I stała się rzecz niepojęta, bo kiedy licho w białym welonie, na ślubnym kobiercu dozgonną miłość młodemu księciu przysięgło, a potem prosto w usta Twardostoja ucałowało, buchnęło, huknęło i cały czar naraz prysł. Z łysawej szkarady zmieniło się w nadobną księżniczkę, która, trzeba przyznać nie tylko panu młodemu, ale i innym zebranym bardzo się spodobała.
Tylko Halszka z daleka wszystkim się odgrażała, że jeszcze ją popamiętają. Niedoszła żona miała rację. Obrośnięta jak u dzika twarz z pewnością wystarczyła, zostaeić w pamięci ślad.
Za to pośród gości pojawiła się nagle nikomu nieznana starowinka. Rozsiadła się nieproszona wśród weselników i taką to historię im opowiedziała:
Za górami, za lasami była sobie raz księżniczka, która wszystkich swych adoratorów nagminnie zwodziła i bex niczego odprawiała. Straszliwie jej ta nieobyczajność rodziców martwiła i nikogo się ona nie słuchała: ni ojca, ni matki i ani żadnego na zamku dostojnika. Nikomu bowiem do siebie dojść nie pozwoliła, jedynie czasem leśnej babie, do której chodziła po zioła i zaklęcia. Jako, że nie w prawicy, a w zamawianiu i w eliksirach się lubowała i wyjścia z każdej opresji upatrywała.
Jednakże owa leśna baba stara już była, choć ciągle jara. Baba nieco się wyprostowała i wzorzystą chustkę drżącą ręką wygładziła. - Umysł bystry, acz zmącony - ciągnęła dalej. - Wzięła tedy wilczełyko z jaskółczym zielem sobie pomyliła i zeń ową nieszczęsną polewkę uważyła...
Jaskółcze ziele dobre na pypcie, za to wilczełyko paskudna trucizna - jakby kto tu z szanownie zgromadzonych nie wiedział.
Baba patrzy, a po spożyciu nalewki panna gaśnie i na podłogę się osuwa.
Żadne znane jej odtrudki nie działały. A trzeba wam wiedzieć, że tylko co jej przyszło na myśl, wnet wypróbowaława. W ostateczności doszło do niespodzianej transmutacji w leśne licho, do której Baba w akcie desperacji w załączniku zdjęcie klątwy dodała; "Kiedy licho na ślubnym kobiercu wreszcie stanie, do końca swych dni w ludzkiej postaci zostanie".
Po tej gawędzie, weselnicy zrozumiawszy jak wielkiej przemiany byli świadkami, świętowali nie dzień cały, ani nawet tydzień, lecz ze dwa tygodnie. Aż ich starszy książe Maksymilian - ojciec Twardostoja, kazał grzecznie wyprosić do domów.
c.d.n.?










Ach ten niezwykły język. "Pypcie" dawno nie słyszałam tego słowa
OdpowiedzUsuńCzekam na ciąg dalszy
Pozdrawiam kwitnącym kwietniem
Chyba winna Wam jestem opowieść, co się stało z Dąbrówką. 🤔😀
UsuńCiekawie się zapowiada...fajnym językiem pisane, mnie się podoba. Czekam na cz2. Pozdrawiam
OdpowiedzUsuńWitaj Agatko. Może się w końcu wezmę. Dzięki za odwiedziny. ☺️😉
Usuń