikołaja liczył kopę – to jest sześćdziesięciu chłopa. Wśród rosłych, zarośniętych, wiecznie niedomytych wojaków od blisko trzech roków szerzyła się epidemia, ażeby łeb swój po bokach ogolić zostawiając na czubku głowy garść rozwianego włosa. I ani nie był to kamuflaż, ani nie było z tego nijakiego pożytku, lecz  im się taki sposób fryzowania na podobieństwo koguciego grzebienia  szczególnie podobał. Najemnicy lubieli nosić kolczugi, ćwiekowane metalowe naramienniki, baranie czapy lub ozdabiane wedle własnego uznania hełmy. A słyneli z tego, że w bój szli w taborze – to znaczy tworząc ruchomą twierdzę na kształt trójkąta lub kwadratu skutecznie odpierającego wroga. 

Dumni, bo każden z nich miał się za rycerza, choć nijakich włości, ni honoru nie sprawował, a za żołd robił. Hardzi i waleczni cel swój osiągali jak nie gwałtem, to podstępem. Przy każdym zleceniu tubylcy napatrzeć się nie mogli na to cudaczne widowisko. Kilkuletnie pacholęta, które ośmielone przez tego, czy owego czochraniem płowej czupryny, podchodziły bliżej i wypytawszy się o stoczone walki i rynsztunek, łapały kije i próbowały naśladować zachowanie wojskowych. Za to oni rozpytywali dzieci głównie o ich starsze siostry. Żadna to była bowiem tajemnica, że sama księżna Jagoda z tychże ziem pochodziła, a smaczku historii dodawały krążące po wsi opowieści, że w owych czasach obyczajna taka  wcale nie była i zażyłość swą nie ograniczała jeno do wielce urodzonych, ale że słodycz ust dziewczęcia niejeden parobek pokosztował. Aż się sam kniaź Mikołaj dziwował,  jak to Księżna Jagoda  małżonka swego za nos wodzi i że to za jej przyczyną horendalne rachunki oraz zlecenie stłumienia powstania.  Dłubiąc w zębie wykałaczką składał w myślach fakty i najśmielsze teoryje. W końcu stwierdził, że największym dla kraju nieszczęściem jest uczciwy głupiec na tronie…

***   

   Po tym jak Kaśka przybiegła do młyna ostrzec elfich buntowników, nie miała już po co do wioski wracać i została w młynie na noc całą. Cichutko na sianku sobie legła i zasnęła, lecz spała niespokojnie. Ciągle przez sen słyszała podniecone szepty w nieznanym jej jęzku. Wiedziała, że od tygodni zbroili się, a w puszczy zakładali wnyki oraz kopali doły, które najeżali ostrymi palami i przykrywali ściółką. W tej chwili radzili pewno jakby to uczynić, ażeby oddział Mikołaja na zasieki podprowadzić i wojsko porządnie uszczuplić. Dobrze po północy już było, a jej się zdawało, że ciszej się zrobiło i zmęczona nasłuchiwaniem, snem kamiennym wreszcie usnęła. Gdy się nagle skoro świt obudziła wtulona była w Gniewka. I dawaj z jego ramion się wyplątywać, które ją zewsząd obłapiały. Daremny to był trud. Żywa pułapka można by rzec, z której uciec chciała, a która ją jak na złość do siebie tak przygarnęła, że aż pisnęła. Wtedy wiara się pobudziła i ujrzała Kaśkę i Gniewka w objęciach i żadnego między nimi nagiego miecza, ni nic, nie było. Dziewczyna spąsowiała, a gdy tylko uścisk zelżał, pobiegła prosto do Frill, która do pieca podkładała drewno, pod kołacze. Elfka ucieszyła się na jej widok, bo każda para rąk była im pomocna. Chwilę później zbrojni wymaszerowali z młyna do lasu. Wraz z nimi Gniewko, który odwrócił się jeszcze szukając Kaśki w oknie, ale że Kaśka przekorna z natury była, to jej nie mógł przecież tam zobaczyć.

Jej szybka reakcja sprawiła, że powstańcy mieli czas, aby przygotować zasadzkę – niespodziankę. 

   Zasadzki były dwie, a może nawet trzy licząc nagłą, nieprzewidzianą awarię latryny. Pierwszą z nich okazała się skuteczna, choć nieświadoma, dywersja oberżysty. A było tak: stacjonujący nieopodal oddział Mikołaja chętnie do Turkaweczki zaglądał, bo tam i zjeść było co i wypić, nie wspominając już o dziewczętach. Szynkarz nie narzekał. Utarg mu się podwoił, ale nowi klienci wyczyścili mu komorę do cna. W wigilię chwarnego dnia, kiedy to wojsko miało powstańców zmieść z powierzchni ziemi, zostały mu się jeno resztki, a że właściciel z gospodarności słynął, to wkroił im do żuru zleżałą kiełbasę. Jadło, mimo iż okowitką sowicie skropione, wielkie uczyniło spustoszenie w szeregach najemników. Nazajutrz latryna im się zapadła i każden musiał saperkę w las zabierać, żeby własnoręcznie swój wychodek w lesie zorganizować. 

 ***

   Druga zasadzka przy wodopoju ich zaskoczyła. Cała była wielka jak chłopska chałupa; zielonkawą łuską pokryta, w pazury i zęby uzbrojona, a na grzbiecie dwa skórzaste skrzydła jak u nietoperza miała, tyle że wielokroć większe. Ogromną paszczę w strumień opuściła i jak gdyby nigdy nic chłeptała sobie niespiesznie wodę. Kiedy tego potwora schorowani żołnierze obaczyli,  w te pędy uciekać poczęli gwiżdżąc na żołd, wikt i opierunek Mikołaja.  I tak to przed samą bitwą szeregi najemników przerzedziły się jeszcze bardziej.

c.d.n.k



Grafika: Freepik.com 




poniedziałek, 17 listopada 2025

Dalsze losy rzezimieszków - Armia najemników

 Kniaź Mikołaj to był chłop na schwał: zwykł w przeręblu kąpieli zażywać, bez nijakiej asekuracji z niedźwiedziem za bary się brać, a białogłowy to się nie mogły od niego opędzić taki był jurny. Czy to prosta dziewucha, czy gładka jak len bojarówna zaraz w jednym, czy drugim kącie lądowała, gdzie obłapiał ją w pół i prosto w oczy się wpatrując przemawiał doń rzewnym wierszem. Po takich zalotach dziewka sama bez oporów do dalszej procedury przechodziła. Jednak żaden nadworny skryba nie śmiał o tych praktykach w kronikach wypominać, za to każden jak jeden mąż barwnie opisywał, jako prawdziwym kniazia powołaniem była służba wojskowa. Już jako kilkuletnie pacholę strugał kozikiem szable i piki, z ołowianych żołnierzy ustawiał testudo i falangi, a najbardziej narywiste konie ujeżdżał na pastwisku tak, iż wracały z manowców gorzej umordowane, niźliby do objuczonego woza były zaprzężone.

