Łączna liczba wyświetleń

środa, 5 listopada 2025

Dalsze losy rzezimieszków - Jak Kaśka dojarka prorokinią została

 Czarno-biała Krasula, która między opłotkami się pasła, z lubością wgryzła się w buraka, którego wypatrzyła na drodze. Był to bowiem czas, kiedy chłopi po wykopkach swoje zapasy do lochów zwozili, a nieumyślnie strącony z furmanki korzeń był dla jałówki nie lada gratką. Posiłek smaczny, w pośpiechu spożywany, utkwił jednak w przełyku tak haniebnie, że powietrza w mechate chrapy chwycić nijak nie potrafiła. 

-A co to tak łapczywie bydlątko połyka? – krzyknęła przerażona Kaśka, która wyszła właśnie na łąki przyprowadzić swoje podopieczne.   Kaśka, siostrą przyrodnią Jaśka i faworytną dojarką  była.

Krowa bezradnie zwróciła głowę w kierunku dziewki, a ta widząc co się święci, ręką zamachnęła i po grzbiecie zwierzę sumiennie złoiła, aż się krowie odechciało przypadkowej strawy. Nawet nie spojrzała na wyplute resztki i witką brzozową przez Kaśkę poganiana grzecznie do obory obok innych wracała.

W domu dziewczyna miejsca sobe znaleźć jednak nijak nie mogła. Ciepłe koty z zapiecka poprzeganiała, zadzwoniła pokrywkami nad kaszą, ale głodna też nie była, cniło jej się za to za przygodą okrutnie. Wreszcie nie mogąc sobie zajęcia i miejsca znaleźć, do nóg matce upadła i dalej prosić, by ją do młyna, do buntowników puściła. Wprzódy macierz ani myślała jej na to pozwolić, ale kiedy dziewczątko wyjawiło jej, że we śnie duchy obaczyło i dla  powstańców ma wieści, matka uległa.










***   

   Gniewko jednak niechętnie następnego darmozjada w drzwiach przywitał. Można powiedzieć, że jej młyńskie podwoje przed samym nosem chciał zatrzasnąć, ale Kaśka nie była w ciemię bita. Lewą nóżkę przed drzwi prędko wyrzuciła zatrzymując je skutecznie i  swoje wizje poczęła niedowiarkowi przedstawiać:

-Potop będzie młynarzu – rzekła, a wzrok jej na tę okoliczność jakoś dzwinie się zmienił – rogate hordy z bezwzględną bestią na czele nadciągają i pożoga wojny będzie, zamki i starostwa będą upadać, a nowe grody powstawać; elfy, krasnoludy i inne rasy wreszcie na równi będą... Ale póki  co, grozi wam niebezpieczeństwo. Oj biada, biada, biada…

- W żadnym wypadku! – zagrodził wejście Gniewko. Mimo to Kaśka przez drzwi jak salamandra w skalną szczelinę  się wślizneła i do elfów przystała.

Wiejska dziewucha nie mogła przecież przepuścić okazji, by od krów się uwolnić i na zawżdy wyrwać. Wyobraźnia jej dopisywała, a widok, który zastała w młynie nie rozczarował wcale. Toć nadziwić się nie mogła przedziwnym istotom strojnym w koraliki i hafty, smukłym o szlachetnych rysach, które na zdobionych rogach i fujarkach przygrywały, dłoniom, które sprawnie na smyczkach i strunach pląsały, a inne swobodnie jak te liście z jesiennym wiatrem tańczyły.  

c.d.n.



wtorek, 21 października 2025

Dalsze losy rzezimieszków – Siła małego na poborcę podatkowego

   Jagoda z łatwością i naturalnym wdziękiem przejęła obowiązki księżnej. Była dość bystra jak na prostą dziewkę i mimo swych pospolitych korzeni, podkreślała swój status wyszukanym gustem. Przejechała opuszkiem palca po atłasowym rękawie płaszcza i obszytym srebrną nicią gorsecie. Dłoń zatrzymała się przy sobolach, aby raz jeszcze je pogłaskać. Chwyciła rąbek sukni z najprzedniejszego adamaszku, ale szybko go puściła. Stroje wisiały w potężnej, inkrustowanej szafie u wejścia do książęcej alkowy, w której przebywali nowopoślubieni.

-Nie mam się w co ubrać! – skwitowała i zaczęła szlochać przeglądając się w lustrze spowitym na brzegach złoconym winoroślem. Nawet w chwili rozpaczy wyglądała rozkosznie:  rozpuszczony warkocz opadał na koronkową halkę, a niesforne ramiączko co rusz spadało odsłaniając jej nadobne krągłości.