Nikogo więc nie dziwowało, że gdy tylko wąs na licu Mikołaja się posypał, to na czele najemnego oddziału stanął, zdobywając u wojaków posłuch i poważanie. Jednostka kniazia Mikołaja złożona była z podobnych jemu siekaczy, rębajłów i pijaków. A on sam trzymał ich wszystkich krótko, bo tylko tak można było rządzić krajem, gdzie główną gałęzią gospodarki był nierząd i gorzelnictwo. 

Kiedy kniaź otrzymał od pociotka zza granicznej miedzy  zlecenie, ażeby stłumić  pośrednich ludów powstanie, żachnął się uradowany, bo żadnej idei nie był tak wierny jako temu, by oczyścić świat z wszelkich dziwolągów – tj.: kurduplowatych, brodatych krasnoludów, z elfich odmieńców, od wszelkich szkaradnych stworów, które lasy, polanki i bagniska zamieszkiwały, a nade wszystko od trolowej zarazy.

Zwołał tedy dworskich ciurów i kazał ogłosić na swoich włościach stan wyjątkowy.  

***

   Kiedy dojarka Kaśka wychyliła się przez cembrowinę, ażeby cebrzyk z wodą przelać do konwi, zobaczyła wnet na skraju maciejowych zagonów chmarę odzianych w skóry, uzbrojonych konnych. Drgnęła tedy pomna swych przepowiedni.  Cebrzyk na powrót do studni poleciał, a ona cichcem, opłotkami i nikomu nic nie mówiąc do młyna przez  las pognała nowych przyjaciół od zguby ratować.

***

Wódz najemników nie docenił bowiem natury i niebezpieczeństw owego lasu za uroczyskiem i przewidzieć nijak nie mógł, że ludzie zechcą  bronić swoich i nieswoich dziwactw.   

c.d.n.


Freepik.com




środa, 12 listopada 2025

Gorset

 


Swiat się zaokrąglił,

 gdzie wcześniej uwierał.

To wdzięczył się, to rozstrajał,

przenosił, zakorzeniał.


Kiedyś odtrącony,

czekał, aż powróci.

Nawet cofnąć się musiał, 

 nowy krok uczynić.


Przecierpieć i przetrawić,

 gdy się błąd  zrobiło.


W młodość powątpiewać,

w stare kłamstwa wierzyć.


Mamiony wizją czasu, 

który jest przed nami.


Wreszcie zdumieć się,

 że luskus to nie zawsze pieniądze,

ale bycie (z) kim chcesz być,

- możliwość wyboru.



Zdjęcia: Freepic.com 

środa, 5 listopada 2025

Dalsze losy rzezimieszków - Jak Kaśka dojarka prorokinią została

 Czarno-biała Krasula, która między opłotkami się pasła, z lubością wgryzła się w buraka, którego wypatrzyła na drodze. Był to bowiem czas, kiedy chłopi po wykopkach swoje zapasy do lochów zwozili, a nieumyślnie strącony z furmanki korzeń był dla jałówki nie lada gratką. Posiłek smaczny, w pośpiechu spożywany, utkwił jednak w przełyku tak haniebnie, że powietrza w mechate chrapy chwycić nijak nie potrafiła. 

-A co to tak łapczywie bydlątko połyka? – krzyknęła przerażona Kaśka, która wyszła właśnie na łąki przyprowadzić swoje podopieczne.   Kaśka, siostrą przyrodnią Jaśka i faworytną dojarką  była.

Krowa bezradnie zwróciła głowę w kierunku dziewki, a ta widząc co się święci, ręką zamachnęła i po grzbiecie zwierzę sumiennie złoiła, aż się krowie odechciało przypadkowej strawy. Nawet nie spojrzała na wyplute resztki i witką brzozową przez Kaśkę poganiana grzecznie do obory obok innych wracała.

W domu dziewczyna miejsca sobe znaleźć jednak nijak nie mogła. Ciepłe koty z zapiecka poprzeganiała, zadzwoniła pokrywkami nad kaszą, ale głodna też nie była, cniło jej się za to za przygodą okrutnie. Wreszcie nie mogąc sobie zajęcia i miejsca znaleźć, do nóg matce upadła i dalej prosić, by ją do młyna, do buntowników puściła. Wprzódy macierz ani myślała jej na to pozwolić, ale kiedy dziewczątko wyjawiło jej, że we śnie duchy obaczyło i dla  powstańców ma wieści, matka uległa.










***   

   Gniewko jednak niechętnie następnego darmozjada w drzwiach przywitał. Można powiedzieć, że jej młyńskie podwoje przed samym nosem chciał zatrzasnąć, ale Kaśka nie była w ciemię bita. Lewą nóżkę przed drzwi prędko wyrzuciła zatrzymując je skutecznie i  swoje wizje poczęła niedowiarkowi przedstawiać:

-Potop będzie młynarzu – rzekła, a wzrok jej na tę okoliczność jakoś dzwinie się zmienił – rogate hordy z bezwzględną bestią na czele nadciągają i pożoga wojny będzie, zamki i starostwa będą upadać, a nowe grody powstawać; elfy, krasnoludy i inne rasy wreszcie na równi będą... Ale póki  co, grozi wam niebezpieczeństwo. Oj biada, biada, biada…

- W żadnym wypadku! – zagrodził wejście Gniewko. Mimo to Kaśka przez drzwi jak salamandra w skalną szczelinę  się wślizneła i do elfów przystała.

Wiejska dziewucha nie mogła przecież przepuścić okazji, by od krów się uwolnić i na zawżdy wyrwać. Wyobraźnia jej dopisywała, a widok, który zastała w młynie nie rozczarował wcale. Toć nadziwić się nie mogła przedziwnym istotom strojnym w koraliki i hafty, smukłym o szlachetnych rysach, które na zdobionych rogach i fujarkach przygrywały, dłoniom, które sprawnie na smyczkach i strunach pląsały, a inne swobodnie jak te liście z jesiennym wiatrem tańczyły.  

c.d.n.



wtorek, 21 października 2025

Dalsze losy rzezimieszków – Siła małego na poborcę podatkowego

   Jagoda z łatwością i naturalnym wdziękiem przejęła obowiązki księżnej. Była dość bystra jak na prostą dziewkę i mimo swych pospolitych korzeni, podkreślała swój status wyszukanym gustem. Przejechała opuszkiem palca po atłasowym rękawie płaszcza i obszytym srebrną nicią gorsecie. Dłoń zatrzymała się przy sobolach, aby raz jeszcze je pogłaskać. Chwyciła rąbek sukni z najprzedniejszego adamaszku, ale szybko go puściła. Stroje wisiały w potężnej, inkrustowanej szafie u wejścia do książęcej alkowy, w której przebywali nowopoślubieni.

-Nie mam się w co ubrać! – skwitowała i zaczęła szlochać przeglądając się w lustrze spowitym na brzegach złoconym winoroślem. Nawet w chwili rozpaczy wyglądała rozkosznie:  rozpuszczony warkocz opadał na koronkową halkę, a niesforne ramiączko co rusz spadało odsłaniając jej nadobne krągłości.

-Ależ duszko! – zareagował na te słowa książe Maksymilian, któremu na ten widok zmiękły trzewia, w przeciwieństwie do zewnętrznej fizjonomii. – Zeszłej niedzieli dostarczono suknię z zamorskiego altambasu - ciągnął dalej. - Nie przywdziałaś jej ani razu jeszcze! 

Niewiasta ukradkiem przewróciła oczami i umyślnie zaczęła  skradać się do łożnicy niczym kot do ptasiego gniazda. Delikatnie i spokojnie zbliżając się do męża przekonywała dalej:

-Otwarcie książęcej woliery to podniosłe wydarzenie. Przydałaby się bardziej strojna suknia – odparła wtapiając się w ramiona mężczyzny niczym gronostaj między konary drzewa. 

Książe kompletnie oszalał na punkcie uszczęśliwiania damy swego serca, a wybranka na punkcie poznawania wymiarów tego szczęścia. Hojność małżonka była bowiem wprost proporcjonalna do afektu jakim ją darzył. Miał ci on też cichą nadzieję, że Jagoda zmieni się, gdy tylko powije mu dziedzica. Estyma księżnej w stosunku do męża przejawiała się jednak poprzez gromadzenie rzeczy pięknych – niekoniecznie niezbędnych. I tak dziewka, która została panią na zamku, poczyniła dalekosiężne plany rozbudowy krużganków i przyległego ogrodu. Wykoncypowała sobie bowiem, że dobry smak w ogrodach, polega na tworzeniu przestronnych, zielonych pokojów i wpuszczenie między rabaty, altanki i labirynt, dumnie kroczących pawi lub nakrapianych danieli.

Wprawdzie pałac od kawalerskich czasów Jaśnie Pana, czasów wojennej zawieruchy oraz myśliwskiej nagonki, znacznie wypiękniał, to roznące z tego powodu koszta pustoszyły książęcy skarbiec. Nadworny trefniś nieraz próbował ratować sytuację wyszukanym żartem, pozorowanym upadkiem lub ciętą ripostą, jednakże na niewiele się to zdało. Szambelan z kolei znajdował innego rodzaju problemu tego rozwiązanie: podwyżki danin, stóp procentowych od lichwy, stawek celnych na zamorskie towary oraz innych podatków...

***

  Krasnoludy, najserdeczniej jak tylko umieli, a mianowicie z kijami, sztachetami i z tym, co który miał pod ręką wylegli z chać przywitać poborcę podatkowego.  Poborca, skrupulatny i spokojny z natury człek, w znoszonym płaszczu, binoklem na nosie i z plikiem dokumentów zajechał do osady przyległej kopalni srebra. Konny powóz turkocząc o bruk przejechał główną arterią bez żadnej eskorty. Długo tam nie zabawił...

***

Kiedy do księcia doszły słuchy o kolejnym buncie na włościach, postanowiono wysłać poselstwo do knezia Mikołaja o pomoc przy jego stłumieniu.


Źródło: Freepic.com 

niedziela, 12 października 2025

Księżyc żniwiarzy

wędrowne ptaki

prostują skrzydła 

linieją pola

goreją lasy

w mglistych kadzidłach

stokrotny owoc 

dźwigają sady

wieszczą nadzieję

pomnażasz życie

  zbierasz co siejesz







wtorek, 30 września 2025

CZY MARTWY SIĘ MARTWI?

 


Smętnie spoglądając w trumny otwarte wieka

martwemu zadano ostatnie pytania:


-Czy martwy się martwi równią pochyłą spadając w dół?


-Dlaczego przyszła nagła, niespodziewana śmierć?


-Cmentarzem i zmarzniętą ziemią na kość?


-Toną kwiatów – na co komu taki stos?


-Gdzie żywy ma pogrzebać swą rozpacz i złość?


-I że każdego czeka taki los?


Ani drgnęła mu powieka…


środa, 17 września 2025

Przesilenie

 Dziś przepełniło się w sobie lato,

w przypływie żarzącego się słońca

przerosło  ziemski ogród  poświatą

i omdlało w błękicie bez końca.


Kulminacją ostatniej godziny

prześwietla wskroś wzburzone rośliny

strugami światła w mozajkach liści,

syte i płoche snem co się ziścił.


W potokach złota idzie nieznane,

dla nas niebo nie kończy się wcale,

arabeski różnorakich stworzeń,

i szumiących inkantacji płomień.











czwartek, 11 września 2025

Dalsze losy rzezimieszków – Jak to wiwerna w szkodę przeciwko swemu poszła


   Spłoszona wiwerna krążyła jakiś czas nad polami nieopodal Sobótki, aż się w końcu umęczyła i na łące opodal odpocząć chciała. Paść się więc zaczęła, bo okropną wręcz ochotę na zieleninę miała. Trwało to chyba ze dwa stajania, a gdy brzuch swój napełniła, ułożyła się do snu w brzezinie. Modre oczy już przymknęła, kiedy nozdrza zwęszyły człeka. Łeb swój z krzaków podnieść jednak nie zamierzała. Pamiętała jak ją na Maciejowym Polu zbrojni przywitać chcieli, więc tym razem siedziała cicho. 

 Trzech wędrowców śladem węża szło przez łąki na przełaj głośno pokrzykując, kląc i śmiejąc się do rozpuku. Powiadali, że ledwo z życiem uszli, że ich jakieś topielice ku własnej usiesze zamęczyć pieszczotami chciały. 

 Jak tu bliżej podejdą, to ja im zara pokażę – zdecydowała smoczyca. Wiwerna żyła przeszło trzy stulecia i ażeby przeżyć, rozumu używała . Gdy niczego nieświadomi zbytnio się do gada przybliżyli, to w ich stronę poleciała spora kula ognia. 

-Ki czort?! – wrzasnął Oreszko gasząc podpieczony zadek na kępie niebieskawej trawy. Zbójcy z krzaków puścili ku mnie płonącą strzałę!

Wtedy druga ognista kula pokonała dystans między paszczą wiwerny a Gniewka siedzeniem. Kula jednak zawróciła i spadła na krzaki.

-Ki czort? – pomyślała rozumnie wiwerna ślepia bystre wytrzeszczając przez zasłonę dymu. Potwór wiedzieć przecie nie mógł, iż rzezimieszek na swej piersi smoczy medalion nosi. Medalion za to dźwięczał i wibrował jak te pszczoły w ulu, to się Gniewko zorientował w czym rzecz.