-Ależ duszko! – zareagował na te słowa książe Maksymilian, któremu na ten widok zmiękły trzewia, w przeciwieństwie do zewnętrznej fizjonomii. – Zeszłej niedzieli dostarczono suknię z zamorskiego altambasu - ciągnął dalej. - Nie przywdziałaś jej ani razu jeszcze! 

Niewiasta ukradkiem przewróciła oczami i umyślnie zaczęła  skradać się do łożnicy niczym kot do ptasiego gniazda. Delikatnie i spokojnie zbliżając się do męża przekonywała dalej:

-Otwarcie książęcej woliery to podniosłe wydarzenie. Przydałaby się bardziej strojna suknia – odparła wtapiając się w ramiona mężczyzny niczym gronostaj między konary drzewa. 

Książe kompletnie oszalał na punkcie uszczęśliwiania damy swego serca, a wybranka na punkcie poznawania wymiarów tego szczęścia. Hojność małżonka była bowiem wprost proporcjonalna do afektu jakim ją darzył. Miał ci on też cichą nadzieję, że Jagoda zmieni się, gdy tylko powije mu dziedzica. Estyma księżnej w stosunku do męża przejawiała się jednak poprzez gromadzenie rzeczy pięknych – niekoniecznie niezbędnych. I tak dziewka, która została panią na zamku, poczyniła dalekosiężne plany rozbudowy krużganków i przyległego ogrodu. Wykoncypowała sobie bowiem, że dobry smak w ogrodach, polega na tworzeniu przestronnych, zielonych pokojów i wpuszczenie między rabaty, altanki i labirynt, dumnie kroczących pawi lub nakrapianych danieli.

Wprawdzie pałac od kawalerskich czasów Jaśnie Pana, czasów wojennej zawieruchy oraz myśliwskiej nagonki, znacznie wypiękniał, to roznące z tego powodu koszta pustoszyły książęcy skarbiec. Nadworny trefniś nieraz próbował ratować sytuację wyszukanym żartem, pozorowanym upadkiem lub ciętą ripostą, jednakże na niewiele się to zdało. Szambelan z kolei znajdował innego rodzaju problemu tego rozwiązanie: podwyżki danin, stóp procentowych od lichwy, stawek celnych na zamorskie towary oraz innych podatków...

***

  Krasnoludy, najserdeczniej jak tylko umieli, a mianowicie z kijami, sztachetami i z tym, co który miał pod ręką wylegli z chać przywitać poborcę podatkowego.  Poborca, skrupulatny i spokojny z natury człek, w znoszonym płaszczu, binoklem na nosie i z plikiem dokumentów zajechał do osady przyległej kopalni srebra. Konny powóz turkocząc o bruk przejechał główną arterią bez żadnej eskorty. Długo tam nie zabawił...

***

Kiedy do księcia doszły słuchy o kolejnym buncie na włościach, postanowiono wysłać poselstwo do knezia Mikołaja o pomoc przy jego stłumieniu.


Źródło: Freepic.com 

niedziela, 12 października 2025

Księżyc żniwiarzy

wędrowne ptaki

prostują skrzydła 

linieją pola

goreją lasy

w mglistych kadzidłach

stokrotny owoc 

dźwigają sady

wieszczą nadzieję

pomnażasz życie

  zbierasz co siejesz







wtorek, 30 września 2025

CZY MARTWY SIĘ MARTWI?

 


Smętnie spoglądając w trumny otwarte wieka

martwemu zadano ostatnie pytania:


-Czy martwy się martwi równią pochyłą spadając w dół?


-Dlaczego przyszła nagła, niespodziewana śmierć?


-Cmentarzem i zmarzniętą ziemią na kość?


-Toną kwiatów – na co komu taki stos?


-Gdzie żywy ma pogrzebać swą rozpacz i złość?


-I że każdego czeka taki los?


Ani drgnęła mu powieka…


środa, 17 września 2025

Przesilenie

 Dziś przepełniło się w sobie lato,

w przypływie żarzącego się słońca

przerosło  ziemski ogród  poświatą

i omdlało w błękicie bez końca.


Kulminacją ostatniej godziny

prześwietla wskroś wzburzone rośliny

strugami światła w mozajkach liści,

syte i płoche snem co się ziścił.