-Nie bój, nie bój się maleńka – rzekł tedy do niej złodziejaszek. -Toć to ja Gniewko. Poznajesz li mnie? Ten drugi to mój druh Oreszko i leśny Ćmak. Bździsława ze mną nie ma. Na zamku jako wojewoda sobie siedzi. Nie ma rady, gdy zaloty się udadzą, żenić się trzeba.

Na te słowa ośmielony jaszczur ewakułował się z płonącej kryjówki.

-O hohoho, ale żeś się poprawiła! Możeś i ty przy nadziei jako żona Bździsława - Jarosławna? – spytał rzezimieszek.

Odpowiedzi jednak nie uzyskał i zrozumiał, że pytanie nie jest na miejscu, skoro gatunek jest na wymarciu.

- Ciiiii… – szepnął Oreszko szturchając kolegę łokciem pod żebra. -Przecie nie godzi się gadać niewieście, że dobrze wygląda. Jeszcze się zezłości, czy co?

***

   W młynie zapanowały elfie rządy. Elfka wnet sprosiła swoich. A Jaśko we wszystkim jej nadskakiwał. Miast hartować ducha i ciało, miast się na powstanie przeciwko mocarnej armii zbroić, co noc urządzali uroczyste celebracje: z muzyką i śpiewem, z jadłem i tańcami, wszystko zaś wieńczyła uroczystość pojednania. 

Po takim duchowym oczyszczeniu Jaśko – syn Macieja i Hanki, z zawodu pastuch, zazwyczaj ciężko chorował. Zdrowy tryb życia nie korespondował bowiem z jego swojskim podejściem do świętowania.

***

   Po przygodzie z topielicami, Gniewko zapragnął wreszcie wrócić do siebie. Co rusz wiwerna zniżała lot, gdy stado owiec zamajaczyło im na horyzoncie.  Przerażenie zapanowało również w młynie, gdy elfia brać obaczyła jak skrzydlaty stwór ląduje na pobliskim zapuszczonym zielskiem zagonie. Wybiegli tedy do niego uzbrojeni w miotły, cepy i proce.

Na widok powstańców, Gniewko nie wiedział, czy śmiać się, czy płakać. Głową kręcił, łamał ręce i kazał się do Fril prowadzić.

c.d.n.





czwartek, 4 września 2025

Haiku na koniec lata






***

wspomnienie lata

nowe piegi na skórze

motyl na dłoni

***

 zielone wojsko

musztra na rozkaz wiatru

aż po horyzont 



***


mieć cię przy sobie

na wyciągnięcie ręki

dojrzały pomidor




***

jak polne kwiaty

kolor wpleciony w kłosy 

okruchy lata




wtorek, 26 sierpnia 2025

Świerszcze

Łęgiem potokiem przeszytym,

doliną aż po  gór szczyty,

włóczy za nami się słońce,

 rozlewa złotem po łące.


Zmieniając szlaku zmartwienia

w pełne podziwu spojrzenia.

W uszach skrzydlate melodie,

zboże faluje łagodnie.


Najwyżej, na wzór stworzenia,

urosły młode marzenia,

gdyż ziarno  w sercu złożone,

w najmilszą udaje się stronę.


Prostuje drogi do przejścia,

ścieżka się robi pewniejsza.

Gdy w trawie tykają świerszcze,

same pisują się wiersze.






poniedziałek, 18 sierpnia 2025

Babie lato

Gdy się niebo przepierzało, 

ukrop zdawał się już chłodnieć

babie lato nas związało,

 zaplątało w sieć okrutnie.

 

Lśniącą przędzą porządliwie, 

głaszcząc skórę pieszczotliwie .

Jak pozbierać nikłe nitki,

 gdy się tworzą nowe witki?


Nęcą zmysły, plączą mowę,

 zatrzymują nas przy sobie.

Już nie wierzę w rozplątanie

pożegnanie i rozstanie.


Dzień w dzień ziemia drży od rosy 

pełne ziarna są już kłosy.

Ptaki kwilą o odlotach,

a my zostajemy w splotach.


Zakochani, zapatrzeni,

zasłuchani w łąk brzęczenie,

 srebrną nicią otuleni,

 w falach kwiatów zatopieni.

 







 




czwartek, 14 sierpnia 2025

Dalsze losy rzezimieszków – Jak Gniewko, leśny Ćmak i Oreszko mało co topielcami nie zostali

W tym samym czasie Gniewko wracał od ćmaków przez chłodny las, a później pierzaste wiechcie traw. Srebrzyste pasma babiego lata rozwieszał wiatr, a skowronki wysoko na niebie dźwięczne kaskady. Gdy chwat z osłabionym I wychudzonym ćmakiem na plecach dziarsko przecinał błonie pod Sobótką, napatoczył się na nich Oreszko. Zatrzymali się pod cienistym jaworem by odsapnąć  na chwilę. Ścisneli na powitanie prawice i  zaczeli rozmowę:

-A bodajbyś sczezł! – zawołał  radośnie Oreszko. -  A gdzie to cię licho nosi? Kogo ty tam dźwigasz? Patrzaj no, toć niewiele wody w Czarnym Potoku upłynęło, jak my się widzieli, a tu tyle zmian, tyle zmian! Wieści nowe ci przynoszę i to nie byle jakie! 

-Nie błaznuj, tylko gadaj, co nowego – burknął zafrasowany rzezimieszek.

-Pamiętasz Jagodę? – spytał. -No tę, co wtedy zapoznałeś, kiedy rozróba w Turkaweczce z trolami była.

-Co mam nie pamiętać?… – mruknął rzezimieszek i już miał rzec kąśliwą uwagę, lecz Oreszko zmacał pod pazuchą okowitkę i na światło dzienne wyciągnął. Złodziejaszka nie trzeba było specjalnie namawiać. 

-A co z nią? - spytał. 

-Ta to się tera wywianowała powiadam ci, że ho ho! – ciągnął Oreszko. 

Gniewko łypnął okiem ciekawie. - Jak to - spytał.

- A tak! Pospolita dziewka z karczmy tera księżną na zamku zostanie! – dokończył Oreszko.  

Na te słowa Gniewko zakrztusił się zawartością antałka, który mu kompan podsunął.

- Wielmożnego pana pomogła z jeziora wyłowić i tak ze wszech sił go cuciła, aż się biedaczek zakochał.

-Po wszystkiemu okazało się, czemu książę był wyraźnie kontent, że ona wcale nie taka zwyczajna i że koligacje rodzinne ma  - wyjaśniał dalej rozmówca.

-Miejże litość z Jagodą? – spytał filozoficznie Gniewko i splunął z ukosa. - Skoro takie rzeczy się wydarzają i byle dureń naszą ziemią  włada, to może być jeszcze, że najgorszy łotr najwyższym kapłanem zostanie? - dodał oburzony rzezimieszek, lecz widać było, że nowinki zbiły go najwyraźniej z pantałyku. 

-Trza modlić się do bogów, by w opiece nas mieli - zatoczył się Oreszko, po czym rozlał nieco okowitki na ziemię jako ofiarę  przebłagalną. A resztę podsunął ćmakowi lecz ten się skrzywił.

- No co ty! Najlepsza w okolicy i dalej począł go namawiać wedle swojskiego obyczaju.

   I tam właśnie nedaleko drzewa, gdzie się Oreszko z Gniewkiem i ćmakiem spotkali, a potem serdecznie gawędzili i we trzech gorzałką raczyli, a gdzie się koniec końców pospijali i na posłaniu z traw legli, w dole za pagórkiem była sadzawka. Taflę wody pokrywał bielutki grzybień, brzeg – szeleszcząca z każdym ruchem wiatru trzcina. W dzień w wodnych zaroślach czaił się żuraw, w duszne noce – żaby dawały huczny koncert. Z okolicznych lasów i łąk schodziły do wodopoju łanie, dziki i łosie, drżące o swoją skórę zające oraz zlatywało wszelkiego  rodzaju ptactwo wodne.  Ale jakby tego było mało, od przeszło trzech lat pomieszkiwały tam trzy urocze topielice. Wszystkie co do jednej młode i zgrabne: jedna ruda i piegata, druga ciemne włosy miała, a trzecia koloru dojrzałego zboża. W długie mokre kosmyki wplątywały sobie źdźbła traw,  zostawione przez ptaki barwne piórka i wodne kwiaty. Do połowy były nagie, a tam gdzie się kończyła kibić, zaczynała rybia łuska. Wodnice, kiedy tylko się ściemniało wychodziły ze swych głębin i zagubionych do siebie wołały. Tego dnia tuż po zachodzie słońca wypatrzyły, że w pobliżu stawu trzech nowych kawalerów przybyło i dalej śpiewem przejmującym wabić ich do siebie zaczęły.
Wybudzony Oreszko kaprawe oczy przetarł, lecz widok wydał mu się tak cudny, że uznał, iż nie zaprzestał śnić jeszcze. Trącił Gniewka, a ten ćmaka, który wstawał niechętnie, tylko oparł się na łokciach i przez chwilę próbował zrozumieć co się dzieje.
-Czy ty widzisz to, co ja widzę? Czy mi się tylko zdaje, czy te panny do wspólnych igraszek nas zachęcają? - spytał Oreszko.  Czy nam wszystkim śnić może się to samo? – przerwał mu złodziejaszek.
-Obawiam się, że tak… – odparł ćmak.
I jak na zawołanie wszyscy trzej ściągać odzienie poczęli i jeden prędzej przez drugiego i trzeciego do bajorka pobiegli. Wodniste koła porobili, gdy na wyścigi wśród tysięcy kropel w toń wskoczyli, a nimfy chichotały i szeptały im do ucha ich potrójne marzenie: powić w szuwarach małe wodniki lub wodnice. I dalej zabawiać się z przybyszami, dotykać  i całować wszędy, wciągając ich coraz głębiej i głębiej pod wodę, aż się panowie zlękli wielkiej tej pieszczoty i do odwrotu szykować zaczęli. Wodne panny przestać jednak nie zamierzały. Przez chwilę Gniewko tracąc grunt pod nogami kosę księżyca na niebie wypatrzył i kolejny raz pomyślał, że nadmiar okowitki i woda to jednak nie najlepsze jest połączenie. 
Złapał korzeń, który wśród szuwarów odnalazł i wołając Oreszka i  ćmaka zaczął pełznąć na suchy ląd. Towarzysze jednak wokół panien i w roślinność zaplątani nie myśleli na brzeg wracać i trzeba było zastosować nieco silniejsze środki.  Pięść Gniewka bowiem już z niejednej opresji go wyratowała.  Szczęśliwie kiedy tchu zbrakło, oprzytomnieli wreszcie. Rozochocony leśny ćmak i Oreszko pomocną dłoń Gniewka w końcu uchwycili i na brzeg z trudem wylegli. A potem dalej w kierunku młyna poszli. Po latach czasem podkładając w zimie do pieca, czy na wachcie przy obozowym ognisku, albo kiedy czuwać trzeba było i nie spać lub kiedy towarzystwo gawędy się domagało, każden jeden z osobna opowiadał jak to przyśnił mu się dziwny, wspólny sen, jeden z tych mokrych...
c.d.n.




Freepic.com 

wtorek, 5 sierpnia 2025

Dalsze losy rzezimieszków - Istne dziwowiska

 

***

     Jaśko wzdrygnął się, bo spodziewał się, że w młynie zastanie co najwyżej młynarza, a nie dziecię starszej krwi. Wydawało mu się, że  długoucha wie, że nic jej tam nie grozi, a mimo to wciąż była czujna i niespokojna. Wrażliwa na każdy szmer i odgłos, bzyczenie muchy, czy jakiego komara. Widział jak srebrne promienie księżyca sączą się przez okno i giną wewnątrz rozproszone. Dzięki nim mógł dojrzeć jaka jest drobna i że pod jej chłopięcym odzieniem cała drży. Pochłonięty niezwykłym tym widokiem, nie zorientował się nawet, że elfka  chwyciła cep i nie tracąc ani chwili, walnęła pachołka prosto w płową czuprynę. Jaśko padł jak długi. Związany, zakneblowany, wylądował w przeciwległym kącie.

- To na wszelki wypadek - usłyszał jak przez mgłę.

Ale Fril długo nie mogła ochłonąć. Jak majaki w gorączce wracały do niej wspomnienia zimowego pogromu sprzed lat. Była mała, nie rozumiała do końca, co się wokół dzieje, lecz czuła instynktownie, że objawiło się żywe zło. Dwie dekady temu, zaraz po tym jak wojewodą na Sobótce został Onufry, zima była bardzo sroga, a na traktach pełno maruderów. Głód i bieda sprawiły, że szabrownicy szukali pożywienia w okolicznych wsiach, a na gościńcach łatwego zarobku. I mimo, iż  najstarszą z ras chronił wieczny glejt, nikt nie był w stanie  uchronić ich od łupieżców. 