W potokach złota idzie nieznane,

dla nas niebo nie kończy się wcale,

arabeski różnorakich stworzeń,

i szumiących inkantacji płomień.











czwartek, 11 września 2025

Dalsze losy rzezimieszków – Jak to wiwerna w szkodę przeciwko swemu poszła


   Spłoszona wiwerna krążyła jakiś czas nad polami nieopodal Sobótki, aż się w końcu umęczyła i na łące opodal odpocząć chciała. Paść się więc zaczęła, bo okropną wręcz ochotę na zieleninę miała. Trwało to chyba ze dwa stajania, a gdy brzuch swój napełniła, ułożyła się do snu w brzezinie. Modre oczy już przymknęła, kiedy nozdrza zwęszyły człeka. Łeb swój z krzaków podnieść jednak nie zamierzała. Pamiętała jak ją na Maciejowym Polu zbrojni przywitać chcieli, więc tym razem siedziała cicho. 

 Trzech wędrowców śladem węża szło przez łąki na przełaj głośno pokrzykując, kląc i śmiejąc się do rozpuku. Powiadali, że ledwo z życiem uszli, że ich jakieś topielice ku własnej usiesze zamęczyć pieszczotami chciały. 

 Jak tu bliżej podejdą, to ja im zara pokażę – zdecydowała smoczyca. Wiwerna żyła przeszło trzy stulecia i ażeby przeżyć, rozumu używała . Gdy niczego nieświadomi zbytnio się do gada przybliżyli, to w ich stronę poleciała spora kula ognia. 

-Ki czort?! – wrzasnął Oreszko gasząc podpieczony zadek na kępie niebieskawej trawy. Zbójcy z krzaków puścili ku mnie płonącą strzałę!

Wtedy druga ognista kula pokonała dystans między paszczą wiwerny a Gniewka siedzeniem. Kula jednak zawróciła i spadła na krzaki.

-Ki czort? – pomyślała rozumnie wiwerna ślepia bystre wytrzeszczając przez zasłonę dymu. Potwór wiedzieć przecie nie mógł, iż rzezimieszek na swej piersi smoczy medalion nosi. Medalion za to dźwięczał i wibrował jak te pszczoły w ulu, to się Gniewko zorientował w czym rzecz.

-Nie bój, nie bój się maleńka – rzekł tedy do niej złodziejaszek. -Toć to ja Gniewko. Poznajesz li mnie? Ten drugi to mój druh Oreszko i leśny Ćmak. Bździsława ze mną nie ma. Na zamku jako wojewoda sobie siedzi. Nie ma rady, gdy zaloty się udadzą, żenić się trzeba.

Na te słowa ośmielony jaszczur ewakułował się z płonącej kryjówki.

-O hohoho, ale żeś się poprawiła! Możeś i ty przy nadziei jako żona Bździsława - Jarosławna? – spytał rzezimieszek.

Odpowiedzi jednak nie uzyskał i zrozumiał, że pytanie nie jest na miejscu, skoro gatunek jest na wymarciu.

- Ciiiii… – szepnął Oreszko szturchając kolegę łokciem pod żebra. -Przecie nie godzi się gadać niewieście, że dobrze wygląda. Jeszcze się zezłości, czy co?

***

   W młynie zapanowały elfie rządy. Elfka wnet sprosiła swoich. A Jaśko we wszystkim jej nadskakiwał. Miast hartować ducha i ciało, miast się na powstanie przeciwko mocarnej armii zbroić, co noc urządzali uroczyste celebracje: z muzyką i śpiewem, z jadłem i tańcami, wszystko zaś wieńczyła uroczystość pojednania. 

Po takim duchowym oczyszczeniu Jaśko – syn Macieja i Hanki, z zawodu pastuch, zazwyczaj ciężko chorował. Zdrowy tryb życia nie korespondował bowiem z jego swojskim podejściem do świętowania.

***

   Po przygodzie z topielicami, Gniewko zapragnął wreszcie wrócić do siebie. Co rusz wiwerna zniżała lot, gdy stado owiec zamajaczyło im na horyzoncie.  Przerażenie zapanowało również w młynie, gdy elfia brać obaczyła jak skrzydlaty stwór ląduje na pobliskim zapuszczonym zielskiem zagonie. Wybiegli tedy do niego uzbrojeni w miotły, cepy i proce.

Na widok powstańców, Gniewko nie wiedział, czy śmiać się, czy płakać. Głową kręcił, łamał ręce i kazał się do Fril prowadzić.

c.d.n.





czwartek, 4 września 2025

Haiku na koniec lata






***

wspomnienie lata

nowe piegi na skórze

motyl na dłoni

***

 zielone wojsko

musztra na rozkaz wiatru

aż po horyzont 



***


mieć cię przy sobie

na wyciągnięcie ręki

dojrzały pomidor




***

jak polne kwiaty

kolor wpleciony w kłosy 

okruchy lata