Pamięta jak dziś. Ten, który dowodził, kazał wywlec ich na środek, przy czym spiął karego konia i przejechał między dwoma kolumnami elfich niedobitków. Krzyczał coś, lecz Fril nie znała wówczas  ludzkiej mowy. W powietrzu jątrzył się zapach dymu z ich spalonej osady oraz słodkawy zapach krwi zabitych i rannych. W górze nad ciałami krążyły już gawrony. Nakazano im złożyć broń i wszelkie kosztowności, których dawno przecie nie mieli. Widziała, jak tamten zamaskowany, a z nim trzech troli i gnom ze świńskimi oczkami wypatrują młodych i zgrabnych, jak się do nich ślinią, jak je obmacują i ciągną gdzieś w krzaki. Wracały stamtąd stłamszone, spuchnięte od płaczu.  Jak starały się zasłonić podarte sukienki i posiniaczone ciało. Zrobiło jej się niedobrze, oparła rękę o ścianę, pochyliła głowę i zwymiotowała. Czas jak młyńskie koło zatoczył krąg.

***

  Wszystko wskazywało na to, że nie był to uczęszczany trakt – gałęzie drzew i leśne jeżyny kłuły nogi, zaczepiały płócienne rękawy i próbowały choć na chwilę przy sobie zatrzymać. Kiedy Gniewko umknął ćmakom zabierając niespodziewanie jednego z nich, z serca  głębokiej puszczy, poszedł drogą wzdłóż strumienia, by przy świetle księżyca odnaleźć zarys swojego młyna. A Ćmak zwieszony na ukos przez ramię niby złowiona na wnyki rogacizna, wiercił się i psioczył na zbawcę. Może nawet i spróbowałby ucieczki, ale rzezimieszek trzymał go twardą ręką. Gniewko, jak wiadomo był przecie więcej niż porywczy i ostatkiem sił się powstrzymywał, by marudy nie ździelić po łbie. Nie mógł się przy tym nadziwić, bo niezdarne ćmaki w istocie były sprytne niczym lisie plemię, a żałość swą traktowały jako przynętę. Zasmuceniem swym bowiem rozczulali napotkanych prostaczków, a kiedy udało im się którego litościwego na to złapać, to żerowali na nim, dopóty ofiara się na to godziła. Do roboty bowiem żadnej się nie nadawali, nie uprawiali ziemi, ni rzemiosła. Nawet do cyrku nie pasowali. Wszak taki ćmak publiki choćby pekł, to nie rozbawi. Po co on tego cudaka ze sobą wziął? - zastanawiał się przez chwilę, czy aby nie wrzucić go z powrotem w zarośla mijanej leszczyny.


***

Niemal w tym samym czasie na brzegu jeziora odbywało się zgoła inne widowisko.
Kiedy mości książę, ledwo żywy, przez swą służbę jak jakowyś szczupak ułowiony, na brzegu wśród niezapominajek spoczął, Jagoda doń wartko podbiegła, białą zapaskę jak welon na głowę zarzuciła i wszem i światu ogłosiła: „Mój ci on! Mój ci jest!”. Wprawdzie rycerz skazańcem nie był i od zguby panna go ratować nie musiała, ale zgromadzenie uznało, że wyratowany z topieli, to tak jak od śmierci ułaskawiony. Nikt nic powiedzieć nie śmiał, wiejska dziatwa jeno krzyczeć poczęła - ”Panna młoda ładnie skroń dziś swoją kwieci, minie roczek jeden powije mu dzieci” A później darły się jak na weselu: - ”Gorzko! Gorzko!” A młodzi się wtenczas całowali. Na to babki zaczęły biadolić o rychłym zamążpójściu Jagódki i to za samiuśkiego księcia Maksymiliana. Weselili się jednak wszyscy, a wiwatów nie było końca. Chcieli choćby zaraz gody im urządzić, ale książę umyślił sobie truchło smoka wypchać i na pamiątkę nad łożem małżonków zawiesić, to i na powrót zebrali się rozsiani w okolicy zbrojni, by społem iść wiwernę bić. Okazało się jednak, że przez to całe zamieszanie gadzina uciekła zostawiwszy po sobie schajcowane snopki i wystraszonych parobków. 
c.d.n.

niedziela, 3 sierpnia 2025

Zdrowienie

 


wymaga czasu

a czasu szczęśliwym trafem

nie wygrasz na loterii

i nie znajdziesz po kieszeniach 

 nie zostawisz sobie 

godziny ni dnia na później 

na wypadek i w razie czego

ziarna wytchnienia

nie wyłuskasz z nadmiaru trosk

życie jest wszystkim

co tylko się uwagi domaga

 umyka nie zaczeka

za to proces zdrowienia

 wymaga spowolnienia

i zrozumienienia które

czai się w kącie szafy

wystrojone w najdroższe perfumy

 i w suknię na jeden bal

 

oddychaj spokojnie

jakby z dna duszy

pewnie i przeponą

na nic czyjeś biadolenia 

prośba i groźba

to na nic

gdy pole do popisu

leży odłogiem

 a wola i chęci na miedzy 

zdrowienie uczy cierpliwości 






Freepic.com 

 

poniedziałek, 28 lipca 2025

Dalsze losy rzezimieszków - Ćmaki

 Szedł miedzą w kierunku zagajnika. Kopał kamyk, ssał źdźbło i podziwiał bursztynowy zachód słońca rozlewający się nad łęgami. Nagle usłyszał wśród zarośli ciche mamrotanie:

-Noc, noc idzie. Zara wyjdą ćmaki, porwą pacholęta, zjedzą na wieczerzę…

-Wyłaź no, bo portki  zara przetrzepie! - zagroził Gniewko i aż ścisnął pięści na wspomnienie wydarzeń w Turkaweczce. Głos w zaroślach zamilkł. Podbiegł bliżej, wyciągnął rękę i wyrwał  z krzaków cudaka. Było to szare, smutne stworzenie, które skurczyło się w sobie i drżało z przerażenia. 

-Ktoś ty?  Gadaj, a wartko, bo czas ucieka! 

-Jestem ćmak… – smutas ściągnął gębę w podkówkę na znak, że nie będzie i nie chce mu się z wędrowcem gadać.

-Czego bez powodu ludzi niepokoisz? – spytał złodziejaszek.

-Bom ćmak – cudak odrzekł zdawkowo.

-Nie znam – mruknął Gniewko – a skądżeś? Jest więcej takich jak ty?

-Są, tam w borze w norach w ziemi  kopanych siedzą i smutne opowieści snują.

-Prowadź! – rozkazał Gniewko zapominając o tym, że młyn na gospodarza czeka.


***

   Siedzieli w kręgu, przy pniu ściętego dębu. Polewkę z muchomorów z cebrzyka polewali do naczyń w kształcie hubki i społem pili. Mieli szare jak proch, zmęczone lica, ażeby nikt ich nie obaczył i z nory nie wykurzył. Niektórzy odwracali głowy w stronę nowoprzybyłych, inni byli tak pochłonięci swoją rozpaczą, że kolebali się w przód i w tył, w tył i przód, jak żywe kołyski. Powtarzali przy tym sobie tylko znane zaklęcia i stare, nieskładne, zapomniane pieśni. 

-Oni tak cały czas? – spytał Gniewko poruszony ich żałością. Pochwycony ćmak kiwnął głową. - Kiedyś babka opowiadała mi, że gdy kto ćmaka zdoła rozśmieszyć, to on przemieni się w nocnego motyla i poleci w kierunku światła, żeby się z nim pojednać i w nim zatracić. Ale ona była stara, coś jej się pewnie pomieszało od tej naszej polewki. Głupia opowieść, którą się dziatwie do poduszki baja. Wtedy Gniewko przypomniał sobie najstarszy żart świata i zaczął zgromadzonym opowidać, jak to wraz z Bździsławem uczestniczyli w wytwornej biesiadzie i jak ten spytał gospodarzy, czy można u nich przy stole pożartować. A kiedy tamci się zgodzili, Bździsław podniósł kuper i puścił gromkiego bąka. - Chwila konsternacji wystarczyła, by jeden z ćmaków wyleciał w powietrze prosto do gwiazd. Chyba babka miała rację pomyśleli obaj.


***


Jaśko gnał ile sił w nogach do młyna, nie bacząc na zmęczenie, na kamienie, które kaleczyły stopy i chłód, który od jeziora szedł. Tuż przy Sowiej Skale zatrzymał się i zaczerpnął wody ze strumienia. Młyńskie koło wciąż przetaczało rzeczny nurt, choć sam budynek wyglądał na opuszczony. Nikt nie otworzył, kiedy zapukał do wrót. Pchnął podwoje i ostrożnie wszedł do środka, prosto w mrok. Grobową ciszę przerywało jedynie sporadyczne popiskiwanie myszy. 

-Panie młynarzu,  z prośbą przychodzę – odezwał się nieśmiało. Zaskrzypiała podłoga. Echo powtórzyło za nim jego własne słowa, lecz zamiast rosłego, umączonego jegomościa, stanęła przed nim drobna, zwiewna istota o kobiecych kształtach i wielkich mądrych oczach, wpatrzonych prosto w niego.  

- Gdzie młynarz? - zapytał Jaśko.

- Też na niego czekam - odpowiedziała elfka.


***

- Uciekaj – wyszeptał młody ćmak. - Uciekaj, póki jest w tobie radość i wola życia. Uciekaj, bo jak ci tego zabraknie, to będziesz się bujać w tym lesie, tak jak i oni – zniżył głos, oglądając się na boki, czy nikt nie patrzy. Ale tamci zamroczeni trucizną widzieli wokół tylko cienie. - Starszyzna nie pozwoli, by więcej naszych stąd uciekło – wyszeptał.

Gniewko spojrzał jeszcze raz na ćmaki: na ich szare jak popiół twarze i dłonie. Przyjrzał się ich mamroczącym spękanym ustom, nieprzytomnym oczom i połamanym od ciągłej walki o nalewkę z muchomorów paznokciom. Zawahał się chwilę, wreszcie zaproponował:

- Ty też tu nie pasujesz. Chodź ze mną młody ćmaku. Zaciągniesz się do elfickiej partyzantki.

-Eeee nie, nie godzi się. Ćmaki przynoszą nieszczęście - wymamrotał, ale Gniewko nie słuchał jego biadolenia, tylko złapał go w pół, zarzucił na ramię i odszedł w kierunku młyna przez nikogo nie zatrzymywany.

cdn.


Freepic.com 



poniedziałek, 21 lipca 2025

Drogowskaz

 

A kiedy upadniesz,

to przecież nie zgaśnie:

ni księżyc,  ni słońce.


Nawet kiedy skwar,

słoty świat tkające.


I nieważne gdzieś jest, 

jak daleko domu.


Wieczna, rozgwieżdżona noc

nieznana nikomu.

Świt się zbliża, ptaków śpiew,

zieleni się trawa.


Ciągle musi szumieć  las.

W meandry rzeka wpadać.


Zawsze będą pasły się

 konie gdzieś na łące.


Pod troskliwą ręką

rozkwitną gdzieś kwiaty

i dojrzeje zboże.


Pszczoły będą krzątać się

w kipieli pachnącej.

Po kres horyzontu,

nawet jeszcze dalej...


I bez wątpliwości

- jak dwa a dwa cztery,

będzie do wyboru:


ramię drogowskazu

lub przydrożne chaszcze.



Freepic.com 


poniedziałek, 14 lipca 2025

Dalsze losy rzezimieszków - Polowanie na wiwernę

Jak zdobyć władzę nad gadziną? - przemyśliwał gorączkowo Sędziwój wertując okurzone woluminy. Długo nie mógł nic znaleźć...  Och jakżeby to było pięknie, móc nią rozporządzać. Cały kraj i wrogów swych podpalić, byleby własne porządki ustalić - uśmiechał się do swych myśli. Niespodziewanie w jednym z rękopisów odnalazł legendę według, której starożytni magowie mieli w zwyczaju smoka za pomocą magii oswajać i czarodziejskim amuletem do siebie wabić. A więc ktoś ją musiał przywołać! - pomyślał przerażony. I w tym to momencie drzwi do jego komnaty rozwarły się i stanął w nich jaśnie książe.

- Sędziwoju, mam życzenie zapolować na smoka - oznajmił.

   ***

   Sam książe Maksymilian, kiedy się tylko zwiedział, że na sobótkowym majdanie wiwerna zad swój posadziła, świtę swą zwołał i polowanie na smoka zarządził. Nie dziwota, że dowiedzieli się zatem wszyscy.

 Na zamku nic ukryć się przecie nie dało. Tajemnice alkowy każdej jednej dworskiej pary praczki znały i w czasie przepiórki ochoczo komentowały. Medyk wiedział, kto ma pypcie na kuśce, a kto cierpi na hemoroidy, a trubadur – kto gustuje w młodych paziach, a kto wielbi pełniejsze damy. W stolicy i w pośrednich grodach huczało od plotek jak w ulu. Naraz nastała też moda na prowincję. Zjechało się wiec do Sobótki różnego rodzaju tałatajstwa: pań nieobyczajnych, a co za tym idzie ichnich rajfurów, jako że wiadomo – każden kurnik winien mieć kokota;  wizjonerów w białych szatach, którzy o rychłym końcu świata na rynku perorowali;  kumoszek z wiejskim jadłem w wiklinowych koszach; hulaków, znachorów, bimbrowników, kuglarzy i muzykantów, ale przede wszystkiem, i co najważniejsze - rycerstwa różnej maści i pochodzenia, gotowych jaszczura ku chwale swego miana ubić.

Ruszyli na bestię wszyscy i zewsząd, albowiem każden jeden wiedział, że w kupie siła być musi, a że społem raźniej im było, to i razem dźwięczny raban między pola nieśli. Na maciejowy zagon kręta droga wiodła, a zwykle o tej porze kwitnące łąki falowały, wiatr szeleścił giętką trzciną, a na tafli jeziora dryfowało zachodzące słońce. 

Niedaleko brzegu w spiczastym oczerecie panna kieckę podkasawszy bieliznę sobie prała. Była to, o czym książe Maksymilian nie wiedział i wiedzieć nie mógł, nie kto inny jak miejscowa femme fatale – Jagoda  -  dziewka z oberży pod dźwięczną nazwą Turkaweczka, którą to Gniewko dopiero co dogłębnie, możnaby rzec, zapoznał. Giezło miała przy tym na piersiach rozwiązane, warkocz swobodnie puszczony, a że książe pan lubował się w widoku młodych, zagubionych panieneczek w jasnych sukniach na skraju lasu, to przystanął i rozmarzył się nieco. Miast przezornym być w obliczu kusicielki, zszedł z konia, nieszczęśliwy krok w pełnym rynsztunku na spróchniały podest uczyniwszy, wpadł w bajoro po uszy.

c.d.n.

Freepik.com 



piątek, 27 czerwca 2025

Dalsze losy rzezimieszków – Żniwa

    -W oberży chłód przynajmniej – odezwał się znajomy opryszek do Gniewka. -Nie radzę bez powodu nosa za drzwi wyściubiać, bo jakby, dajmy na to, na ten upał i w tym stanie, to Południca wszędy jak sęp krąży i ofiary szuka. Gniewko kiwnął głową na znak, że zrozumiał, ale Jagoda tak się do niego uśmiechała, że opuścił kompana i poczłapał za dziewczyną na pięterko jak ciele. Po spożyciu bowiem jego upór i charakter miękł jak masło w skwarny dzień.

***

   W skromnie uposażonej izbie dziewka pchnęła Gniewka na wyrko. Rozoogniony, upojony chwilą i  wdziękami, którymi w gospodzie Jagoda tak zgrabnie kołysała, wyobracał młódkę z każdej jednej strony. Chuć zaspokoiwszy legł, jak tradycja prastara nakazuje, plecami do dziewki i zasnął. Chrapać nawet począł, ale sen miał jakiś niespokojny. Toteż oko przezornie otworzył, kiedy szmer usłyszał. 

- Ożesz  ty podła! Rzezimieszka chciałaś okraść?! – wrzasnął zrywając się na równe nogi. Wartko złapał winowajczynię za rękę, kiedy z sakwy smoczy medalion wyjmowała. 

Na występku przyłapaną pod pręgierz przyobiecał zaprowadzić, żeby wszyscy widzieli. Nie wiedział jednak jaką siłę  dziewka niechcący przywołała.

***

 Słońce niczym wielki plaster miodu spływało cienkimi strużkami w dół. Chłopi kosili zboże, związywali je w snopki i układali w większe stogi. 

-Ino patrzeć końca – roześmiała się kobieta, kiedy w przerwie nalewała żeńcom zimnej wody, którą ze studni przynioła. – A gdy zwieziem to złoto do stodoły, to już nam głód nie zagrozi – mówiła dalej.   

-A juści, pospieszta się! Od lasa chmura ciągnie – zaniepokoił się gospodarz. W tej oto chwili wielki cień pojawił się nad  ścierniskiem. Spojrzał w niebo, wybałuszył ślepia i krzyknął przerażony:

-Smoczysko! Smoczysko na nas leci, uciekajmy!!! 

***

Tymczasem w miasteczku czarodziej Sędziwój  zaszył się w swej wieży i szukał w starodrukach tajemnych zaklęć, by historii bieg obrócić i sprawić, by po jego myśli przez kronikarzy spisana była. Tynkturę sporządziwszy zerknął w czarodziejskie lustro i zobaczył na polu pod Sobótką szmaragdową wiwernę. - O bogowie! – uradował się – z nieba żeście mi ją zesłali – mlasnął i nowe plany knuć począł.

***

 Kiedy Gniewko, zeźlony okrutnie  schodził po schodach, w knajpie na dole Oreszko opowiadał towarzystwu, jak to rycerz z Oślej Wólki poprosił na turnieju baronównę o rękę, a ta mu odmówiła. I wbrew wszystkim i wszystkiemu żył długo i szczęśliwie, bez babskiego gderania i wiecznych nieprzewidzianych wydatków.

- Noga moja tu więcej nie postanie! -  zawyrokował zgromadzonym Gniewko. Zdziwieni biesiadnicy zwrócili głowy w jego kierunku.

- Co waść mówisz? – zmieszał się gospodarz. Serwis mamy przecie wyborny… – nie skończył, bo naraz  usłyszał zarzuty:

- Duchota tu taka, dziewki jak sroki świecidełka kradną, nawet żem jedną przyłapał na gorącym uczynku! - mężczyzna pchnął rumianą ze wstydu Jagodę w stronę właściciela gospody. Ale co najgorsze i niewybaczalne wręcz,  browar wodą był doprawiany! – oburzył się rzezimieszek, a pomruk niezadowolenia pomknął po zebranych. Rzucił oberżyście talara, splunął na klepisko i nie żegnając się z Oreszką, który wciąż tkwił przy barze i ludzi swą osobą zabawiał, zdecydowanym krokiem ruszył ku wyjściu. W progu minął się z rosłym trolem przyozdobionym naszyjnikiem z pomarszczonych, spiczastych, elfich uszu. 

- Ot kolejne ścierwo plugawe – mruknął pod nosem rzezimieszek.

- Coś powiedział? – obruszył się paskudnik.

- Ano tam w oberży powiadają żeś ścierwo, a twa matka nie była cnotliwa – odparł złodziejaszek po czym wyszedł upewniwszy się, że trol dobrze zrozumiał jego słowa. Z oddali usłyszał odgłos awantury i uśmiechnął się do siebie. -Swój na swego trafił – wzruszył ramionami, westchnął i ruszył w kierunku młyna. 

*** 

   Na ten czas wezwana przez smoczy medalion wiwerna krążyła nad polem żyta. Popłoszyła chłopów, gdy zdezorientowana szukała miejsca, gdzie mogłaby wylądować. Z tego wszystkiego dostała czkawki, aż kula ognia wyrwała jej się z paszczęki i schajcowała jeden ze snopków. 

 - Wiedźmaka, wiedźmaka trza wezwać, bo nas wszystkich w proch przemieni! – darła się kobieta w chustce.

Lecz potwór nic sobie z wrzasków nie robił i czkając zawzięcie dalej w szkodę szedł. 

-Leć no Jasiu, tylko na jednej nodze, po nowego młynarza! – zwróciła się do pachołka. – Gbur to i dziwak, ale we wsi powiadają, że wie jak z gadami rozmawiać.

c.d.n.


Freepik.com